Jakub Noch z naTemat.pl testuje Snow Arena w Druskiennikach
Snow Arena w Druskiennikach to idealne miejsce, aby przygotować się do sezonu narciarskiego lub go wydłużyć. Fot. Jakub Noch / naTemat.pl

Za oknem lato w pełni, a tu narciarze wpinają buty we wiązania i wsiadają na czteroosobowe krzesełko, żeby po chwili zjechać po świeżo zratrakowanym "sztruksie". Ani to fatamorgana, ani żaden alpejski lodowiec, tylko Druskienniki. Niewielkie litewskie uzdrowisko, w którym białe szaleństwo trwa dosłownie 365 dni w roku. Pojechałem sprawdzić, jak to w ogóle możliwe.

REKLAMA

Snow Arena. 8 hektarów śniegu, który nigdy nie topnieje

Na skraju miasta stoi otoczona pięknym sosnowym lasem hala, przez którą słowo "sezon narciarski" traci tu jakikolwiek sens. Snow Arena działa siedem dni w tygodniu, bez dni przerwy technicznej, i jest jedynym całorocznym krytym stokiem w krajach bałtyckich. Otwarto ją w sierpniu 2011 roku, a budowa kosztowała około 31 mln euro. Przez pierwsze lata funkcjonowała jako SNORAS Snow Arena. Nazwę tę nosiła "na cześć" litewskiego banku, który sponsorował inwestycję, zanim... ogłosił upadłość.

Snow Arena przetrwała dłużej i wciąż ma się świetnie. Cały kompleks zajmuje 8 hektarów. Główna trasa liczy 460 m długości i 50 m szerokości, co daje jej drugie miejsce wśród krytych stoków świata. Dłuższą ma tylko hala w niemieckim Bottrop. Druskiennicki obiekt obsługuje profesjonalny, czteroosobowy wyciąg krzesełkowy sprowadzony ze Szwajcarii, uzupełniony orczykami i taśmociągami ułatwiającymi pierwsze metry na nartach.

W środku panuje stała temperatura od - 2 do -4 stopni Celsjusza. Zupełnie niezależnie od tego, czy na zewnątrz jest styczniowy mróz, czy letni skwar, w którym akurat tutaj się pojawiłem. Śnieg produkuje się technologią PowderStar, czyli sprężonym powietrzem i zimną wodą, bez żadnych chemicznych dodatków przyspieszających zamarzanie. Cały proces jest zautomatyzowany i monitorowany zdalnie.

Snow Arena w Druskiennikach. Całoroczny sztuczny stok narciarski
Snow Arena Druskininkai to jeden z największych sztucznych stoków narciarskich w Europie. Fot. Jakub Noch / naTemat.pl

W szczytowych momentach pod jednym dachem bawi się naraz około tysiąca gości. Ale nawet wtedy wydaje się być dość bezpiecznie, bo kaski są tu obowiązkowe, a osoby poniżej 16. roku życia mogą jeździć wyłącznie pod opieką dorosłego.

Od otwarcia halę odwiedziło już ponad milion osób, w tym sporo zawodowców. Prowadzący ten obiekt chwalą się, że trenowało u nich przeszło 5 tys. sportowców z 70 krajów. Od Litwy, Polski, Norwegii, Austrii po Mongolię, Boliwię czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Dlatego też od czerwca do listopada część głównej trasy bywa odgrodzona siatką i zarezerwowana dla kadr narodowych przygotowujących się do zimowego Pucharu Świata. Śnieg jest wtedy specjalnie polewany wodą, żeby stał się twardy i lodowaty. Dokładnie taki, jaki lubią zawodowi slalomiści.

Oprócz stoku działa tu snow park dla miłośników freestyle'u. Jest też oczywiście wypożyczalnia sprzętu (od pakietu "economy", czyli narty, buty i kask, po "premium" z kurtką i spodniami włącznie) oraz serwis nart i desek. I lepiej z niej skorzystać, bo sprzęt na takie sztuczne warunki wymaga nieco innego przygotowania. Ulega też innemu rodzajowi zużycia.

Nieopodal "szczytu" sztucznego stoku czeka panoramiczna restauracja z widokiem na całą halę, a tuż obok otworzył się niedawno kameralny Snow Hotel Druskininkai. To obiekt z oknami apartamentów wychodzącymi na wierzchołki gęsto rosnących dokoła sosen. Stworzono go dla tych, którzy chcą spędzić na stoku więcej niż jedno popołudnie.

