Knajpy kuszą fotografią. Co zrobić, gdy nasz hamburger nie ma nic wspólnego z tym na zdjęciu

Zamówione jedzenie rzadko kiedy przypomina to ze zdjęcia.
Zamówione jedzenie rzadko kiedy przypomina to ze zdjęcia. Fot. Shutterstock
Ze zdjęcia patrzy na nas soczysty, apetyczny hamburger ze świeżymi warzywami, w rumianej i chrupiącej bułce, a do niego porcja złocistych frytek. Bierzemy! I dostajemy... marną, płaską bułę, ledwo widoczny kotlet i zwiędłą sałatę, a do tego porcję żółtych patyków imitujących pachnące frytki, po których pozostaje obejść się smakiem. Mimo że mamy prawo protestować, odchodzimy z grymasem.

Rzadko kiedy w restauracjach znajdziemy zdjęcia serwowanych dań. To raczej domena barów szybkiej obsługi, fast foodów, pizzerii, kebabów, cukierni i lodziarni. Jednak jeśli już takowe fotografie potraw i deserów przykują naszą uwagę, wzbudzą w nas apetyt i skusimy się na zakup, przeważnie przeżyjemy rozczarowanie. Rzadko kiedy zamówione jedzenie wygląda jak to kuszące na zdjęciu. A my zamiast protestować, bierzemy to co nam dają.

Danie ze zdjęcia

Fotografie dań nie są specjalnie popularne w knajpach i restauracjach, bo są uznawane za mało eleganckie.

– W restauracjach buduje się raczej pewną tajemnicę – w karcie jest hasło, zagadkowa nazwa, tak, że nawet do końca nie wiemy, co zamawiamy i co z tego wyniknie. W większości restauracji budowana jest raczej atmosfera napięcia – mówi Basia Starecka, krytyczka kulinarna, autorka bloga nakarmionastarecka.pl.

Kucharz Robert Makłowicz bary i restauracje, które reklamują się fotografiami dań, omija szerokim łukiem. – Jak widzę zdjęcia na zewnątrz to nie wchodzę do środka. Jedzenie nigdy nie wygląda tak, jak w rzeczywistości. Najczęściej jest też niedobre. To łopatologiczne podejście, ale na szczęście to tylko margines – twierdzi Robert Makłowicz. – Zdjęcia są przydatne w kartach np. w Hong Kongu, gdzie wszystko jest po chińsku, a tak chociaż wiemy, czy zamawiamy zupę czy drugie danie. Ale w tym przypadku to raczej informacja niż kreacja – dodaje kucharz.

Co z tym zamówieniem

Większość z nas nie bardzo potrafi walczyć o swoje prawa w knajpach i restauracjach. – Jesteśmy w tej kwestii dosyć zastraszonym narodem, zupełnie nieoswojonym z prawem do narzekania na jedzenie. Nie protestujemy, jak dostajemy jedzenie, które wygląda inaczej niż na zdjęciu. Nie protestujemy też, jak zamówione danie jest przypalone albo zimne – zauważa Basia Starecka. – Rzadko który talerz wraca na kuchnię. Jak jesteśmy czymś rozczarowani to pokażemy grymas na twarzy, ale nic więcej – dodaje.


Czytaj też: Piekarnie, burgery, wódka za 4 złote. Przeżywamy atak knajp-klonów

Krytyczka przyznaje, że jak sama zwraca uwagę kelnerom są zupełnie zaskoczeni i z ich ust padają koronne zdania: "Nikt nam o tym wcześniej nie mówił!", "Nikt się wcześniej nie skarżył". Zamiast "przepraszamy!" czy "jak możemy to pani wynagrodzić?", pojawia się foch i oburzenie.

Nawet, jak już się zgłosi, że z daniem coś jest nie tak, to rzadko kiedy możemy liczyć na alternatywę. – Za przypalone ziemniaki po prostu ostatecznie nie zapłaciłam, bo nikt nie zaproponował mi nic w zamian. Podobną sytuację miałam, kiedy w jednej z naprawdę znanych knajp w Warszawie dostałam barszcz czerwony. Był ledwo czerwony i ratowany octem, miał chyba tydzień. Kiedy to powiedziałam było święte oburzenie, ale barszczu nie wliczono mi do rachunku – opowiada Basia Starecka.

Walcz o swoje

Jej zdaniem, przydałoby się nauczyć Polaków, że mamy prawo protestować. Nie tylko, jak nasze jedzenie wygląda inaczej niż na zdjęciu, ale również kiedy nie spełnia standardów – jest np. nieświeże albo przesolone.

– Taka nauka jest potrzebna również obsłudze, żeby wiedzieli, że klient ma prawo wyrażać niezadowolenie, bo w końcu za to jedzenie płaci, często niemałe pieniądze. Kelnerki i kelnerzy przeważnie nie wiedzą, jak się zachować i reagują po ludzku fochem – dodaje krytyczka.

– Możemy i powinniśmy protestować, kiedy dostajemy ryż zamiast makaronu, albo jak jedzenie jest przypalone lub nieświeże. Co innego jak danie jest ohydne. Tu ciężko o coś walczyć, bo to obiektywny osąd. Może w założeniu jedzenie jest tak ohydnie skomponowane, bo kucharz jest beznadziejny – dodaje ze śmiechem Robert Makłowicz i podkreśla, że jak z jedzeniem jest coś nie tak, to lepiej wyjść i za nie nie płacić niż prosząc o nowy talerz narażać się na kolejną "ruletkę".
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...