
Prezydent Karol Nawrocki i premier Donald Tusk kłócą się na łamach serwisu społecznościowego X o to, kto jest większym podnóżkiem obcych mocarstw, ale tam nie ma emocji, nie ma pasji — tam nie ma tak naprawdę kłótni.
Uważam, że rząd i prezydent w kwestii polityki międzynarodowej, wbrew pozorom, ściśle ze sobą współpracują, a przybiera to taką niecodzienną postać, bo taka jest właśnie polska racja stanu. Tak, styl jest przaśny, ale taka właśnie jest aktualnie racja stanu.
I tak naprawdę nie zmienia się ona za bardzo od ostatnich 30 lat. Co najwyżej musi przyjmować różne formy elastyczności. Będą oczywistości, więc pro forma i krótko: Polska leży w bardzo specyficznym miejscu na mapie. Nie może się całościowo związać z Europą, bo ta jest relatywnie słaba i rozbrojona. Ale bardzo potrzebuje jej gospodarczo. Nie ma też takiego komfortu jak na przykład Hiszpania, by nie mieć bliskiego sojuszu wojskowego ze Stanami Zjednoczonymi, które od ćwierćwiecza są bardzo skutecznym narzędziem odstraszania Rosji.
Dlatego polska polityka od lat stoi w rozkroku między Europą a Stanami Zjednoczonymi, a choć bardzo trudno być w tym rozkroku wiarygodnym, nam się to jednak z pełną klasą udaje, bo stworzyliśmy sobie silne frakcje proamerykańskie i proeuropejskie, które na dodatek żyją ze sobą w odwiecznym sporze cywilizacyjnym i systemowym. Okresy, w których żadna z tych frakcji nie ma czegoś do powiedzenia w polityce, są w całej naszej narodowej intuicji nad wyraz krótkie i jak do tej pory bardzo skutecznie nam to wychodzi.
Pewnie rzadko kiedy patrzymy na to w ten sposób, ale uważam, że naprawdę sporo udało nam się uzyskać z jednoczesnego sojuszu europejskiego i amerykańskiego — jest to w pewnym sensie sukces naszej polityki ostatniego ćwierćwiecza. Tyle tylko, że nie było tam w mojej ocenie ostentacyjnego planu na takie rozgrywanie partnerów międzynarodowych — wychodziło nam to mimochodem. Oczywiście politycy podskórnie starali się interpretować i realizować rodzimy interes, ale podejrzewam, że gdyby ktoś rozpisał 25 lat temu taką strategię, to nie wyszłoby nam to tak dobrze, jak w ramach ustroju kaczyńsko-tuskowskiego.
Natomiast mam pewne podejrzenia, że aktualnie Polska realizuje ten scenariusz z premedytacją
Gra się trochę zmieniła, ponieważ po stronie amerykańskiej pojawił się czynnik radykalnie nieracjonalny. Natomiast w całym swoim narodowym szczęściu akurat Polska ma prezydenta, który chwilę przed wyborami pojechał do Stanów Zjednoczonych po błogosławieństwo, jest elementem narracji osobistych sukcesów Donalda Trumpa (a tych rzeczywistych jest dużo mniej niż zmyślonych) i na dodatek pochodzi z obozu politycznego bliskiego ruchowi MAGA od wielu lat. Jednocześnie nie mam złudzeń, że Karol Nawrocki — który w praktyce okazał się póki co prezydentem zupełnie przyzwoitym, a nawet zawstydzającym kilku swoich poprzedników (chętnie tę myśl rozwinę w przyszłości) — już wie i rozumie, że nie ma w Białym Domu racjonalnego, przewidywalnego partnera. Wielokrotnie w swoich ostatnich wypowiedziach charakteryzował się też większą niż zazwyczaj proeuropejskością.
Z jednej strony mamy więc duet Tusk–Sikorski, od lat wiarygodny i zorientowany na Unię Europejską, a z drugiej proamerykańskiego Nawrockiego, który w swoich licznych wypowiedziach stara się przypodobać Donaldowi Trumpowi, by ten w całym swoim szaleństwie spoglądał jednak z łaskawością na swojego najwierniejszego w Europie sojusznika. Czy to jest strategia skuteczna — gdyby na przykład na stole pojawiła się oferta w złocie za niepodległość Polski — trudno oczywiście powiedzieć. Ale za mało jeszcze mamy tych głowic nuklearnych, by podejmować ryzyko sprawdzania, jak sobie radzimy bez choćby ułudy amerykańskiego parasola.
I jak oni pięknie tym sporem grają — na użytek wewnętrzny i zewnętrzny. To znaczy: na użytek wewnętrzny to akurat nic nowego, zwykłe przepychanki przy korycie, trudno nawet powiedzieć, czy bardziej ku uciesze elektoratów, czy amerykańskiej ambasady spisującej stosowne raporty. Ale jakiż smutny był ten nasz pan prezydent, że konstytucja jest zbudowana tak, iż nie może się wkupić do tej absurdalnej Rady Pokoju. Przekonywał Donalda Trumpa tak skutecznie, że nawet ten tłumaczył dziennikarzom ustrojowe problemy i ograniczenia polskiego kolegi. On w to uwierzył — a to chyba najważniejsze.
To, że spór prezydenta i rządu jest w tej kwestii reżyserowany, nie jest zresztą moja osobista koncepcja — pojawia się ona w debacie publicznej od dłuższego czasu. Znany komentator spraw międzynarodowych Jacek Bartosiak przekonywał już jakiś czas temu, że właśnie tak rozgrywana dwubiegunowość polskiej polityki zagranicznej byłaby teraz najbardziej zgodna z polskim interesem narodowym. Ale nawet darzący Bartosiaka szczerą niechęcią były dyplomata Witold Jurasz pisał w Onecie, że Nawrocki i Tusk się porozumieli, ale bardzo nie chcą, by się to wydało.
I mnie się tak wydaje — co oczywiście nie oznacza, że tak się stało na pewno. Może po prostu tak bardzo marzy mi się dojrzała klasa polityczna, która ponad zimną wojną domową PO-PiS jest w stanie postawić żywotny interes państwa, że całą tę sprawę nadinterpretowuję. Oby nie.
Zobacz także
