"Komisarz Reynders pochodzi z Belgii, czyli kraju, którego państwowość ma niecałe 200 lat" – komentował wizytę komisarza UE Didiera Reyndersa minister Michał Wójcik (Solidarna Polska).
"Komisarz Reynders pochodzi z Belgii, czyli kraju, którego państwowość ma niecałe 200 lat" – komentował wizytę komisarza UE Didiera Reyndersa minister Michał Wójcik (Solidarna Polska). fot.Tomasz Jastrzebowski/REPORTER/East News

– Ludzie, którzy budowali swoje państwo dopiero w XVIII wieku, będą mówili nam, co to jest demokracja? – mówił pod adresem USA w 2016 roku Antoni Macierewicz. Potem kolejny polityk PiS twierdził, że Polacy uczyli Francuzów jeść widelcem. Teraz mamy Belgię. – To nie jest dyplomacja, to nie ma z nią nic wspólnego. To przejaw bezradności, niekompetencji, kompleksów – reaguje były dyplomata.

REKLAMA
Minister w Kancelarii Premiera, poseł Solidarnej Polski, wywołał przed weekendem wstrząs na politycznym Twitterze. Wszystko przed wpis, który odnosił się do wizyty unijnego komisarza ds. sprawiedliwości w Warszawie. Didier Reynders spotkał się z ministrem Zbigniewem Ziobrą.
"P. Komisarz Reynders pochodzi z Belgii, czyli kraju, którego państwowość ma niecałe 200 lat. Jest gościem w Polsce, która ma historię sięgającą ponad 1000 lat. Już choćby z tego powodu nie wypada nas uczyć praworządności" – zareagował na to Michał Wójcik. Pod jego tweetem rozgorzała burzliwa dyskusja.
Mam wrażenie, że każdy z kim nie rozmawiam na temat tego wpisu, załamuje ręce albo łapie się za głowę. Raz, z powodu samej formy i dyplomacji w ogóle. Dwa, z powodu Belgów, którzy – na co wskazują dyplomaci – tysiąc lat temu byli cywilizacyjnie o krok do przodu przed Polakami, a dziś to Polska PiS mogłaby się od nich uczyć.

Reakcje na słowa Wójcik

– To nie jest dyplomacja, to nie ma z nią nic wspólnego. To są wypowiedzi ludzi bezradnych, również niedokształconych – co widać po treści tych wypowiedzi – którzy nie znajdują argumentów, w związku z tym są skazani na odcinanie się argumentacji drugiej strony przy użyciu argumentów absurdalnych, niekompetentnych, karykaturalnych – reaguje na słowa Wójcika i inne, w podobnym duchu,Jan Truszczyński, były dyplomata m.in. w Brukseli i przy UE, b wiceszef MSZ, a od 2001 główny negocjator członkostwa Polski w UE.
– To jest dowód bezradności, ale również przejaw kompleksów hołubionych niepotrzebnie i niesłusznie przez część naszej klasy politycznej. Ludzie, którzy tak prężą muskuły, tak podskakują, dają swoim zachowaniem dowód, że w istocie mają kompleks niższości wobec swoich partnerów z Europy Zachodniej – podkreśla.
Doświadczony dyplomata mówi, że nie zna polityków łotewskich, estońskich, fińskich, słoweńskich, czy z innych małych krajów, już nie mówiąc o dużych, którzy zachowywaliby się w podobny sposób "dialogując z partnerami z Europy Zachodniej".
– Krótko mówiąc to przejaw słabości, a nie siły. Przejaw głupoty, a nie dyplomacji. Przejaw niekompetencji. I to jest fatalne. Dyletanci wzięli się do rządzenia i osiągają efekty wprost proporcjonalne do stopnia swojego dyletantyzmu – uważa Jan Truszczyński.

