W Radzionkowie mówią, że wszyscy w mieście się znają, ale Mateusza H. nie zna nikt. – Młody jest, nie kojarzę – słychać co chwila. – Ja tylko z widzenia znam jego dziadka – ucina jeden z mieszkańców, który w ubiegły weekend widział, jak policja przeczesywała ogródki działkowe "Nasza Przyszłość". Właśnie tam ukrywał się 19-latek, który przyznał się do zabójstwa 18-letniej Wiktorii. To parę minut od budynku, gdzie doszło do zbrodni, przez którą Radzionków od tygodnia jest na ustach całej Polski. – Szczerze mówiąc, nie pamiętam, aby za mojego życia zdarzyło się tu morderstwo – przyznaje jeden z radnych.
"Zabójstwo w Radzionkowie", "Mord w Radzionkowie", "Makabryczne morderstwo w Radzionkowie".... Tak Radzionków od tygodnia żyje przypadkową "sławą", bo echa okrutnej, przerażającej, zbrodni, która wstrząsnęła Polską, nie milkną.
– Stała się wielka tragedia, ale już tego nie odwrócimy. To wydarzenie bardzo przykre, niecodzienne, bez precedensu – reaguje jeden z radzionkowskich radnych.
I on, i inni mocno podkreślają, że Radzionków to bardzo spokojne miasto. Słychać nawet, że jedno z najspokojniejszych w regionie.
– Wskaźnik przestępczości w porównaniu do miast ościennych jest u nas niższy. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, aby za mojego życia zdarzyło się tu morderstwo. Jest to coś bezprecedensowego i niekoniecznie chcielibyśmy, żeby Radzionków był wymieniany w takim kontekście. Ale w żaden sposób wydarzenie to nie jest zależne ani od mieszkańców, ani od władz miasta. Ono mogło zdarzyć się wszędzie. Nie wiemy w ogóle, dlaczego tak się stało. Słyszymy z doniesień medialnych, że człowiek, który dokonał tego czynu, ma być skierowany na badania psychiatryczne. Być może jest to człowiek chory. Takie osoby mogą być wszędzie – zaznacza radny.
Przewodniczący Rady Miasta Stefan Hajda: – Na pewno nie chcielibyśmy, żeby coś takiego się u nas zdarzyło. Żeby Radzionków był znany z tego, że doszło do takiego morderstwa. Chyba każdy ma takie przemyślenia. Ale czy to będzie miało wpływ na wizerunek Radzionkowa? Niestety, wszędzie takie rzeczy się zdarzają i musimy z tym żyć.
Niby to oczywiste, niby wszyscy to wiedzą, ale niektóre komentarze w sieci pod adresem tego miasta naprawdę porażają. Jakby ono samo albo dzielnica Rojca, gdzie doszło zabójstwa, miało być niemal gniazdem morderców.
"To są dwa stracone życia"
Radzionków to nieduże śląskie miasto. Liczy ok. 16 tys. mieszkańców. Nieczęsto zajmuje nagłówki mediów.
Ostatnio chyba w marcu tego roku, gdy był tu Donald Tusk i złożył tzw. deklarację radzionkowską. – Dokończymy to, co Ślązacy zaczęli już dawno – doprowadzimy do uznania języka śląskiego jako języka regionalnego. To wyraz szacunku dla historii i kultury Śląska – zapowiedział.
Miasto graniczy z Bytomiem. Do 1997 roku było jedną z jego dzielnic, która jednak dumnie wybiła się na samodzielność i od 25 lat szczyci się tym, jak się rozwija. Wtedy zyskało największą sławę.
– W tym roku obchodzimy 25 lat odzyskania samodzielności. Przez te 25 lat, po odłączeniu od Bytomia, prężnie się rozwijamy. Wszystko nam się udaje. Byliśmy chwaleni za różne inwestycje, które zrobiły z naszej dzielnicy miasto. A tu teraz takie coś – mówi Stefan Hajda.
Przypomnijmy, 19-letni Mateusz H. i 18-letnia Wiktoria z Bytomia poznali się na przystanku autobusowym w Katowicach. Mateusz zaprosił ją do swojego mieszkania w centrum Radzionkowa, które od niedawna wynajmował. Dziewczyna, zamiast wysiąść w Bytomiu, pojechała z nim do jego mieszkania.
To duży budynek przy ul. Kużaja, w dzielnicy Rojca, blisko ronda, w którym na dole – od ulicy – znajdują się lokalne usługowe, apteka i przychodnia. Od tyłu jest wejście do pokojów mieszkalnych z łazienkami i aneksem kuchennym, dostępnych – jak można przeczytać w ofercie zamieszczonej w sieci – na całoroczny wynajem.
Tam, w czasie snu, Wiktoria została uduszona linką. Jak wykazały wstępne wyniki sekcji zwłok, przyczyną śmierci dziewczyny było właśnie uduszenie. Według patologów Wiktoria nie miała obrażeń na ciele wskazujących na to, aby się broniła.
19-latek tłumaczył potem, że "poczuł potrzebę zabicia". Sam zadzwonił na numer alarmowy, sam przyznał się do popełnienia zbrodni, po czym powiedział, że popełni samobójstwo. Od tygodnia jest w areszcie.
– To przykra, dołująca sprawa. To są dwa stracone życia. Młoda kobieta straciła życie i ten młody człowiek też stracił życie, bo wiadomo, co go czeka. Gdy rozmawiam z ludźmi, to właśnie to słyszę. To jest tragedia dwóch straconych żyć i ich bliskich. Wszyscy odbierają to jako tragedię – mówi szef Rady Miasta.