Bilet całodniowy dla dorosłego kosztuje od 23 euro w dni robocze do 31 euro w weekendy i święta. Są też tańsze warianty dwu- i czterogodzinne. Kompletny zestaw sprzętu w wersji "economy" to dodatkowe kilkanaście euro, a godzinna lekcja indywidualna z instruktorem od 35 do 45 euro. Jak na atrakcję, która nie ma sobie równych w tej części Europy (choć w Polsce konkurencyjny obiekt jest już tworzony pod Wadowicami), kwoty nie są zatem wygórowane.

"Nad Niemnem" tu znaczy trochę co innego. Gondolka to najkrótsza droga między basenem a stokiem

Hala stoi kilka kilometrów od centrum, ale dotarcie tam nie wymaga samochodu. Druskienniki mają jedyną na Litwie kolej linową, która w niecałe dziesięć minut przenosi pasażerów znad basenów Aquaparku prosto pod stok.

Trasa liczy ponad 1160 m, a przeszklone gondole (każda mieści dziesięć osób, wszystkie razem przewożą do 240 pasażerów na godzinę) wznoszą się nawet 45 m nad taflą Niemna. To nie tylko wygodny transport, ale i osobna atrakcja. Widok na miasto i rzekę z tej wysokości należy do najładniejszych w całych Druskiennikach. Przejazd w jedną stronę kosztuje około 3 euro.

Sam Aquapark Druskininkai, z którego startuje kolejka, to jeden z największych i najstarszych obiektów tego typu w regionie. Działa od grudnia 2006 roku, zajmuje 30 tysięcy metrów kwadratowych. I przede wszystkim oferuje Bermudy, czyli najdłuższą zjeżdżalnię wodną na Litwie, liczącą 212 m. Do tego kilka krótszych zjeżdżalni, w tym niedawno otwarty "Szał", basen z falą, leniwą rzekę oraz strefę z blisko dwudziestoma saunami i łaźniami, łącznie z lodową grotą i Bursztynową Komnatą.

W środku temperatura sięga 32 stopni, a przestrzeń zdobią dziewięciometrowe sztuczne palmy. W skali rozmachu obiekt spokojnie broni się w towarzystwie najbardziej znanych parków wodnych świata. Całodniowy bilet do strefy wodnej to 19 euro w dni robocze i 27 w weekendy. Wariant z saunami wychodzi oczywiście nieco drożej.

Tuż obok czeka jeszcze Park Linowy ONE, rozłożony na trzech hektarach lasu, z trzydziestoma trasami o różnym stopniu trudności. Jego wizytówką jest Lot Tarzana – ponad 400-metrowa tyrolka przeciągnięta nad samym korytem Niemna.

Ulubione uzdrowisko marszałka Piłsudskiego

Nazwa Druskienniki (po litewsku Druskininkai) nie wzięła się znikąd. W języku litewskim "druska" oznacza sól, a "druskininkas" to człowiek, który tę sól z solanki wywarzał. Tym miejscowi zajmowali się przede wszystkim, dopóki to w 1794 roku Stanisław August Poniatowski, ostatni król Polski i wielki książę litewski, wydał dekret nadający Druskiennikom status miejscowości leczniczej.

Już wtedy zaczął się swego rodzaju "turystyczny szał". Rosjanie, którzy przejęli te ziemie po rozbiorach, polskiego pomysłu nie zarzucili. Od połowy XIX wieku ciągnęła tu co lato szlachta i ludzie sztuki. "Do wód" – jak to się wtedy mówiło.

W dwudziestoleciu międzywojennym Druskienniki należały znów do Polski i były ulubionym miejscem wypoczynku marszałka Józefa Piłsudskiego. Ten sielankowy okres brutalnie przerwała druga wojna światowa. W latach 1941–1944 miasteczko funkcjonowało pod hitlerowską okupacją jako Memeltalbad i zostało zamienione w jeden wielki szpital dla rannych ze wschodniego frontu. Po lipcu 1944 roku i wkroczeniu Armii Czerwonej uzdrowisko przez blisko pół wieku działało zaś jako zamknięty, ściśle kontrolowany kurort Litewskiej SRR, dostępny głównie dla uprzywilejowanych obywateli ZSRR.

