
"Nie chcemy Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej" – mówił kilka lat temu Sławomir Mentzen przedstawiając tzw. piątkę Konfederacji. Teraz Donald Tusk na spotkaniach z młodymi ostrzega, że ewentualna koalicja PiS-u z nacjonalistami będzie oznaczać wyjście Polski z Unii Europejskiej. Jest jednak jeszcze inna możliwość: taka, że po słabym zwycięstwie opozycji, to demokraci zaczną układać się z konfederatami.
Teraz nacjonaliści są politycznym pariasem, od którego jak najdalej odsuwa się zarówno PiS, jak i demokratyczna opozycja. Dla pierwszych jest konkurencją, dla drugich zaprzeczeniem sztandarowych wartości. Dlatego oba obozy grają na osłabienie narodowo-katolickiej formacji, puszczając jednocześnie oko do tej części jej wyborców, dla której priorytetem jest wolny rynek. Po wojennym załamaniu poparcia – Konfederacja była wówczas nazywana Konfederosją z powodu proputinowskich wypowiedzi jej polityków – nacjonaliści wrócili na sondażowe 10-11 proc. I mają apetyt na więcej.
Do wyborów zostało około pół roku, wszystkie scenariusze są jeszcze w grze. Trzecie miejsce, o którym marzy Konfederacja, może okazać się mrzonką. Wystarczy, że schowani głęboko do szafy Grzegorz Braun, Janusz Korwin-Mikke i Kaja Godek (w 2015 roku PiS idący do władzę podobnie ukrył przed wyborcami Antoniego Macierewicza) nie wytrzymają bez świateł kamer i poobrażają kobiety, osoby LGBT i ludzi z niepełnosprawnościami, niwecząc szanse na korzystny wynik.
Jednak jeśli Konfederacja utrzyma swoje poparcie albo je poprawi, a różnica wyniku PiS i demokratów nie będzie znacząca, to od nacjonalistów może zależeć, kto utworzy nowy rząd.
Na razie trwa rytualny taniec wyborczy – politycy Konfederacji przekonują, że nie po drodze im ani z Prawem i Sprawiedliwością, ani z Koalicją Obywatelską. Mentzen pohukuje, że nie chodzi o to, by usiąść do stolika, ale by go wywrócić. "Tusk może mi skoczyć tam, gdzie Morawiecki może mnie pocałować" – kpi przywódca Konfederacji.
Po wyborach nie będzie musiał zachowywać pozorów ani brać odpowiedzialności za swoje słowa, tak jak dziś nie popiera lub nie pamięta swoich pomysłów z 2019 roku, takich jak legalizacja bicia dzieci czy wtrącanie kobiet do więzienia za przerwanie niechcianej ciąży. Jeśli PiS i demokraci wylądują ze zbliżonym poparciem, zacznie się licytacja, kto da więcej Konfederacji.
Ludzie mają tendencję do myślenia dychotomicznego, na zasadzie dwóch wykluczających się opcji. Dotyczy to także rozstrzygnięcia wyborczego. Możliwości jest jednak znacznie więcej. Czy opozycja, która będzie mogła sięgnąć po władzę tylko dzięki układowi z Konfederacją, powie "nie, dziękujemy, niech trzecią kadencję rządzi Kaczyński"? Możliwe, ale mało prawdopodobne, tak samo, jak to, że dysponująca kilkudziesięcioma głosami Konfederacja podziękuje za władzę, by zachować nimb antysystemowości.
Jesienią może rozegrać się kolejny akt polskiej tragedii – żadne z rozwiązań nie będzie dobre, każde będzie zakładało zbrunatnienie polityki i życia publicznego. Stąd usilne próby demokratycznej opozycji, by przypominać nienawistne wypowiedzi konfederatów, którzy teraz kreują się na sympatycznych chłopaków od podatków. Czy to wystarczy?
Kilka ostatnich sondaży wskazuje zarówno problem, jak i rozwiązanie: mobilizacja młodych kobiet na wybory. Po tym, jak PiS stłumił Strajk Kobiet za pomocą funkcjonariuszy policji (władza bawiła się także myślą o tym, by społeczeństwo zdyscyplinowali żołnierze), wyborczynie z tej grupy wiekowej straciły poczucie sprawczości. Przemoc ze strony państwa – wyrażona zarówno zakazem aborcji, jak i atakiem na protestujące – złamała ich ducha.
Jeśli demokratycznej opozycji uda się wzmocnić młode kobiety, zaoferować im coś sensownego i zachęcić do masowego pójścia na wybory, koalicja z Konfederacją może stać się political fiction. Jeśli jednak Konfederacja dojedzie do wyborów z wysokim wynikiem, trzeba jej będzie zapłacić za odsunięcie PiS od władzy. I wiadomo, czyim to będzie kosztem. Wystarczy przypomnieć sobie piątkę Konfederacji.
