Nic nie umiesz? Nie szkodzi. Egzaminatorowi też zależy, żebyś zdał

Studenci coraz rzadziej spędzają noce nad książkami. Nie muszą – egzaminatorzy zrobią wszystko, by przepchnąć ich dalej.
Studenci coraz rzadziej spędzają noce nad książkami. Nie muszą – egzaminatorzy zrobią wszystko, by przepchnąć ich dalej. Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta
Na uniwersytetach, politechnikach i akademiach trwa sesja egzaminacyjna. Studenci żyją na resztkach energii i oparach kawy starając się przygotować do kolejnych egzaminów. Mimo dobrych chęci nie zawsze uda się wszystkiego nauczyć. Studencie! Nie wszystko stracone, egzaminatorowi też zależy, żebyś zaliczył. Po co robić sobie problemy z kolejkami czekających na poprawkę?


Choć sesja to dla wielu studentów trauma i nadludzki wysiłek, niektórzy podchodzą do niej spokojnie. Nie zarywają nocy, nie zastępują krwi w krwiobiegu kawą, nie czytają milionów stron notatek, skryptów i podręczników. Wiedzą, że jeśli tylko będą w stanie powiedzieć coś na ogólnym poziomie, wykładowca i tak ich przepuści. – Razem ze mną do sali weszło dwóch kolegów. Ja nie wiedziałem zbyt dużo, ale jakoś sobie radziłem. Koledzy nawet ściemniać nie umieli. Ale wszyscy trzej dostaliśmy trójki – mówi student Uniwersytetu Warszawskiego. – Egzaminator podsuwał tropy, wyciągał odpowiedzi, sam dokańczał. Naprawdę chciał, żebyśmy zaliczyli ten egzamin – ocenia nasz rozmówca.


Zobacz też: Studenci to leniwe cwaniaki, a wykładowcy to narcystyczni nudziarze. Co się stało ze studiami?

Rzeczywiście egzaminy ustne wymagają od wykładowców nieco ekwilibrystyki. – Koleżanka, która była ze mną w trójce nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Egzaminator poprosił żebyśmy wyszli z sali, a po kilku minutach koleżanka wyszła z piątką – mówi uczeń prywatnej uczelni. Jego kolega z UW sam znalazł się w podobnej sytuacji. – Wchodziliśmy po wpisy do indeksów trójkami. Kiedy profesor spojrzał na mój test, zobaczył, że do piątki brakuje mi jednego punktu. Wpisał oceny kolegom, kazał im wyjść, a mi wstawił piątkę, choć teoretycznie nie powinienem jej dostać. "Gdyby koledzy pytali, zadałem panu jakieś dodatkowe pytanie" – powiedział na odchodne. Wiem, że nie tylko on tak naciąga oceny – relacjonuje rozmówca naTemat.


To pokazuje też, że w przypadku testów pisemnych znacznie łatwiej zapewnić zdawalność. I to nie tylko dopisując punkty. – Podstawa to odpowiednie zróżnicowanie pytań – zdradza nauczyciel z ponad 20-letnim stażem. – Jest grupa łatwiejszych, które mają sprawdzić elementarną wiedzę i sprawić, że większa część grupy zda. Jeśli ktoś nie zdobędzie tych 30 procent, to znaczy, że albo rozminął się z powołaniem, albo nie chodził na zajęcia. Reszta to pytania trudniejsze, które mają pokazać poziom wiedzy tych lepszych, którzy rzeczywiście się uczą i walczą o lepsze oceny. Jednak jeśli grupa nie jest zbyt pracowita, nie chodzi na zajęcia, to dobrze jest, by kilka osób nie zaliczyło testu. To da im bodziec do nauki i chodzenia na zajęcia – wyjaśnia.


Czytaj też: "Jesteśmy kandydatami do Biedronek" – napisała nasza czytelniczka. Wykładowca: Studenci są traktowani jak idioci

Nawet jeśli uda się zrobić taki test, żeby większość zdała, wykładowca nie może być pewny, że będzie mógł wystawić wszystkim pozytywną ocenę. – Niestety niektórzy, nawet jeśli dostaną trójkę z testu, to są nieprzygotowani na zajęcia. Wtedy trzeba się trochę namęczyć, zmobilizować takiego ucznia. Pamiętam kiedyś rozmowę z moim szefem, który spytał, czy jeśli zostawię kogoś na kolejny rok, to czegoś go to nauczy. Stwierdziłem, że nie. "No, to wierzę, że jesteś wstanie udowodnić mu, że coś umie, żebyś mógł z czystym sumieniem go przepuścić" – odpowiedział. Moim zadaniem jest pokazanie, że potrafiłem czegoś nauczyć, a nie, że uczeń jest głąbem – mówi szczerze nasz rozmówca.

Jednak wśród wykładowców są też tacy, którzy są wobec studentów bezlitośni. Przynajmniej tak deklarują. – Mam już takie doświadczenie jako dydaktyk, że do egzaminów podchodzę zupełnie bez emocji – zapewnia prof. Marek Chmaj, konstytucjonalista i wykładowca uniwersytetów w Warszawie i w Olsztynie. – Nie przejmuję się specjalnie tym, czy studenci się nauczą, czy nie – to ich sprawa. Ja robię wszystko co w mojej mocy, by ich nauczyć podczas zajęć, które prowadzę. Moje egzaminy wyglądają podobnie od lat, wszyscy studenci wiedzą, jak one wyglądają i jak będą wyglądały w przyszłości. Wiedzą też, że nie pozwalam ściągać. Oczywiście lubię jak wszyscy zdają, ale nie staram się w tym pomóc studentom – zapewnia prof. Chmaj.

Zobacz też: W pogoni za wynikami. Licea wysyłają uczniów na dziesiątki olimpiad, by piąć się w rankingach

Nasz rozmówca zapewnia, że nie rezygnuje z trudniejszych pytań tylko po to, by podnieść współczynnik zdawalności. Jego zdaniem studenci porównując doświadczenia starszych kolegów wiedzą, do czego powinni się bardziej przyłożyć. – Jeśli nie zda spora grupa, to znaczy więcej niż 70 procent studentów, to wyrzucam te wyniki do kosza i pozwalam napisać egzamin jeszcze raz. Jednak kiedy nie zda mniejsza grupa, to nie mam żadnych skrupułów. Chociaż oczywiście wolałbym, żeby wszyscy zdawali, bo wtedy nie musiałbym przyjeżdżać na poprawkę, za którą nikt nie płaci. Sądzę, że studenci powinni płacić za poprawki, a te pieniądze powinny trafiać na stypendia czy wyposażenie, w żadnym wypadku na wynagrodzenie wykładowców – zastrzega prof. Chmaj.

Jednak w ciągu pięciu lat na studiach bardzo wymagający wykładowcy zdarzają się rzadko. Jeśli spotkanie z takim okaże się bolesne i zakończy dwójką w indeksie, nic się przecież nie dzieje. Do poprawy przygotują się już jak trzeba.