Zakonnice też porzucają habity. "Jedna z sióstr usłyszała od przełożonej: Teraz możesz być już tylko prostytutką"

Po odejściu Jacka Krzysztofowicza dużo mówiło się o zakonnikach występujących ze wspólnoty. Ale rezygnuje też coraz więcej sióstr
Po odejściu Jacka Krzysztofowicza dużo mówiło się o zakonnikach występujących ze wspólnoty. Ale rezygnuje też coraz więcej sióstr fot. Anna Jarecka / Agencja Gazeta
Kiedy Jacek Krzysztofowicz przyznał, że odchodzi z zakonu, otrzymał od wiernych wiele wyrazów wsparcia i zapewnień o modlitwie za powodzenie. To rzadkość. Szczególnie trudno w takich sytuacjach kobietom. "Rodzina często się wstydzi, przyjaciele się odwracają, a przełożona zakazuje kontaktów z innymi siostrami" – mówi Lesław Juszczyszyn, który prowadzi poradnię psychologiczną dla byłych księży i zakonnic.


Po tym jak gdański dominikanin Jacek Krzysztofowicz ogłosił, że porzuca habit, przez media przetacza się dyskusja o zakonnikach. Przywołuje się statystyki odejść, dyskutuje o przyczynach, katolickie media wyrażają troskę o jakość zakonnego życia. Także w naTemat bardzo ostro wypowiadał się o tym ojciec Paweł Gużyński, przeor klasztoru w Łodzi.


Liczba wstępujących do zakonów sukcesywnie maleje – o ile w 2000 r. było ich 723, w 2005 r. – 484, to w 2011 – już tylko 209.
CZYTAJ WIĘCEJ

Media chętnie zauważają odejścia konsekrowanych mężczyzn. Tymczasem opinia publiczna niemal milczy w kwestii kobiet. A przecież także zakonnice coraz częściej rezygnują z życia za bramą klasztoru. Choć, jak twierdzą psychologowie, jest im zdecydowanie trudniej.

Jak wojsko
W ciągu ostatnich dwudziestu lat ubyło w Polsce niemal pięć tysięcy zakonnic. Największą rolę odgrywa w tym procesie oczywiście czynnik naturalny – starzejące się mieszkanki klasztorów po prostu umierają, a nowych przybywa niewiele. W słupkach coraz bardziej zaznacza się jednak także inna wartość – liczba odejść. Nie tylko na poziomie juniorystek, nowicjuszek czy kandydatek. Ale też zakonnic, które złożyły już śluby wieczyste. Oficjalne statystyki dotyczące odejść trudno jest odnaleźć, pięć lat temu "Rzeczpospolita" pisała o 70 osobach rocznie.


Tych odejść, w przeciwieństwie do rozstań księży, opinia publiczna niemal nie zauważa. Zakonnice nie piszą książek, nie wygłaszają pożegnań do wiernych, nie sprzedają swoich historii mediom. Mimo to wiele z nich po opuszczeniu zakonu nie może się odnaleźć. Żyje w ukryciu, zataja swoją przeszłość.

– Opuszczenie zakonu można porównać do wyjścia z więzienia lub koszar. Człowiek po kilkunastu latach musi się odnaleźć w zupełnie odmienionych realiach – mówi Lesław Juszczyszyn, który otworzył poradnię psychologiczną pomagającą byłym księżom i zakonnicom. Tylko w ciągu ostatnich dwóch miesięcy zgłosiło się do niej 15 osób.

Odrzucenie
Zdaniem Lesława Juszczyszyna sytuacja osoby opuszczającej zakon sama w sobie nie jest łatwa, a wielu przedstawicieli Kościoła jeszcze ją utrudnia. – Zdarza się, że proboszczowie zachęcają matki byłych księży i zakonnic do tego, by nie przyjmowali ich z powrotem pod dach. Mówią, że osoby, które zrzucają habit muszą ponieść karę za swoje poczynania. Siostry i bracia odchodzących słyszą od przełożonych, że wśród dwunastu też znalazł się Judasz – wylicza. – Znam sytuację księdza, który zdjął sutannę i wziął ślub z byłą zakonnicą. Mieszkali w małej miejscowości na północy Polski. Jako osoby duchowne byli cenionymi, szanowanymi ludźmi. Ona była pielęgniarką, on poza kapłaństwem zajmował się wieloma dodatkowymi rzeczami. Kiedy zamieszkali razem i ogłosili, że są małżeństwem, wszyscy się od nich odwrócili. Ją zwolnili ze szpitala, on nie mógł dostać pracy ani w swojej miejscowości, ani w okolicy – dodaje.

Lesław Juszczyszyn
terapeuta

Ostatnio napisała do mnie Polka wysłana do zakonu we Włoszech. Kiedy zdecydowała się odejść z zakonu usłyszała: "teraz to możesz zostać prostytuką". Ona z takim piętnem wyszła z zakonu.

