Ceny biletów na IO 2026 sięgają kilkuset euro, a widoczność bywa zerowa.
Ceny biletów na IO 2026 sięgają kilkuset euro, a widoczność bywa zerowa. Fot: MikeDotta, Shutterstock;@Eleonorad, X; montaż: naTemat.pl

Miały być igrzyska blisko kibica, z nowoczesną infrastrukturą i niezapomnianymi emocjami. Tymczasem coraz głośniej słychać głosy, że na zimowych IO 2026 to właśnie kibice stają się ofiarami oszczędności i złego planowania.

REKLAMA

W mediach społecznościowych krąży wpis kibicki, która wybrała się na finał drużynowy w łyżwiarstwie figurowym w Assago pod Mediolanem. Za bilet zapłaciła 280 euro, czyli blisko 1200 zł. Liczyła na to, że za taką kwotę zobaczy gwiazdy lodu z dobrego miejsca. Zamiast tego zastała stanowisko, z którego taflę zasłaniały elementy konstrukcji hali i głowy osób siedzących przed nią.

Najmocniejszy zarzut nie dotyczy jednak samego pecha. Sprzedaż prowadzono bez możliwości wyboru konkretnego miejsca, a kibice nie dostali ostrzeżenia, że część wejściówek może mieć ograniczoną widoczność albo wręcz brak widoku na arenę. Miejsca przydzielano losowo, a osoby siedzące w rzędzie przed autorką nagłośnionej relacji zapłaciły dokładnie tyle samo, choć ich doświadczenie sportowe było diametralnie inne.

Gdy kibicka spróbowała interweniować w kasie, usłyszała, że może jedynie złożyć skargę. Bez propozycji przejścia, wymiany biletu czy choćby częściowego zwrotu – mimo że mówimy o imprezie, którą organizatorzy przedstawiali jako święto sportu na najwyższym poziomie. W efekcie, zamiast podziwiać programy dowolne najlepszych łyżwiarzy, fanka spędziła wieczór na walce o kilka milimetrów lepszego kąta widzenia i próbach uchwycenia czegokolwiek między barierkami a ekranem w telefonie.

Olimpijski luksus na trybunach. Cennik oderwany od rzeczywistości

Same ceny biletów już wcześniej budziły kontrowersje. Oficjalny cennik przewiduje, że najtańsze wejściówki na zimowe IO zaczynają się od 30 euro, czyli ok. 127 zł. Brzmi znośnie, dopóki nie spojrzymy na proporcje – ponad połowa wszystkich biletów przekracza próg 100 euro. Organizatorzy tłumaczą to ograniczoną liczbą miejsc oraz ogromnym zainteresowaniem kluczowymi konkurencjami, ale w praktyce oznacza to, że przeciętna rodzina płaci za jeden wieczór na trybunach kwoty bliższe zagranicznym wakacjom niż weekendowemu wyjazdowi w góry.

Szczególnie drogie są dyscypliny postrzegane jako wizytówki zimowych igrzysk. Skoki narciarskie, tradycyjnie oblegane przez kibiców z Polski, Norwegii czy Niemiec, kosztują na kwalifikacje 95 euro w kategorii B i 180 euro w kategorii A. Konkursy medalowe to wydatek odpowiednio 120 euro i 230 euro, czyli nawet ponad 970 zł za jedno miejsce na trybunie.

A to tylko jeden konkurs – dodając treningi, kwalifikacje i inne konkurencje, łączny rachunek szybko rośnie do kilku, a nawet kilkunastu tys. zł. Na tym tle 280 euro za finał w łyżwiarstwie figurowym już nie szokuje, dopóki nie zobaczymy zdjęcia pokazującego, co tak naprawdę widać z takiego miejsca.