Księża podczas mszy w kościele
Czy podatek kościelny w Polsce to zły pomysł? Wierni obawiają się kwoty, choć niesłusznie Photo by Julia Michelle on Unsplash

Czy czeka nas finansowa rewolucja w kościelnych ławach? Senat bierze pod lupę podatek kościelny. Co to dla nas oznacza? – Te osiem procent brzmi dla wielu jak biblijna dziesięcina. Należy pokazać, że to nie jest kolejny haracz narzucony przez państwo – mówi naTemat prof. Stanisław Obirek, teolog, historyk i antropolog kultury.

REKLAMA

Ten tekst powstaje w bólach. Bo oto nikt nie chce ze mną porozmawiać na temat tego, czy pomysł wprowadzenia w Polsce podatku kościelnego jest dobry, czy też nie.

Najbardziej interesuje mnie spojrzenie mieszkańców bastionu wiary. Tam, gdzie Kościół ma najgłębsze korzenie społeczne i największy autorytet moralny.

Piszę i dzwonię, ale bez skutku.

– Źle pani trafiła – sołtys Bykowic żegna mnie, zanim zdąży przywitać.

I rzuca słuchawką. 

Nie chcą rozmawiać matki, żony, emeryci, młodzi. 

Próbuję zrozumieć, o co naprawdę chodzi mieszkańcom. Czy boją się naruszyć tabu? Czy są wychowani w przekonaniu, że o pieniądzach się nie dyskutuje?

Czy boją się, że jeśli ktoś przeczyta ich wypowiedź, niekoniecznie pochwalającą wprowadzenie podatku, to odbierze ją jako atak na tradycję?

Nie chcą też dzielić się swoją opinią eksperci.

A przecież chcę rozmawiać o czymś, co dotyczy nas wszystkich – o gospodarce, o finansach wspólnoty. I zastanawiam się, dlaczego sama próba zadania tego pytania budzi taki opór.

Podatek kościelny: co to oznacza dla Polaków?

Czemu chcę o tym rozmawiać? Bo sprawa, która od czerwca ubiegłego roku czekała w sejmowych kuluarach, właśnie nabrała tempa. 20 stycznia senacka Komisja Petycji oficjalnie zwróciła się o opinię do Ministerstwa Finansów oraz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie petycji o wprowadzenie podatku kościelnego.

Autor propozycji chce przenieść na nasz grunt model niemiecki. Fiskus pobierałby od nas dodatkowe 8 proc. kwoty już zapłaconego podatku dochodowego. Pieniądze trafiałyby do konkretnego związku wyznaniowego. Jeśli nie chcesz płacić, musiałbyś oficjalnie zadeklarować brak przynależności do jakiegokolwiek kościoła. Tu nie ma miejsca na domyślną neutralność.

Prof. Stanisław Obirek, teolog, historyk i antropolog kultury, jedyny, który chce ze mną rozmawiać, studzi jednak emocje. Po pierwsze, jak mówi, temat ten wraca co jakiś czas. A po drugie, jest tak dobrze znany innym państwom, że nie powinien kogokolwiek bulwersować.

– Mamy kraje takie jak Niemcy czy Szwajcaria, gdzie ten system funkcjonuje od dziesięcioleci. To sprawdzony model wspierania instytucji religijnych, do których deklaruje się przynależność. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego – wyjaśnia.

Zauważa jednak polski paradoks:

– Z moich obserwacji wynika, że Polacy mieszkający na Zachodzie, gdy tylko orientują się, że deklaracja wiary wiąże się z płaceniem Kirchensteuer, natychmiast się wypisują. To kwestia naszej mentalności i przyzwyczajenia do systemu "co łaska".

Największy lęk może też budzić sama cyfra: 8 proc. Bo co to znaczy? Że nasz domowy budżet się uszczupli? Że nie dość, że "nas okradają z każdej strony", to jeszcze na Kościół mamy dawać?

Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna. To nie jest 8 proc. naszych zarobków, ale 8 proc. od kwoty podatku dochodowego (PIT), który i tak już oddajemy państwu. Różnica kolosalna.