Od widelca i historii USA

Wypowiedź ministra być może można by uznać za "żart", czy choćby jednorazowy "wybryk", gdyby nie to, że nie jest to pierwsza wypowiedź w tym duchu, która pada z ust polityków PiS i wywołuje burzę.
Przypomnijmy, wiceszef MON Bartosz Kownacki w 2016 roku powiedział o Francji: "To są ludzie, którzy uczyli się jeść od nas widelcem parę wieków temu. Więc być może w taki sposób się teraz zachowują".
Co, jak się okazało historycznie, nie było prawdą.
A Antoni Macierewicz, ówczesny minister obrony narodowej tak komentował sprzeciw USA wobec antydemokratycznych działań rządu w Warszawie:

Ludzie, którzy budowali swoje państwo dopiero w XVIII wieku, będą mówili nam, co to jest demokracja? Narodowi, który miał struktury przedstawicielskie i demokratyczne już w XIII-XIV wieku i był źródłem niby demokracji dla całej Europy. Czytaj więcej

O różnych komentarzach dyplomatycznych na Twitterze, wytykaniu np. tego, co innym państwom unijnym wolno, a czego Polsce nie, nie trzeba wspominać.
– Poszliśmy mocno w dyplomację twitterową, która stanowi całkowite zaprzeczenie zasad dyplomacji: wyczucia taktu, miejsca i czasu. To nie jest dyplomacja. Ona rodzi wiele niebezpieczeństw – komentuje krótko jeden z ekspertów ds. protokołu dyplomatycznego.
– Rządzą nami, w sensie politycznym, podręcznikowi troglodyci. To co powiedział minister Wójcik to tylko potwierdzenie tego. To jest sztubactwo. Im się wydaje, że wszystko jest dla żartu, ale to przejdzie do historii. Nie odczuwają żadnego wstydu, żadnych zahamowań. To jest nowa jakość, którą wnieśli do polskiej polityki – twierdzi w rozmowie z naTemat prof. Roman Kuźniar, doradca ds. międzynarodowych byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego, były dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i Akademii Dyplomatycznej MSZ,

Już Juliusz Cezar opisywał Belgów

Prof. Kuźniar nie przebiera w słowach również w reakcji na komentarz polityka PiS ws. Belgii.
– To skrajne prostactwo. Jak się nie ma argumentów, to wypisuje się tak potworne dyrdymały, które po prostu bardzo źle świadczą o autorze. Sięga się wtedy po całkowicie pozamerytoryczne argumenty, niezależnie od tego, że jest to rzecz nieprawdopodobnie zakłamana. To pokazuje jak durny jest minister Wójcik. Mówię to z rozmysłem, skoro ktoś w imieniu polskiego rządu podpisuje się tak bezkresną głupotą. Tak się nie dyskutuje w takich sytuacjach. Wygląda na to, że ludzie w tym rządzie są z innej planety, na pewno nie z cywilizacji europejskiej – mówi.
Belgia uzyskała niepodległość w 1830 roku. – Miała swoją długą historię w obrębie imperium habsburskiego, była jego częścią. W wyniku sukcesywnego rozpadu imperium Niderlandy podzieliły się na Belgię i Holandię. Był czas, mniej więcej od końca XV wieku, kiedy dzisiejsze miasta belgijskie, z Antwerpią na czele, odgrywały ogromną rolę, były wręcz lokomotywą rodzącego się kapitalizmu w Europie. Antwerpia w tamtym czasie była jednym z kilku centrów narodzin kapitalizmu, była ważniejsza niż Paryż czy Berlin – tłumaczy prof. Kuźniar.
Podkreśla: – Natomiast rozwój narodowo-polityczny Belgii sięga starożytności. Jako odrębny podmiot etnopolityczny, Belgia istniała w czasach Juliusza Cezara. W "O wojnie galijskiej" Juliusz Cezar opisuje Belgów, bardzo pozytywnie ich odbierał. Już wtedy była u nich cywilizacja. Gdy państwo polskie powstawało, Belgowie już byli zaznaczeni na mapie. To był I wiek przed naszą erą.
Jan Truszczyński: – Te 200 lat poprzedza parę tysięcy lat. Granica językowa między obszarem flamandzkojęzycznym, a obszarem języka francuskiego ukształtowała się już w czasach rzymskich i trwa z przesunięciami 1,5-2 km w jedną, czy drugą stronę nieprzerwanie od tamtych czasów. Gdy powstawało państwo polskie, Belgowie cywilizacyjnie byli o krok do przodu.

Czego Polska mogłaby się uczyć od Belgów

Polka, która od lat mieszka w Belgii, również w rozmowie z naTemat reaguje oburzeniem.
– Nieważne, o ile lat państwowości chodzi. Ważne, czy jest demokracja. Tu nie ma takiej jedności narodowej. Ale biorąc pod uwagę to, co dzieje się w Polsce, to tu byłyby dymisje. To jest po prostu niewyobrażalne, poza wszelkim pojęciem. W normalnym, demokratycznym kraju nie ma czegoś takiego, że minister sobie wybiera, co mu pasuje, a co nie. Jak mają przyjść pieniądze z UE to UE jest dobra, a poza tym UE ma się nie wtrącać? My sobie będziemy wykonywali takie wyroki, jakie chcemy? A jak nam się nie podobają to nie będziemy? – mówi.
Dodaje: – Rząd PiS mógłby uczyć się od Belgii rzeczy związanych z demokracją. W Belgii jest prawie 200 narodowości. I żyją razem na codzień. Są skandale polityczne, ale coś takiego, jak w Polsce byłoby tu niewyobrażalne.
Jan Truszczyński zna Belgię bardzo dobrze. Wskazuje na jedną rzecz, która mogłaby być lekcją dla Polski.
Najpierw jednak tło.
Jan Truszczyński

Belgia jest krajem wyjątkowo skomplikowanym, który ma strukturę federalną, w którym jest siedem zgromadzeń parlamentarnych. Zarówno regiony mają swoje odrębne ugrupowania parlamentarne, jak i wspólnoty kulturowe, językowe, których na terytorium Belgii jest trzy: flamandzka, frankofońska i niemiecka. To kraj przyzwyczajony do tego, że trzeba dogadywać się w gronie zróżnicowanym, a jednocześnie mającym rozmaite, partykularne interesy.

– Uważa się, że Belgowie są mistrzami w osiąganiu kompromisowych rozwiązań zabierających czas, konsumujących potężne siły energii i wymagających dużo umiejętności ze strony polityków – wyjaśnia dyplomata.
Zauważa, że nie bez kozery na pierwszego przewodniczącego Rady Europejskiej wybrano Belga, Hermana Van Rompuya, a następcą Donalda Tuska ponownie został Belg Charles Michel. Powód?
Jan Truszczyński tłumaczy, że politycy belgijscy mają dosłownie w genach umiejętność tworzenia sytuacji skłaniających do kompromisu i nastawionych na znajdowanie kompromisowych rozwiązań. Jak jest skomplikowane zadanie do rozwiązania, to Belg ma szansę lepiej sobie poradzić.
– Lepiej im to wychodzi, są w tym skuteczniejsi niż inni, którzy nie mają takiego bagażu doświadczenia kulturowego. To jest cecha, którą się uważa za charakterystyczną dla polityków belgijskich. Mamy się od nich czego uczyć – zauważa dyplomata.

Tu można jeszcze wspomnieć choćby o obowiązku udziału w wyborach i frekwencji, która w Belgii sięga 90 proc.
Ciekawostką może też być wizyta w Warszawie ministra ds. mobilności Regionu Stołecznego Brukseli, która zbiegła się z wizytą komisarza UE. – Belgia to katolicki kraj, ale jednocześnie otwarty na społeczność LGBTQ+ czy wybór kobiet dotyczący macierzyństwa. Mamy najbardziej zaawansowane prawodawstwo na świecie, a w parlamencie nie ma żadnej partii, która odważyłaby się wystąpić przeciwko małżeństwom jednopłciowym – powiedział, jego słowa cytuje warszawska "Wyborcza".
Czy dziś Belgia miałaby prawo, żeby obrazić się na słowa polskiego ministra? – Nikt się nie obrazi. Po prostu uśmiechnie z politowaniem. Człowiek, który mówi takie rzeczy po prostu dowodzi, że w istocie nie jest partnerem do racjonalnej, ważnej dyskusji – uważa Jan Truszczyński.