
Nie milknie zamieszanie w sprawie sejmowego głosowania dotyczącego związków partnerskich. Jacek Żakowski zauważa, że w głosowniach światopoglądowych nie wolno łamać sumienia posłów, ale jednocześnie pisze, że przy związkach partnerskich nie ma ono nic do rzeczy. Zdaniem publicysty od tego głosowania zależało, czy konserwatywni posłowie zostaną w najbliżej kampanii wyborczej pochwaleni przez swojego proboszcza lub biskupa, czy wręcz odwrotnie.
Jacek Żakowski pisze na łamach "Gazety Wyborczej", że powodem takiego wyniku głosowania w sprawie związków partnerskich jest fakt, że zbyt wielu konserwatywnych posłów obawia się reakcji środowisk konserwatywnych (Kościół) i prawicowych (potencjalnie nowa partia na prawicy). Niemniej jednak w opinii dziennikarza, posłowie PO, którzy głosowali inaczej niż życzyłby sobie tego premier, szybko zrozumiałoby swój błąd, gdyby tylko musieli wybierać pomiędzy Tuskiem a proboszczem. Zobacz: Konserwatyści czy homofobowie? Posłowie, którzy potępili związki partnerskie
Publicysta wyjaśnia, że w sprawach światopoglądowych partie nie mogą łamać sumień, ale jego zdaniem "w sprawie związków partnerskich sumienie nie ma nic do rzeczy".
Zamiast tego, jest to wybór pomiędzy tym, czy w najbliższych wyborach ksiądz proboszcz lub biskup pochwali z ambony danego parlamentarzystę, czy nie. Co powinien zrobić premier Tusk? Jacek Żakowski przewiduje, że im dłużej Gowin będzie mógł uprawiać samowolkę, tym większa część posłów się w okół niego zgromadzi – czytamy w "Wyborczej".
Jednakże jego zdaniem łatwo temu zapobiec. Wystarczyłoby np. zapowiedzieć dymisję Gowina w związku z nadużyciem autorytetu urzędu. Wtedy liczba posłów z frakcji ministra sprawiedliwości drastycznie by zmalała. "Bo lwich serc jest w Sejmie niewiele" – uważa dziennikarz.
Przypomnijmy. Sejm w pierwszym czytaniu odrzucił wszystkie projekty ustawy o związkach partnerskich. Politycy debatowali nad trzema projektami ustaw autorstwa PO, SLD i Ruchu Palikota. Za odrzuceniem projektów głosowało m.in 46 posłów z frakcji konserwatywnej PO.
Cały felieton przeczytasz w "Gazecie Wyborczej".