Prof. Obirek wskazuje więc na konieczność "odmitologizowania" tej sumy:

– Te osiem procent brzmi dla wielu jak biblijna dziesięcina. Pomysłodawcy muszą precyzyjnie wyjaśnić, o jaką skalę odpisu faktycznie chodzi. Czy ma to być mechanizm zbliżony do 1,5 proc., które co roku przekazujemy na organizacje pożytku publicznego? Należy pokazać, że to nie jest kolejny haracz narzucony przez państwo.

Jego zdaniem takie rozwiązanie uczytelniłoby relacje finansowe wiernych z Kościołem. Wiadomo by było, ile Kościół otrzymuje i – co ważniejsze – ile traci, gdy wierni odchodzą. Tak dzieje się w Niemczech, gdzie każda apostazja ma konkretny wymiar finansowy.

Wróćmy jednak do sali obrad. A tam zawrzało. Senator Piotr Masłowski, który przeforsował konieczność zasięgnięcia opinii resortu finansów oraz MSWiA, a także przeprowadzenie szczegółowej analizy konstytucyjnej, postawił sprawę jasno:

– Bardzo często, pod przykrywką obrony wartości, broni się tego, co jest wartościowe materialnie, a niekoniecznie tego, co jest wartościowe w sensie wyższym – argumentował.

Zupełnie inaczej widzi to senator Michał Seweryński, który uważa, że nie można wprowadzać podatku, dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia Funduszu Kościelnego.

Kto się boi debaty?

Dlaczego jednak sama próba dyskusji budzi taki opór – zarówno u wiernych, jak i u hierarchów? Prof. Obirek jest pewien, że to kwestia lęku przed utratą kontroli.

– To wszystko zależy od samego Kościoła. W Polsce decyzje Episkopatu rzadko schodzą realnie "na dół". Choć papież Franciszek zainicjował proces synodalności, w Polsce był on wdrażany opornie. Niektórzy hierarchowie, jak choćby emerytowany abp Jędraszewski, wręcz zakazywali publikowania wyników obrad synodalnych. Wyraźnie bali się dyskusji o finansach, roli rad parafialnych czy udziału świeckich.

Osoby krytyczne wobec nadużyć są etykietowane jako wrogowie Kościoła, a tymczasem to właśnie one często chcą pomóc instytucji przezwyciężyć negatywne zjawiska. Im więcej debaty, także o pieniądzach, tym lepiej dla wspólnoty.

prof. Stanisław Obirek

teolog

Jednak klamka zapadła – piłka jest po stronie rządu. Ministerstwo Finansów oraz MSWiA muszą policzyć, ile realnie mogłoby wpłynąć do budżetu z odpisu i jakie wywoła to skutki społeczne.

Jak mówi prof. Obirek, przy obecnej frekwencji w kościołach spadającej poniżej 30 proc., Kościół może obawiać się spadku wpływów z tradycyjnej tacy. Jednak niepotrzebnie:

– Wprowadzenie jasnych zasad mogłoby sprawić, że instytucja ta wręcz by zyskała, zamiast stracić. Nadzieję na takie otwarcie daje postawa kardynała Grzegorza Rysia, który deklaruje gotowość do słuchania opinii publicznej. A im bardziej będzie się o tym dyskutować, tym bardziej pomoże się samemu Kościołowi – podsumowuje mój rozmówca.

Episkopat mówi "nie"

Choć senackie tryby ruszyły, Kościół instytucjonalny mówi twarde "nie", podpierając się najwyższym aktem prawnym w państwie.

Bo oto Biuro Prasowe Konferencji Episkopatu Polski w odpowiedzi na moje pytania ucina spekulacje:

"Obligatoryjny podatek kościelny w Polsce, w aktualnych ramach ustrojowych, jest prawnie niemożliwy. Organy publiczne i pracodawcy musieliby zbierać dane dotyczące przynależności wyznaniowej, co w Polsce jest zabronione".

Duchowni wskazują na art. 53 ust. 7 Konstytucji RP, który jasno mówi, że nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawniania swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania.