Lewicka: Zawsze w polityce bywali tacy ludzie – niczym puste naczynia, które można napełnić dowolnym płynem
Lewicka: Zawsze w polityce bywali tacy ludzie – niczym puste naczynia, które można napełnić dowolnym płynem fot. Aleksandra Szmigiel-Wisniewska/REPORTER

Poprzednią jesień Monika Pawłowska spędziła na protestach w obronie praw kobiet, jak to posłanka lewicowej proweniencji. Jeszcze w listopadzie ostro rugała premiera za pandemiczne ustawy, dopytywała o pomoc dla przedsiębiorców, którym z dnia na dzień pozamykano biznesy.

REKLAMA
– Szanowni Państwo! – grzmiała z mównicy sejmowej – Nie wszyscy załapią się na ciepłą posadkę dzięki waszej partii. Wy macie dobrze. Po co przejmować się gorszym sortem?
Być może w jej głosie już wtedy pobrzmiewała nuta zazdrości, wszak raptem cztery miesiące później rola opozycyjnej posłanki nagle zdecydowanie się jej znudziła. Zawsze to przecież lepiej „mieć dobrze”, o „ciepłej posadce” nie wspominając. Posłanka z dnia na dzień porzuciła Lewicę i odeszła do Porozumienia.
Takie wolty zawsze są okraszane strzelistymi hasłami. Trudno bowiem tak wyjść do kamer i po ludzku wyznać, że za zmianą politycznych barw idzie jakiś interes życia. Trzeba dużo mówić o państwie, odpowiedzialności, wszelkiej maści imponderabiliach. Pawłowska zdecydowała się na „dobro wspólne”, ładne, chwytliwe, starożytne. Wszak już Arystoteles definiował politykę jako roztropne działanie dla dobra wspólnego.
– Porozumienie to jedyne dziś ugrupowanie szczerze zainteresowane ponadpartyjną współpracą dla dobra wspólnego – ogłosiła zatem Pawłowska, stając u boku Gowina. Długo tam jednak miejsca nie zagrzała. Szła przecież taką prostą drogą po „ciepłe posadki”, a tu – przykra sprawa! – Porozumienie nagle wyleciało z rządu.
Szczęśliwie Jarosław Kaczyński jest na musiku i rozpaczliwie potrzebuje szabel. Dzięki temu już 51 dni później posłanka mościła się w klubie PiS-u, nie dla osobistych korzyści, skądże znowu, ale wyłącznie dlatego, że ten cały Gowin to po prostu ordynarny wichrzyciel. "Nie mogę akceptować destabilizacji funkcjonowania państwa dla prywatnych celów politycznych" – ogłosiła Pawłowska w mediach społecznościowych.

Gdzie trafiają zdrajcy

Gowina żałować specjalnie nie trzeba. Ponosi konsekwencje własnej polityki kadrowej – z pełną premedytacją brał na swój pokład zdrajców z rozmaitych parafii: Mieczysław Baszko wystawił ludowców, a Zbigniew Gryglas porzucił Nowoczesną. Nic dziwnego, że gdy pojawił się ktoś, kto podbijał stawkę, nie oglądali się długo za siebie. Baszko i Gryglas siedzą teraz u Republikanów, grunt, że przy władzy lub, ujmując rzecz brutalniej i prawdziwiej, przy korycie.
A lider Porozumienia jako dyplomowany historyk filozofii oraz znawca Tischnera, powinien pamiętać, że zdrajcy – według Dantego – trafiają do dziewiątego, czyli ostatniego kręgu piekielnego, gdzie tkwią w zamarzniętym jeziorze, strzeżonym przez Gigantów, w niemiłym towarzystwie Lucyfera.
Takiej kary nie wymierza się za nic, lecz tylko za nóż wbity w plecy. Zdrajcy i to mają jeszcze do siebie, że zdradzając raz, zdradzą i drugi. Skoro nie byli lojalni wobec partii, w której wcześniej działali wiele lat, dlaczego mieliby być wierni Porozumieniu?
Zawsze w polityce bywali tacy ludzie – niczym puste naczynia, które można napełnić dowolnym płynem. Lub jak słupy ogłoszeniowe – kto ostatni coś na nie naklei, ten ma rację. Bez poglądów, obrotowi, zorientowani na benefity, z giętkim kręgosłupami i z miedzianym czołem: nie odczuwający z powodu swych manewrów żadnego wstydu. Niczym ten reżimowy piosenkarz w „Misiu”, który z uśmiechem na ustach zapewnia partyjnych towarzyszy: „Ja wam zawsze wszystko wyśpiewam!”.
Rządy PiS-u dodatkowo stworzyły dla takich figur koniunkturę. I nie, nie chodzi tylko o ostatni czas, kiedy Kaczyńskiemu sypie się sejmowa większość, dlatego ciuła głos do głosu, kupując je za twardą walutę: posady w rządzie oraz państwowych spółkach.
A czasem za święty spokój – to casus Arkadiusza Czartoryskiego. Poseł odszedł z PiS-u, następnie na konferencji prasowej rzeczniczka partii zasugerowała, że wkrótce może mieć kłopoty, bo interesuje się nim CBA, a gdy Czartoryski grzecznie i szybko wrócił na łono ugrupowania, to sam Jarosław Kaczyński poinformował opinię publiczną, że służby bynajmniej nie stwierdziły, by poseł podejmował jakieś działania „karygodne czy naganne moralnie”. Za swój głos dostał glejt od prezesa.

