
Od rana mieszkańcy Warszawy, Poznania i kilku innych miast przeżywają chwile grozy. Przedszkola i szkoły stanęły w obliczu niepokojących wiadomości o podłożonych ładunkach wybuchowych. Tysiące przerażonych dzieci musiały natychmiast opuścić budynki. To niestety nie pierwsze takie alarmy bombowe w ostatnich dniach i latach.
Dzisiejsze zgłoszenia o podłożonych ładunkach w polskich miastach wywołały olbrzymie zamieszanie i poruszenie. To najpewniej "tylko" celowa próba zastraszenia, ale służby muszą działać jak przy realnym zagrożeniu i wprowadzać odpowiednie procedury.
Ewakuacja szkół i przedszkoli w Warszawie i Poznaniu
Podejrzane e-maile trafiły do blisko dwustu różnych miejsc w Warszawie. Konrad Bagiński z InnPoland podawał, że lwią część stanowią przedszkola i podstawówki. Wiceprezydent Warszawy Renata Kaznowska potwierdziła dla "Super Expressu" potężną skalę zjawiska.
Konieczne było wyprowadzenie maluchów między innymi z "Kasztanowego Ludka" na Bielanach czy praskiego "Ziarenka". Podobna, nerwowa sytuacja panuje dzisiaj w Poznaniu. Na szczęście operacje przebiegły sprawnie, a dzieci są bezpieczne.
"Warszawskie i poznańskie przedszkola oraz szkoły będą mogły wrócić do pracy dopiero po dokładnym, rygorystycznym przeszukaniu obiektu przez zespoły minersko-pirotechniczne" – czytaliśmy rano na łamach InnPoland.
Dziennikarka portalu naTemat, Martyna Piotrowska, poprosiła o komentarz Komendę Stołeczną Policji, ale usłyszała lakoniczny komunikat. "Nie posiadamy takich informacji, jak również nie podajemy szczegółów, ponieważ były to interwencje niepotwierdzone" – ucięło krótko biuro prasowe.
Kto stoi za alarmami bombowymi?
Środowe wydarzenia to niestety tylko wierzchołek góry lodowej. W minionych dniach podobne groźby zamachów uderzyły zresztą w warszawskie Centrum Nauki Kopernik oraz szkoły w Kielcach.
Rozmach i charakter akcji prowadzonych od kilku dni wskazuje na to, że raczej nie był to "żartowniś", któremu się nudzi w domu, ale przemyślana robota grupy hakerów i/lub obcych służb wywiadowczych.
Polskie prawo wobec takich czynów jest bezlitosne. Za fałszywe zawiadomienie grozi do 8 lat więzienia, a przy seryjnych zgłoszeniach kara rośnie niemal dwukrotnie i może wynieść do 15 lat za kratami. Najpierw jednak trzeba złapać sprawców.
Nie jest to jednak niemożliwe. W komunikacie Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości Zarządów z listopada 2025 roku informowano o zatrzymaniu 7 mężczyzn podejrzanych o wywoływanie ponad 380 fałszywych alarmów w ponad 1500 obiektów, co poskutkowało ewakuacją prawie 12 tysięcy osób.
Zobacz także
Ataki hakerskie w Polsce są prowadzone od lat
Zmasowane alarmy bombowe są niestety dobrze znane krajowym służbom. W 2013 r. podobna seria sparaliżowała kilkadziesiąt szpitali i prokuratur. Śledczy poszukiwali wtedy po omacku tajemniczej grupy "Anonimo".
Podobny incydent wydarzył się podczas matur 6 lat później. Hakerzy zakłócili wtedy egzaminy dojrzałości w setkach liceów. Dziennikarze RMF FM ustalili później szokujące fakty. Za tamtym atakiem najpewniej stał rosyjski wywiad wojskowy GRU, używający botów i serwerów z Petersburga.
Z kolei w listopadzie zeszłego roku ewakuowano dworzec Gdańsk Główny i lotniska w Warszawie i Łodzi przez celowo porzucane bagaże. Nie było żadnych wybuchów, ale skończyło się to totalnym paraliżem ruchu kolejowego i lotniczego.