"Oczywiście, sprawa żyje w mieście"
Każde kolejne doniesienie na temat tej sprawy wywołuje medialną eksplozję. Mieszkańcy Radzionkowa reagują jednak ostrożnie. To się wyczuwa. Niechętnie o tym rozmawiają, nawet anonimowo. Odcinają się od plotek. Mówią, że to ich nie dotyczy. Nikogo z osób zaangażowanych w sprawę nie znają.
– Powiem pani, że nawet jesteśmy zaskoczeni, że jest tak cicho wokół tej sprawy. Nikt nie porusza tematu, nie ocenia, nie osądza. Naprawdę jest bardzo spokojnie, ludzie podchodzą bardzo wyrozumiale, nie ma plotek, nie ma komentarzy. Czasem ktoś cicho, na ucho zapyta, czy to ten budynek – słyszymy w jednym z lokali przy ul. Kużaja.
Ale nie da się ukryć, że miasto sprawą żyje.
Jedna z mieszkanek: – Opinie i plotki są zawsze. Dopóki to będzie nagłaśniane i nie ucichnie, to miasto będzie tym żyło. Każdy dochodzi, co mogło być przyczyną. Każdy się zastanawia, jak to możliwe. Ale wiadomo, ile ludzi, tyle opinii.
Stefan Hajda: – Oczywiście, że sprawa cały czas żyje w mieście. Jeszcze długo będzie żyła. O takich rzeczach po paru dniach się nie zapomina. One zawsze gdzieś w świadomości zostają. Mieszkańcy o tym rozmawiają.
"Nic nie wiem, co zrobił mój wnuk"
Ciało Wiktorii zostało znalezione 12 sierpnia. Było zawinięte w folię i spryskane pianą. 13 sierpnia policja zatrzymała Mateusza. Ukrywał się na ogródkach działkowych "Nasza Przyszłość", kilka minut drogi od budynku przy ul. Kużaja, gdzie doszło do zbrodni.
Jeden z działkowiczów: – W sobotę i w niedzielę policja sprawdzała działki. Chodzili wszędzie. Wszyscy są w szoku, tym bardziej że to był mieszkaniec Radzionkowa. Ludzie mówią głównie o tym, że nigdy w Radzionkowie nic się nie stało. Tu zawsze było spokojnie i od zawsze było tak, że ludzie się znają. A tu takie nieszczęście.
Z widzenia, z działek, zna tylko dziadka Mateusza H., który też jest działkowiczem, ale odmawia rozmowy na ten temat.
Z dziadkiem, na działkach, kilka dni temu rozmawiała jednak dziennikarka katowickiej "Wyborczej". Jego słowa cytowały potem inne media. "Nic nie wiem o tym, co zrobił wnuk. Żona ciągle popłakuje, a ja nie wiem, co robić. Przychodzę tu, żeby pomyśleć i uspokoić się" – powiedział mężczyzna.
Z jego wypowiedzi wynikało, że Mateusz mieszkał przy ulicy Kużaja od dwóch miesięcy, że wcześniej pomieszkiwał u swojej drugiej babci, że rodzice rozjechali się za granicę do pracy, a on został sam. A także, że zawsze był spokojny, nie miał kolegów.
"Wiem, że ostatnio zmieniał robotę, a wcześniej pracował w warsztacie samochodowym. Co teraz robił, to nie wiem. (...) Tragedia jest straszna, ale nie powiem, co mu się stało. Nie wiem" – mówił dziadek.
"Nie pamiętam, żeby wydarzyła się tu taka tragedia"
Szok dla miasta jest podwójny. I z racji samego okrutnego mordu, który mógł zdarzyć się wszędzie. I z racji tego, że zdarzył się akurat u nich, w tak spokojnym mieście.
– Bezpieczeństwo to nasza cecha wyróżniająca. Radzionków ma taką tradycję, że wszyscy wszystkich tu znają. Ta tradycja przekazywana jest z pokolenia na pokolenie, zawsze czuliśmy się tu bezpiecznie. Nic się nie działo. Nie pamiętam, żeby wydarzyła się tu taka tragedia – reaguje Stefan Hajda, przewodniczący Rady Miasta.
Jednak Mateusza H. nie zna. Zresztą, kogo nie zapytać, słychać: – W ogóle go nie znam. Młody był. Nie kojarzę.
– Wiem, że ten chłopak pochodzi z rodziny, która tu mieszkała. Ale nie znam jej, nie potrafię nic bliżej powiedzieć. Gdyby żył mój tata, gdyby pani z nim porozmawiała, to on by wszystko wytłumaczył, kto z kim, gdzie, kiedy, jakie ma powiązania od początku XX wieku, bo oni tym żyli. Dziś jest inaczej. Dla młodszych nie ma już takiego znaczenia, jak się te rody kształtowały, choć też wykazują tym zainteresowanie – przyznaje Stefan Hajda.
Jak wynika z ustaleń śledczych, również sąsiedzi niewiele o Mateuszu wiedzieli. Większość nawet go nie znała.
"Mamy już dość tego, że jest taka nagonka. W sieci ciągle czytam, że na Rojcy sami mordercy i wykolejeńcy mieszkają. To bzdury, ale z nikim już rozmawiać nie będziemy, bo z nas się robi potworów, a prawda jest taka, że tego chłopaka nikt tu nie znał" – powiedział jeden z sąsiadów katowickiej "Wyborczej".
Zgodnie z art. 148 Kodeksu Karnego za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem Matuszowi H. grozi nawet 25 lat pozbawienia wolności. Jednak według prokuratury jego motyw był irracjonalny, dlatego konieczne są badania i obserwacja psychiatryczna.