Siła pieniędzy

Proceder kupowania ludzi jest w użyciu stale, bo Jarosław Kaczyński ma wyrobioną opinię o naturze ludzkiej – uważa, że kupić można każdego, trzeba tylko znać cenę i rodzaj waluty. Być może tylko myśli o bliźnich z taką pogardą, a może po prostu wie, jak działają społeczne mechanizmy, te opisane np. w dramacie „Wizyta starszej pani”.
Oto ubogą Klarę wystawił do wiatru kochanek. Była z nim w ciąży, ale on przekupił dwóch mężczyzn, by ci przed sądem zeznali, że też z nią spali. Upokorzona wyjeżdża w świat, a po kilkudziesięciu latach wraca jako nadzwyczaj majętna osoba. Mieszkańcy witają ją z otwartymi ramionami, bo widzą już oczyma wyobraźni, jak za fundusze starszej pani rewitalizują swoje miasteczko.
Klara, i owszem, może podzielić się groszem, ale nie za darmo. Trzeba w zamian zamordować tego, który ją zdradził. Tylko początkowo ta oferta budzi grozę, ostatecznie do zabójstwa dochodzi. I każdy jest w stanie to usprawiedliwić, na czele z miejscowym pastorem.
Friedrich Dürrenmatt dobrze wiedział, jak wielka jest siła pieniędzy. Wie to też Jarosław Kaczyński. Wśród polityków, którzy kolejno zdradzali Gowina, popularne było powiedzenie, że nadszedł już czas, by swoją obecność w polityce „skeszować”. Czyli zacząć zarabiać, gdyż trzeciej kadencji może nie być. Czy to naganne moralnie? Tak. A czy zgodne z prawem? Nie.
Zanim wyobraźnię opinii publicznej zdominowały piruety posłanki Moniki Pawłowskiej, ikoną zdrady stał się radny Wojciech Kałuża, który jednoosobowo oddał Śląsk w ręce PiS. Wtedy „negocjacje” w terenie, także na Dolnym Śląsku, prowadził minister Michał Dworczyk, którego rządowy samolot – za pieniądze podatników – woził w tej sprawie do Wrocławia i z powrotem.
Zaś Adam Lipiński dowodził, że w proponowaniu stanowisk za głosy nie ma niczego zdrożnego czy nagannego, bo to „rutynowy instrument polityczny”. Akurat Lipiński już w 2007 roku oddawał się podobnym praktykom wobec Renaty Beger, więc może uznał, że skoro PiS działa tak od lat, to się to działanie jakoś prawnie usankcjonowało.
Spójrzmy jednak na art. 229 Kodeksu karnego: „Kto udziela lub obiecuje udzielić korzyści majątkowej lub osobistej osobie pełniącej funkcję publiczną w związku z pełnieniem tej funkcji, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 8 lat”. Czym innym jest posada w spółce Skarbu Państwa jak nie „korzyścią majątkową”? Którą otrzymuje się za nic innego, jak tylko za głosowanie zgodne z wolą polityczną PiS, podczas wypełniania funkcji publicznej, np. sprawowania mandatu radnego czy posła.
Lipiński zwie to „rutynowym instrumentem politycznym”, inni „polityczną korupcją”, a tak naprawdę mamy od czynienia z ordynarnym przestępstwem. Od wielu lat i na wielką skalę.
Czytaj także: