
– Jeszcze jestem na styku, ale na jesiennej uprawie kukurydzy byłem już pod kreską. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z ziemniakami. Tam sytuacja jest tragiczna. Proszę spojrzeć: w markecie kilogram ziemniaków kosztuje około 3 zł. Tymczasem rolnik otrzymuje za niego zaledwie 15–20 groszy. I to pod warunkiem, że w ogóle uda mu się go sprzedać, bo z tym jest obecnie ogromny problem – zauważa Damian Murawiec, rolnik z Żuław Wiślanych, działacz Ogólnopolskiego Oddolnego Protestu Rolników.
Aleksandra Tchórzewska: Zewsząd słyszę: na roli dzieje się źle, rolnicy muszą szukać dodatkowej pracy i innych źródeł dochodu. Chciałabym, żeby wytłumaczył pan, co się stało z równowagą między tym, ile wydaje pan na produkcję, a tym, ile otrzymuje za plony. Gdzie znikają te pieniądze?
Damian Murawiec, rolnik: Już tłumaczę. Sytuacja wygląda tak, że w produkcji roślinnej ceny za tonę ziarna – czy to pszenicy, rzepaku, czy kukurydzy – znajdują się obecnie na poziomie sprzed 15, a nawet 20 lat. Przykładowo: tona pszenicy kosztuje 750 zł. Dokładnie tyle samo płacono za nią dwie dekady temu.
Tymczasem, żeby dziś spiąć rachunek ekonomiczny, musimy mierzyć się z gigantycznymi kosztami po drugiej stronie. Paliwo kosztuje prawie 9 zł brutto. Ceny nawozów mineralnych wzrosły tak bardzo, że stanowią one nawet 50 proc. ogólnych nakładów na uprawę, co widać wyraźnie w przypadku rzepaku.
Jeszcze około siedmiu lat temu relacja ceny saletry amonowej (najpopularniejszego nawozu azotowego) do tony pszenicy wynosiła około 1,2:1 lub 1,5:1. Obecnie ten stosunek to 2,5:1, a nawet 3:1.
To jednak nie koniec listy wydatków?
Do tego dochodzi bardzo drogi gaz. Jest on niezbędny do suszenia ziarna, szczególnie kukurydzy. Taka jest technologia i nasz klimat – kukurydzę zbieramy z pola mokrą, na poziomie 30–40 proc. wilgotności, a musimy ją wysuszyć do 14 proc.. Pozbycie się wody wymaga ogromnych pokładów energii.
Gaz jest aktualnie o 100 proc. droższy niż jesienią ubiegłego roku. Litr kosztował 1,30–1,35 zł netto, a obecnie to już 2,70 zł. Koszty prowadzenia gospodarstwa drastycznie wystrzeliły, a ceny za nasze płody rolne zupełnie za nimi nie nadążają.
Kto jest za to odpowiedzialny?
Jeśli chodzi o nawozy, to poza zawirowaniami na Bliskim Wschodzie, mamy w Europie bardzo drogi produkt przez system ETS i związane z nim opłaty. Muszą je uiszczać producenci, tacy jak polska Grupa Azoty czy należący do Orlenu Anwil.
Gdyby nie te dodatkowe obciążenia, moglibyśmy zaoszczędzić około 600–700 zł na każdej tonie nawozu. Przyjmijmy, że na hektar zużywamy około 500 kg – tylko z tytułu wspomnianych opłat moglibyśmy oszczędzić około 300 zł na każdym hektarze.
A przecież wydatki rosną na każdym etapie. Droższe paliwo to nie tylko to, co lejemy bezpośrednio do ciągnika, kombajnu czy ładowarki. To także wyższy koszt transportu nasion, materiału siewnego, środków ochrony roślin czy części zamiennych. Gdy to wszystko się skumuluje, obraz możliwości wypracowania jakiegokolwiek zysku staje się, niestety, bardzo nieciekawy.
Ma pan już ujemny bilans w gospodarstwie, czy wychodzi pan jeszcze "na styk"?
Jeszcze jestem na styku, ale przykładowo na jesiennej uprawie kukurydzy byłem już pod kreską. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z ziemniakami, o której słyszy się od miesięcy. Tam sytuacja jest tragiczna.
Proszę spojrzeć: w markecie kilogram ziemniaków kosztuje około 3 zł. Tymczasem rolnik otrzymuje za niego zaledwie 15–20 groszy. I to pod warunkiem, że w ogóle uda mu się go sprzedać, bo z tym jest obecnie ogromny problem.
W krajach Europy Zachodniej, głównie w Holandii i Niemczech, wyprodukowano w tym roku nadwyżki. Tamte państwa poradziły sobie z tym poprzez dotowanie eksportu – producent dostaje dopłatę do każdej tony pod warunkiem, że wywiezie ziemniaki poza granice kraju.
To klasyczna interwencja rynkowa mająca chronić ich wewnętrzny rynek, ale odbywa się to kosztem polskich gospodarzy. Dotowany towar z Zachodu, sprzedawany po minimalnych cenach, trafia do polskich przetwórni czy obieralni. W efekcie nasze ziemniaki nie są skupowane i zalegają w magazynach.
Co się dzieje z towarem, którego nie udaje się sprzedać?
Magazynowanie ziemniaka nie jest proste. Często dochodzi do sytuacji, w której towar po prostu zaczyna się psuć i musimy go utylizować. To jest dramat: nie dość, że poniosło się ogromne koszty uprawy – a inwestycja w hektar ziemniaka to od 15 do 20 tysięcy złotych – to na koniec, zamiast zysku, trzeba jeszcze zapłacić za utylizację niesprzedanego plonu.
To są potężne straty, które kładą gospodarstwa na łopatki.
Rolnicy są stratni, ale jak odczuwają to polskie rodziny? Czy to, co dzieje się w waszych gospodarstwach, ma bezpośredni wpływ na nasze portfele?
Problem polega na tym, że niskie ceny, które my otrzymujemy za płody rolne, nie przekładają się bezpośrednio na niższe ceny w marketach. Marże, koszty transportu, pakowania, przetwórstwa i samej sprzedaży tak mocno nabijają cenę końcową, że konsument nie odczuwa naszej straty. Klient płaci dużo, a rolnik dostaje grosze.
A co z umową Mercosur? Wiem, że był pan mocno zaangażowany w protesty. Czy czuje się pan oszukany?
Jako rolnicy oczekiwaliśmy, że po 9 stycznia – kiedy dowiedzieliśmy się, że umowa została przyjęta – rząd podejmie realne kroki. Choć Polska była przeciw, apelowaliśmy do premiera i Rady Ministrów o złożenie skargi na decyzję Rady Unii Europejskiej, która zezwoliła na tymczasowe obowiązywanie tej umowy.
Niestety, od 1 maja wejdzie ona w życie w formie tymczasowej. Liczyliśmy na większe zaangażowanie. Obecny minister rolnictwa, a wcześniej wiceminister, Stefan Krajewski obiecał nam złożenie skargi, ale widocznie resort nie miał odpowiedniej siły przebicia w całej Radzie Ministrów.
Jest pan aktywistą, rozmawia pan z rządem. Czy po drugiej stronie widzi pan autentyczną chęć pomocy, czy to tylko obietnice bez pokrycia?
W samych rozmowach zrozumienie jest, ale brakuje go później przy podejmowaniu konkretnych decyzji sprzyjających rolnictwu. Często prowadzimy dialog, z którego – jak nam się wydaje – może wyniknąć coś pozytywnego, a po kilku miesiącach okazuje się, że żadnej realnej decyzji nie ma.
Krajowa Rada Izb Rolniczych wystąpiła z programem premii dla młodych rolników. Myśli pan, że to uratuje sytuację, czy to tylko gest na pokaz?
Mamy ogromny problem z sukcesją i chęcią młodych ludzi do zostawania na wsi. Średni wiek rolnika w Polsce to 50 lat, a w Unii Europejskiej 55 – to bardzo niebezpieczne zjawisko.
Uważam, że takie premie na start mogą w jakimś stopniu zachęcić młodą osobę do podjęcia tego trudu i prowadzenia gospodarstwa po rodzicach.
Rozpoczęcie od zera, bez własnego kapitału, jest dziś jednak praktycznie niemożliwe. Sama premia dla kogoś, kto zaczyna od zera, mija się z celem. Realną szansę mają tylko ci, którzy posiadają zaplecze albo przejmują gospodarstwa po rodzicach.
Pan jest gospodarzem z dziada pradziada?
Tak, zaczynał pradziadek, potem był dziadek, tata i teraz ja. Nigdy nie myślałem o ucieczce do wielkiego miasta, ale nie ukrywam, że bardzo się martwię. Pracujemy coraz ciężej i coraz dłużej, a jednocześnie coraz mocniej się zadłużamy. Brakuje pozytywnej perspektywy.
Widzimy, jakie agroholdingi tworzą się na Ukrainie czy w krajach grupy Mercosur. Mam świadomość, że może przyjść moment, w którym mój syn nie będzie już w stanie przejąć po mnie gospodarstwa, bo to po prostu nie będzie opłacalne. Staraliśmy się rozwijać, kupowałem ziemię na kredyt, dzierżawiłem kolejne hektary, ale przy obecnych kosztach mamy mnóstwo zmartwień.
A czy pogoda również dała się panu we znaki?
Bardzo mocno. Gospodaruję na Żuławach Wiślanych i zeszły rok był pod tym względem fatalny. 28 lipca, zaraz po rozpoczęciu żniw, nawiedził nas deszcz nawalny. Pola zostały zalane. Część nasion rzepaku się osypała, zboża wyległy, wszędzie potworzyły się zastoiska wodne. Niektóre pola pszenicy były zalane całkowicie – poziom wody sięgał 50 centymetrów. Gdy wszedłem na pole w gumowcach, woda wlała mi się górą.
Z kłopotami po tej ulewie mierzymy się do dzisiaj. Deszcz nie tylko pogorszył jakość plonu i spowodował jego częściową utratę, ale też zniszczył strukturę gleby, co uniemożliwiło normalną uprawę i zasiewy jesienią.
Czy zima również była ciężka dla upraw?
To była kontynuacja problemów. Mieliśmy okrywę śnieżną, więc rośliny nie wymarzły, ale przez wcześniejsze zalania i dużą ilość śniegu, który stopniał na zamarzniętą ziemię, znów powstały zastoiska. Tam, gdzie woda stała zbyt długo, rośliny po prostu wypadły. Mamy teraz na polach puste place.
Musiałem już częściowo przesiewać te działki, co oznacza ponowne koszty pracy i materiału siewnego. To na pewno odbije się negatywnie na tym sezonie – już teraz spodziewam się znacznie niższych plonów.
Miałem nadzieję, że skoro drastycznie rosną ceny surowców, paliwa i nawozów, to w ślad za nimi pójdą ceny płodów rolnych. Niestety, na razie tak się nie dzieje.
Są też krytycy, którzy mówią: "Rolnicy tylko narzekają, a przecież biorą dotacje i mają nowoczesne ciągniki". Co by im pan odpowiedział?
Ten obraz jest często przekłamany. Jeśli chodzi o dofinansowania do zakupu maszyn, to nie dostajemy ich za darmo. Dotacja pokrywa zazwyczaj 40–50 proc. kosztów. Rolnik musi najpierw wyłożyć 100 proc. kwoty z własnej kieszeni lub kredytu, a dopiero potem część jest mu zwracana. Do tego dochodzi szereg rygorystycznych wymogów, które same w sobie generują dodatkowe koszty inwestycji.
Kolejna sprawa to dopłaty bezpośrednie. Weszliśmy do Unii w 2004 roku i od tamtej pory poziom dopłaty do hektara w zasadzie się nie zmienił. Mamy rok 2026, a stawka oscyluje wokół 700 – 800 zł. Proszę porównać siłę nabywczą tych pieniędzy 20 lat temu i dzisiaj. To prosty mechanizm: skoro cena pszenicy zatrzymała się na poziomie sprzed dwóch dekad, to wyobraźmy sobie pracownika etatowego, który dziś otrzymuje wypłatę sprzed 20 lat – powiedzmy 800 czy 1000 zł – a musi opłacić dzisiejsze rachunki, raty kredytów i paliwo.
Jedno tankowanie 50 litrów paliwa kosztuje dziś 450 zł. Gdyby ludzie mieli przeżyć miesiąc za pensję z 2004 roku przy cenach z 2026, mielibyśmy w kraju zamieszki. My, rolnicy, w takiej rzeczywistości musimy prowadzić produkcję.
Dalsza część wywiadu poniżej
Zobacz także
Gdyby mógł pan zmienić przepisy, by ulżyć rolnikom – co by pan zrobił?
To problem bardzo złożony, ale zacząć należałoby od poziomu unijnego. Po pierwsze: odejście od systemu ETS dla producentów nawozów. To podstawa, bo te opłaty bezpośrednio i drastycznie podrażają produkcję. W dobie napięć wojennych i kryzysów energetycznych konieczna jest rewizja całego systemu opłat klimatycznych. Bez energii i jej nośników nie zrobimy nic, a obecny system winduje ceny wszystkiego po kolei.
Po drugie: domagamy się realnej ochrony unijnego rynku żywności. Nie może być tak, że nakłada się na nas coraz wyższe normy i koszty, jednocześnie otwierając rynek na produkty, które tych standardów nie muszą spełniać.
Czyli problemem są nie tylko koszty, ale i nierówna walka na rynku?
Dokładnie tak. Sytuacja jest kuriozalna: na nas nakłada się coraz surowsze normy, byśmy produkowali zdrową żywność, a jednocześnie zawiera się umowy handlowe dopuszczające produkty wytwarzane według znacznie niższych standardów. Wystarczy spojrzeć na wydarzenia z ostatnich miesięcy.
Mieliśmy aferę ze słonecznikiem płynącym do Bułgarii – w transportach wykryto substancje, które u nas są absolutnie niedopuszczalne. Kolejny przykład to wołowina z Brazylii z estradiolem czy ta z Urugwaju z przekroczonymi normami progesteronu.
Ten towar trafił na polski rynek. Gdyby kontroli było więcej, takich przykładów byłoby znacznie więcej. To jest uderzenie prosto w nas i w konsumentów.
Mówił pan też o kosztach samej technologii, która ma być przecież "proekologiczna".
To kolejny ukryty koszt. Musimy kupować ciągniki, kombajny czy ładowarki spełniające wyśrubowane europejskie normy emisji spalin. Przez to sprzęt jest nie tylko znacznie droższy w zakupie, ale też bardziej awaryjny i kosztowny w eksploatacji. Systemy takie jak EGR czy inne rozwiązania redukujące emisję CO₂ często zawodzą, a koszty ich naprawy ponosimy my.
Obraz jest więc taki: koszty produkcji mamy najwyższe na świecie, napędzone opłatami klimatycznymi, systemem ETS i normami spalin, ale ceny za nasze produkty są światowe. Musimy konkurować z producentami, którzy produkują taniej, bo nie dbają o klimat ani o środowisko tak jak my.
Ten rachunek po prostu przestał się spinać. To nie jest problem, który pojawił się wczoraj – to efekt lat zaniedbań i błędnych decyzji.
