
Im bardziej się wiążesz z drugą osobą, tym lepiej zarabiasz. Tak działa podobno tzw. premia małżeńska, której istnienia dowodzi wielu ekonomistów. Młodych małżonków nie powinno to jednak zbytnio cieszyć, bo jasno wynika, że za premię dla jednego z małżonków płaci zwykle ten drugi...
REKLAMA
Wielu z nas jest przekonanych, że nawet w dzisiejszych czasach małżeństwo to wciąż świetny interes. Tak twierdzi zresztą także wielu ekonomistów od lat przekonujących, że gdy tylko zakłada się obrączkę, natychmiast otwiera się także szansa na znaczne powiększenie naszego stanu konta. Bo podobno z prawideł ekonomicznych jasno wynika, że małżonkowie zarabiają lepiej od singli. Zależności te opisuje właśnie portal Forsal.pl, który cytuje ekonomistę Andrew Oswalda dowodzącego, że po stanięciu na ślubnym kobiercu można zarobić nawet o 20 proc. więcej. Ta prawidłowość dotyczy podobno każdego zakątka świata, niezależnie od tego, kto i jak błogosławi trwałość zawartego związku.
Czytaj więcej: Po co komu ślub. Obłuda i kajdany, czy bezpieczeństwo?
Inni eksperci mają jednak do teorii tzw. premii małżeńskiej lansowanej przez amerykańskiego ekonomistę spore zastrzeżenia. Choćby dlatego, że choć prawdą zdaje się twierdzenie, iż "kto wybrał małżeństwo, ten zarabia więcej", to równie prawdziwe okazuje się również to, że kto zarabia więcej, ten po prostu ma większą szansę na małżeństwo. Tylko dlatego, że wciąż naszym życiem rządzą wielowiekowe stereotypy. To z nich wynika, że lepiej po założeniu ślubnej obrączki zarabiają tylko mężczyźni. Ze stereotypowym myśleniem o podziale ról płciowych wiąże się więc także to, iż kobiety wciąż wolą wybierać za męża tych, którzy mają najzasobniejsze portfele.
Forsal.pl przypomina tu amerykańską zasadę, według której pierścionek zaręczynowy powinien kosztować tyle, ile wynosiła pierwsza pensja przyszłego pana młodego. To taki rodzaj współczesnego tańca godowego, w którym przy pomocy portfela udowadnia się swoją wartość jako mężczyzny, najlepszego kandydata na męża i ojca. I równie dobrze funkcjonuje to w silnie patriarchalnych społeczeństwach środkowej Azji, jak i w podobno kosmopolitycznej Europie, czy Ameryce Północnej. Dowodem na to jest także absolutny brak zależności między zawarciem stałego związku a zarobkami w przypadku homoseksualistów. W związkach gejowskich żaden z partnerów zwykle nie zauważa bowiem poprawy zarobków, gdy wiąże się z kimś na stałe.
Wszystko dlatego, że w związkach homoseksualnych nikt nie dopatruje się stereotypowego podziału ról, w którym jeden z małżonków musi skupiać się przede wszystkim na prowadzeniu gospodarstwa domowego, a drugi bierze na siebie większa odpowiedzialność za finansowe zabezpieczenie rodziny. Czyli nie ma reguły, że kobieta wychowuje dzieci, a mężczyzna zarabia. Premię małżeńską otrzymują bowiem tylko panowie, którzy mieszczą się w tradycyjnym modelu. Stereotypy powodują, iż pracodawcy sądzą, że takie osoby po ślubie nagle stają się znacznie bardziej odpowiedzialne, rosną ich potrzeby i ambicje. Jeszcze bardziej ceniony na rynku pracy jest ten, kto zostaje rodzicem. Jednocześnie te wszystkie stereotypy powodują, że za premię małżeńską, którą pracodawcy tak chętnie dają mężczyznom, płacą kobiety. Wskaźniki ekonomiczne dotyczące ich sytuacji potwierdzają bowiem, że zaręczyny, ślub i dzieci oznaczają tylko kolejne straty.
Źródło: Forsal.pl

