
W środę rano w Poznaniu doszło do tragicznego wypadku. Na terenie Muzeum Broni Pancernej zmarł jeden z pracowników. Instytucja potwierdziła informację przekazaną portalowi epoznan.pl.
Tragiczny wypadek w Muzeum Broni Pancernej w Poznaniu
Dziennikarzom portalu epoznan.pl tragiczne wieści przekazał jeden z czytelników.
"Dziś zginął śmiercią tragiczną mąż, ojciec, nasz znajomy. Prawdopodobnie przygnieciony lufą czołgu podczas zdejmowania czołgu z lawety w Muzeum Broni Pancernej" – czytamy w wiadomości zacytowanej przez portal. Dzień wcześniej eksponaty wypożyczono z Warszawy i transportowano je do Poznania.
Jak przekazała lokalna policja, do wypadku doszło, gdy 56-latek wyciągał sprzęt wojskowy. Mężczyzna został nim przygnieciony i choć na miejsce przybył śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, który go reanimował, pracownika nie udało się uratować.
Instytucja oficjalnie potwierdziła tę informację oraz poinformowała, że muzeum będzie nieczynne do odwołania. Sprawę bada prokuratura oraz inspekcja pracy.
Zobacz także
Wypadek samochodowy w Belgii
Parę dni temu doszło do tragicznego wypadku samochodowego w Belgii z udziałem Polaków. Kierowca maserati około godziny 21:15, jadąc z nadmierną prędkością, najpierw uderzył w wysepkę dla pieszych, następnie zderzył się z kilkoma drzewami, a na koniec wylądował na poboczu. Pojazd dosłownie rozpadł się na pół.
Jak się okazało, wśród ofiar wypadku maserati był 28-letni Dawid i 22-letni Kacper. Dawid pozostawił żonę i dwójkę malutkich dzieci. Obaj mężczyźni byli druhami Ochotniczej Straży Pożarnej w Polnicy na Pomorzu.
W sprawie wypadku specjalny komunikat wydali druhowie z Polnicy. "Brakuje nam słów, by opisać, co czujemy. Jest to dla nas ogromny cios i nikt nam nie zastąpi duetu braci" – napisali.
"Zawsze pozostaniecie częścią tej jednostki i zawsze będziemy o was pamiętać" – dodali, po czym udostępnili zdjęcie, przedstawiające ostatnią wspólną akcję tragicznie zmarłych braci.
Druhowie mieli przebywać w Belgii jako dwaj sezonowi robotnicy budowlani. Razem z braćmi zginął ich 33-letni pracodawca. Najprawdopodobniej to 33-latek kierował pojazdem.
– Był dobrym człowiekiem, który zrobiłby wszystko dla wszystkich. Do Belgii przyjechaliśmy w 2016 roku i prowadziliśmy firmę budowlaną. Pracowało dla nas już 30 podwykonawców – powiedziała dla "Het Laatste Nieuws" żona 33-latka.
W aucie zamontowany był także fotelik dziecięcy, co wywołało natychmiastową reakcję służb. Policja i straż pożarna rozpoczęły przeczesywanie szczątków samochodu oraz miejsca wypadku, jednak na szczęście, wraz z mężczyznami nie było dziecka.
Zobacz także