Dziś Druskienniki są znów tym, czym były przed wojną, tyle że w nowocześniejszym wydaniu. Najstarsze uzdrowisko na Litwie ma niespełna 13 tys. stałych mieszkańców, ale ponad 8 tys. miejsc noclegowych w dziewięciu sanatoriach i licznych hotelach. Ta jedna proporcja mówi chyba wszystko o tym, z czego się tu żyje.

Geniusz znad Niemna i pomniki, których nikt już nie chce

Druskienniki to jednak coś więcej niż solanki i sztuczny śnieg. Tu dorastał Mikalojus Konstantinas Čiurlionis. Dla Polaków niestety anonim, ale dla Litwónów najsłynniejszy kompozytor i malarz – twórca symbolicznych, na poły muzycznych obrazów, których echa widać w całej litewskiej kulturze wizualnej. Niestety poświęcone mu muzeum biograficzne działa jedynie w dwóch skromnych domkach przy głównej ulicy miasta.

Warto je odwiedzić, ale druskiennicką historię – w tym jej polskie ślady – lepiej poznać w Muzeum Miejskim, mieszczącym się w zabytkowej willi rodziny Kiersnowskich z charakterystyczną ośmioboczną wieżyczką. Tam w zbiorach jest między innymi kolekcja fotografii związanych z Piłsudskim i pamiątki po przedwojennym życiu uzdrowiskowym. Spacer wzdłuż Niemna warto przedłużyć o park Gydykla, Krzywy Mostek nad Ratniczanką i aleję Wileńską z drewnianymi rzeźbami Bernardasa Arčikauskasa.

Druskienniki na Litwie. Widoki i regionalna kuchnia
Druskienniki na Litwie to nie tylko Snow Arena. Uzdrowisko zachwyca klimatem, kulturą i regionalną kuchnią. Fot. Jakub Noch / naTemat.pl

Zupełnie inny – znacznie mroczniejszy – rozdział kulturowo-historycznej opowieści czeka w Parku Grūtas, niecałe 10 km od centrum. To prywatne, plenerowe muzeum założone w 2001 roku, w którym zgromadzono kilkadziesiąt sowieckich pomników zdjętych z litewskich placów po 1991 roku. Miejsce bywa nieoficjalnie nazywane "Stalin World" i choć dla jednych (miejscowych) to kontrowersyjna atrakcja, dla innych (turystów, szczególnie tych z Zachodu) stanowi jakąś tam lekcję historii.

Kto zostaje dłużej niż na weekend, powinien wygospodarować czas na Dzukijski Park Narodowy, największy na Litwie, ze szlakami pieszymi i trasami kajakowymi po Niemnie. Wszakże Litwa zaskakuje przede wszystkim przyrodą. Warto zajrzeć też do pobliskiego Liszkowa z zespołem podominikańskim nad rzeką i do Marcinkaniec z zachowaną drewnianą zabudową Dzukii.

A na koniec dnia trzeba usiąść przy cepelinach. Miejscowi polecają szczególnie Etno Dvaras albo Forto Dvaras. I ja to dych polecajek nie mogę mieć żadnego zarzutu.

Jak i kiedy tam jechać?

Do Druskiennik nie da się dolecieć bezpośrednio ani dojechać koleją. Najbliższe lotniska są w Wilnie i Kownie, a stamtąd zostaje jeszcze około dwóch godzin jazdy. Przy czym loty na Litwę należą do najtańszych w Europie, więc dolot i wypożyczenie auta bywa rzeczywiście rozsądną opcją. Inną jest pociąg z Warszawy do Wilna, skąd resztę drogi trzeba jednak też pokonać na kołach.

Najwygodniej jednak wybrać się własnym samochodem. Na przykład, z Gdańska trada do Druskiennik to około 480 km, czyli niespełna 6 godzin za kółkiem. Z Warszawy jedzie się ok. 4 godzina. Najkrócej na miejsce mają oczywiście mieszkańcy Białegostoku i Suwalszczyzny. Najwygodniejsze przejścia to Ogrodniki–Lazdijai oraz Budzisko, skąd zostaje już tylko 50–55 km malowniczej, choć krętej drogi przez litewskie wsie, pola i lasy.

Formalności praktycznie nie ma: Litwa należy do strefy Schengen, więc do przekroczenia granicy wystarczy zwykły dowód osobisty. Na miejscu płaci się euro, a spora część personelu hoteli, sanatoriów i Aquaparku bez trudu porozumiewa się po polsku. Wynika to nie tylko ze wspólnej historii regionu, ale i tego, że Polacy od lat należą do najliczniejszej grupy zagranicznych kuracjuszy.