Według terapeuty reakcja, z jaką może spotkać się osoba odchodząca z zakonu, sprawia, że byłe siostry najczęściej się ukrywają, zwykle gdzieś w kraju, miesiącami nie mogąc znaleźć pracy. Niemal żadnego wsparcia nie mają także od instytucji, z którymi byli przez lata związani.

– Kościół zbywa problem milczeniem – uważa Juszczyszyn. – Kiedy Paweł VI po Soborze Watykańskim II ogłosił, że chrześcijaństwo wiąże się z miłością nawet wobec byłych współbraci, Kościół w Stanach wypłacał odchodzącym jakieś pieniądze na zagospodarowanie się. Szybko jednak tej praktyki zaprzestano. W Polce odchodząca zakonnica nie ma żadnych oszczędności, bo nawet jeśli pracuje jako opiekunka, katechetka czy pielęgniarka, cały dochód przelewany jest na konto zakonu.

Dlatego poradnia prowadzona przez Lesława Juszczyszyna zajmuje się nie tylko psychologicznym wsparciem. Byłym zakonnicom i księżom pomaga także znaleźć mieszkanie.

Przekraczają granice
Sam proces odchodzenia z zakonu jest dla kobiety bardzo trudny. Marta, w zakonie siostra Albertyna, opisywała proces dla jednego z lokalnych serwisów: "Przed złożeniem ślubów wieczystych można zrezygnować bez niczego. Po ślubach wymagana jest już zgoda papieża. Gdy powiadamiasz przełożonych o zamiarze odejścia, starają się odradzać, perswadować. Mnie również proszono o pozostanie".

Czasem przełożone przekraczają jednak granice perswazji. Jedna z byłych zakonnic pisze na forum wiara.pl: "Rozczarowałam się reakcjami środowiska, bo mam wrażenie, że wystąpienie z zakonu (nawet przed złożeniem ślubów) jest bardziej potępiane społecznie niż przypadki rozwodów, zdrad, alkoholizmu". Inna, która w zakonie spędziła trzy lata, dodaje: "Kiedyś jeden kleryk powiedział mi że o osobach, które odchodzą z seminarium, mówi się jak o umarłych. […] Odejść musiałam rano, tak żeby mnie nikt nie widział, no i do tej pory niektóre moje współsiostry mnie unikają".

– W jednym ze zgromadzeń składa się śluby na jeden rok, teoretycznie siostry mają prawo co roku odejść. Ale jak któraś próbuje to zrobić, musi przejść przez upokarzający rytuał: zejść w habicie do rozmównicy, gdzie przebiera się w obecności przełożonej z sukienki zakonnej. Bez pożegnania z koleżankami wychodzi i nie wraca. Nie wolno jej dzwonić, nie wolno jej pisać. Trzeba zerwać więzy – opisuje Lesław Juszczyszyn i dodaje, że prawdziwym zaskoczeniem było dla niego to, że Jacek Krzysztofowicz mógł publicznie pożegnać się z wiernymi.

Odchodzą, bo
Dlaczego, mimo tak poważnych konsekwencji, zakonnice decydują się na porzucenie habitu? Wśród głównych problemów, które wymieniają "byłe", pojawiają się zarówno miłość do mężczyzny, jak i stosunki panujące w samym zakonie.

"Po wyjeździe na placówki spotykałam różne siostry, mniej lub bardziej sfrustrowane, zazdrosne. W nowicjacie uczyli nas, żeby kierować się sumieniem, a nie drętwymi przepisami, słuchać tego, co Bóg do nas mówi. I ja poszłam do zakonu po to, żeby oddać się Bogu i służyć pomocą ludziom. Ale zakon mi w tym nie pomagał, a czasem wręcz mnie ograniczał" – relacjonuje Marta.

Podobne przyczyny wskazuje w rozmowie z "Rzeczpospolitą" ks. dr Artur Radacki, psycholog, do którego księża i zakonnice zgłaszają się z problemami. "Niezrozumienie, nieludzkie podejście prowadzi do stanu nieustannej frustracji. Staje się to w końcu tak dokuczliwe, że człowiek chce się uwolnić, wyjść z tej struktury" – powiedział.

Ojciec Paweł Kozacki, dominikanin, zauważa jednak znacznie więcej przyczyn. Jego zdaniem odchodzą te zakonnice, które nie są szczęśliwe. Albo nie są w stanie znieść emocjonalnego chłodu, albo natłoku pracy, albo nadużywania władzy przez niektóre przełożone. "Nie wiem, ale widzę, jak to się dzieje. Utrudniają sobie życie mało ważnymi sprawami, czepiają się szczegółów, nie potrafią powiedzieć pewnych rzeczy wprost, odwlekają decyzje, a za brakiem zaufania idzie kontrola każdego kroku podwładnej. Niektóre przełożone zachowują się tak, jakby były obdarzone charyzmatem nieomylności, zawsze wiedzą, co jest wolą Bożą" – mówi w rozmowie z "Polityką".