
Napięcie przy polsko-białoruskiej granicy nie słabnie. Nasi sojusznicy, nie czekając na nasze ruchy, zaczynają działać w kierunku wygaszenia konfliktu. A my, przez zakorzenione kompleksy i niewyleczone traumy historyczne, stajemy murem mówiąc: nic o nas bez nas. Mimo że sami zbyt wielu ruchów nie podejmujemy.
REKLAMA
Sytuacja przy polsko-białoruskiej granicy z dnia na dzień eskaluje. Wielu Polaków martwi się o to, co przyniesie kolejny dzień i liczy na to, że nasi sojusznicy – Unia Europejska (której granic również bronimy, osłaniając polskie krańce) i NATO – pomogą w załagodzeniu konfliktu.
Kiedy Angela Merkel rozmawiała z Władimirem Putinem, wielu ją za to skrytykowało. "Wcześniej zapytaj Polaków o zgodę. W przeciwnym razie nie zdziw się, że nie jesteś szanowany" – skomentował dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, Sławomir Dębski.
W środę pojawiła się informacja, że prezydent Andrzej Duda powiedział "prezydentowi Niemiec, że Polska nie uzna żadnych ustaleń ws. sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, które zostaną podjęte ponad naszymi głowami".
Nic o nas bez nas vs bezczynność i kompleksy
Z jednej strony trudno nie dziwić się prezydentowi, że woli wyznawać zasadę "nic o nas bez nas".Już Paweł Kowal w rozmowie powiedział mi: "Obawiam się sytuacji, że dojdzie do eskalacji konfliktu i wtedy nasi sojusznicy zaczną nas namawiać do rosyjskiej mediacji – między Polską a Łukaszenką". I dalej: "Rozwiązaniem, by temu zapobiec, jest natychmiastowe, maksymalne wprzęgnięcie w te procesy, które zachodzą w kontekście kryzysu na granicy, naszych zachodnich partnerów. To jest kluczowe w tej kwestii. Żeby nie było sytuacji, że to spór między Polską a Łukaszenką i potrzebujemy mediacji ze strony Rosjan i kogoś z Unii".
Z drugiej strony, patrząc na polską bezczynność, jeśli chodzi o możliwość korzystania ze wsparcia naszych sojuszników, trudno dziwić się, że inne kraje wkraczają i próbują zrobić cokolwiek, by wygasić napięcie.
Prezydent Duda pokazuje tutaj typowo polskie cechy. Z jednej strony związane są one z kompleksami, jakie mamy wobec Niemiec czy innych krajów. Pamiętamy przecież wszyscy, że to my uczyliśmy Francuzów używania widelca.
No i, oczywiście, ma to związek z polską historią. Warcholstwo szlachty doprowadziło do rozbiorów, bo przecież to my-pany wiemy najlepiej, co jest dla nas dobre i nikt nie będzie nam mówił, jak mamy postępować. Do tego wspomnienie Paktu Ribbentrop-Mołotow, które – mimo upływu wielu lat – spędza Polakom sen z powiek. Miał to być przecież pakt o nieagresji pomiędzy III Rzeszą i Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, a w efekcie dotyczył rozbioru terytoriów lub rozporządzenia niepodległością suwerennych państw, w tym właśnie Polski.
No i ta nieszczęsna Unia. Zamiast korzystać z jej potęgi, nadal wyznajemy zasadę, że – jak to mówił Duda w 2014 – to takie "baju baju dla frajerów", a w ogóle to przecież wyimaginowana wspólnota.
Przysłowie mówi, że Polak jest mądry po szkodzie. Tymczasem zaczyna się okazywać, że mądrością nie grzeszy i przed szkodą, i po niej. Zamiast korzystać z sytuacji i bazować na rozmowach sojuszników lub się do nich włączać, wolimy zaburzyć jakiekolwiek działania, byle tylko nasze było na wierzchu. Jak mówi inne przysłowie, gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. I obawiam się, że – przez zakorzenione kompleksy i niewyleczone traumy historyczne – tym trzecim nie będzie kraj nad Wisłą.
