
Przeklina każdy z nas. Dobrze, prawie każdy z nas. Zwłaszcza wtedy, gdy jesteśmy zdenerwowani. Oni, czołowi sportowcy, na boisku, na korcie czy na trasie są pod nieustanną presją. Ale przeklinać nie mogą. Rzucą popularnym słowem na "k" i muszą za to płacić. Bo to używanie wulgaryzmów w miejscu publicznym. Wpadają nieliczni. Pytanie, czy w dzisiejszych czasach w ogóle powinni wpadać.
Szkot jest graczem kapitalnie wyszkolonym technicznie. Jednak od lat przyzwyczaił nas do tego, że ma równie bogaty repertuar przekleństw. Nieudane zagranie, bluzg; potem coś genialnego, potem znów nieudane zagranie i bluzg - to była w jego meczach naturalna kolejność zdarzeń. Wiele razy był na korcie ostrzegany przez sędziów, kilka razy musiał też płacić dotkliwe finansowe kary. Miał pecha, bo klął po angielsku, a to język rozpoznawany na całym świecie. Innym - Chorwatom, Czechom, nawet Hiszpanom - przeklinanie na korcie z reguły uchodzi na sucho. Także siostrom Radwańskim. Tenis - sport utożsamiany od lat z czystością i elegancją, pełen jest przekleństw. Wystarczy czytać z ruchów warg zawodnika czy zawodniczki i znać do tego kilka języków obcych.
Z jednej strony wspomniany dysonans, z drugiej - żyjemy przecież w świecie, który coraz bardziej się wulgaryzuje. W którym przekleństwo, kiedyś utożsamiane jednoznacznie z chamstwem i prymitywizmem, staje się powoli naturalną częścią języków świata. Może więc powinniśmy to zaakceptować i zrozumieć graczy, którzy w dodatku odbijają przecież piłki pod dużą presją psychiczną?
Skurw..., którzy mnie cisną
Kiedyś, jak przeklinałeś, raczej cię piętnowano. Teraz wielu uważa, że używając mocnych słów, pokazujesz charakter. Przeklinanie wynosi się też z domu. Byłem niedawno w sklepie sportowym, a tam małżeństwo z kilkuletnim dzieckiem. I mężczyzna, zdenerwowany, krzyczy: "K… synek, odp… się ode mnie, sp… do mamy".
Kilka dni po gali robiłem wywiad z Michałem. Spytałem go, czy nie powiedział tych słów z myślą o kreowaniu swojego wizerunku. Wyraźnie zaprzeczył. Wierzę mu, bo to szczery człowiek. Ale nie sądzę, by moje pytanie było bez sensu.
Oczywiście, że to jedno słowo było niepotrzebne. Wiem, że galę oglądały trzy miliony Polaków, w tym młodzi ludzie, interesujący się MMA. Z jednej strony trochę mi głupio. Z drugiej, to było autentyczne, prawdziwe. Oddawało mój stan emocjonalny. Poza tym nikogo nie obraziłem. Użyłem tego wyrazu w pozytywnym kontekście, mówią o kolegach z klubu, którzy są na bardzo wysokim poziomie. CZYTAJ WIĘCEJ
Pytam Ciszewskiego, co by zrobił w sytuacji, gdyby pracował ze sportowcem pokroju Murraya. Zawodnikiem, który przeklinać lubi, któremu to nawet pomaga. Ale, który jednocześnie wie, że dla niektórych to nie do przyjęcia. - Moja rada byłaby krótka. W czasie meczu musisz się od tego powstrzymać - odpowiada Ciszewski. Potem dodaje, że nie ma dla niego różnicy, czy mamy do czynienia z tenisem czy piłką nożną. Sport to sport. Nie ma różnicy, z czym jest kojarzony.
Zresztą w piłce nożnej za przeklinanie też grożą ci kary. "Jurek k…, co ty robisz?" - takie pytanie wypowiedział Waldemar Walkusz, trener Drutex Bytovii Bytów podczas meczu ligowego z Gryfem Słupsk. Powiedział i zaraz ruszyła lawina. Słowa wychwyciła kamera lokalnej telewizji. Walkusz mówi, że to zemsta dziennikarzy, których swego czasu wyrzucił z obrad rady powiatu. Najpierw policja, potem sprawa w sądzie. Zarzut? Używanie słów wulgarnych w miejscu publicznym. Wydany zaocznie wyrok brzmiał - 300 złotych, do tego zwrot kosztów procesu, które wyniosły 80 złotych. Walkusz nie dał za wygraną. Odwoływał się i po roku został uniewinniony.
Przyjeżdżali wiosną do Bytowa, choć mecze nie były związane z ich terenem działania. Jedna kamera nagrywała spotkanie, a druga non stop Waldemara Walkusza. Gdy puszczali relację po przegranym 2:4 meczu z Kaszubią Kościerzyna mówili na wizji, że trener Walkusz źle prowadzi drużynę i że nie może porozumieć się z piłkarzami. Puścili do tego migawkę meczu ze Słupska, gdy Walkusz przeklinał CZYTAJ WIĘCEJ
Rzeczywiście, przykłady można by mnożyć. Z ust polskich piłkarzy, gdy strzelają gola w lidze, najczęściej pada bardzo popularne, pięcioliterowe słowo na "k". Pamiętam też, jak kiedyś pojechałem na trening Dolcanu Ząbki, żeby zrobić wywiad z jego trenerem Marcinem Sasalem. Oglądałem końcówkę zajęć i słowem na "k" puentowany był w zasadzie każdy niecelny strzał.
Walkusz ma rację, broniąc się, mówiąc, że jeżeli jemu przywala się taką karę za taki występek, to ukarać powinno się 99 procent trenerów. Nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Też tych bardzo znanych. Janusz Wójcik, prowadząc swego czasu Widzew Łódź w Grodzisku Wielkopolskim, krzyczał m.in: "K… w ch.. mać, co ty k… robisz k… jeb…!". Gdyby za jedno niecenzuralne słowo miał płacić po 300 złotych, za tamten występ, nazwany w internecie "Janusz Wójcik show", zapłaciłby pewnie kilka średnich krajowych.
Walkusz jednak nie powie, że jest za używaniem przekleństw. Na co dzień pracuje jako dyrektor zespołu szkół w Lęborku i w kontaktach z uczniami czy nauczycielami po wulgaryzmy nie sięga, pod żadnym pozorem. Co innego sport, co innego szkoła, w której jednak na przestrzeni ostatnich lat wulgaryzacja języka młodzieży wyraźnie się zarysowała.
Zresztą Walkusz to nie jedyny szkoleniowiec, którego spotkała podobna przygoda. Jurij Szatałow, gdy przeklinał jako trener Zawiszy Bydgoszcz, też musiał zapłacić 300 złotych. Choć ta suma dla budżetu klubu nie była specjalnie znacząca, sprawa odbiła się pewnym echem. Serwis Weszło.com zaprezentował nawet symulację odprawy taktycznej, jaką w szatni mógłby przeprowadzić Szatałow, wiedząc, że być może jest nagrywane.
