Matka i syn w tunelu idą za rękę
Czy matka ma prawo nie lubić swojego dziecka? Fot. Shutterstock

– Kiedy na jednej z grup dla rodziców przeczytałam, że inne mamy też nie lubią swoich dzieci, poczułam ulgę. Ogromną ulgę – przyznaje Milena. – Bo myślałam, że jestem jedyna, wybrakowana, zepsuta, kiedy przez myśl przeszło mi, że ja też Oliwki nie lubię. Choć kocham ją bardzo – dodaje.

REKLAMA

Milena przegląda zdjęcia Oliwki i czuje ścisk w żołądku.

Z żalu.

Patrzy na roześmianą, pucatą buźkę i nie może uwierzyć, że "nic z tamtego dziecka już nie zostało".

Kocham, ale nie lubię

Dziś Oliwia ma 14 lat. Wchodzi do domu, ciska plecak w kąt, kładzie nogi na stole. Rzuca półsłówka wymieszane z wulgaryzmami, wzrusza ramionami, przewraca oczami.

Uśmiecha się kpiąco.

Milena mówi mi, że z mężem próbowali wszystkiego: od pełnego empatii podejścia "po dobroci", po surowe i bezkompromisowe egzekwowanie zasad. Ale nic z tego. 

W szkole panie ich córką się zachwycają: pilna uczennica, angażuje się w kiermasze i zbiórki dla chorych dzieci.

W domu jest zupełnie inna.

Miło się odzywa właściwie tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje. A lista potrzeb jest długa.

– A to kolejna mgiełka Sol de Janeiro, buty UGG oczywiście oryginalne, nowy iPhone, bo "wszyscy już mają" – wymienia Milena.

Z pokoju nastolatka wychodzi rzadko. Koleżankom żali się, że jej rodzice są "toxic". Wszystko, co jej zaproponują, to "cringe". Nie ma szans nawet na wspólne zjedzenie obiadu.

Próbowali różnych rozwiązań. – Każda próba rozmowy kończy się awanturą. Ona potrafi być naprawdę przykra – przyznaje Milena.

Nie raz przez zachowanie córki płakała.

– Kupiłam jej bluzę, modny fason, prawie 200 złotych. Spojrzała na nią z pogardą i powiedziała, że jest "w takim g****, to ona chodzić nie będzie". To nie chodzi o ubranie. Chodzi o ten brak szacunku – do nas, do pieniędzy, do tego, że się staramy – irytuje się.

Każdy wakacyjny plan staje się zarzewiem konfliktu.

– Wakacje nad morzem, które tak lubiła, teraz wyśmiewa. Zaproponowaliśmy więc z mężem Bułgarię. Powiedziała, że tylko Japonia wchodzi w grę. Nie stać nas na takie wyprawy.

I dodaje: – Oliwka komentuje wszystko. Złośliwie, uszczypliwie. Powiedziała mi, że jestem gruba.

Trudna relacja z córką rzutuje na jej małżeństwo.

– Jesteśmy sfrustrowani, zmęczeni, wyładowujemy się na sobie. Całe życie pracowaliśmy na to, żeby miała lepiej niż my. A teraz mamy wrażenie, że w zamian dostajemy tylko pogardę.

Kiedy na jednej z grup dla rodziców przeczytałam, że inne mamy też nie lubią swoich dzieci, poczułam ulgę. Ogromną ulgę. Bo myślałam, że jestem jedyna, wybrakowana, zepsuta, kiedy przez myśl przeszło mi to, że ja też Oliwki nie lubię. Choć kocham ją bardzo.

Milena,

mama Oliwki

"Kocham swoje dziecko, ale go nie lubię" – to zdanie co jakiś czas powraca na rodzicielskich forach. Czasem w łagodniejszej wersji: "Kocham moją córkę, ale trudno mi ją po prostu lubić".

Za tymi wyznaniami rzadko stoi obojętność. Zwykle w tle są zmęczenie, konflikty, poczucie bezsilności i codzienna walka, która zamiast budować bliskość, zaczyna ją podkopywać.

Kamila mówi, że dziś jest już po tej drugiej stronie. Moment, w którym "nielubienie" własnego dziecka przestało być jej codziennością, pamięta bardzo wyraźnie. Co ciekawe – nastąpił, kiedy córka zaczęła dojrzewać.

– Dopiero później poczułam, że nie tylko ją kocham, ale też ją lubię – opowiada.

Pierwsze lata macierzyństwa wspomina bez sentymentu.

– Moja córka była bardzo trudnym dzieckiem. Krnąbrnym, złośliwym do granic. Wiem, że teraz mówi się inaczej, że wszędzie szuka się zaburzeń, diagnoz… Ale taka była prawda. To było dziecko wychuchane, zaopiekowane, przebadane przez psychologów. A jednocześnie potrafiła patrzeć mi prosto w oczy i wylewać coś na podłogę. Skrzypiała krzesłami, robiła wszystko na przekór. To, co jej ubrałam, zaraz zdejmowała. A wiedziała, że się spieszę do pracy – wspomina.

I dodaje: – Jak o tym myślę, mam gęsią skórkę. To był bardzo trudny czas.

Przełom przyszedł dopiero kilka lat później.

– Coraz lepiej zaczęło być gdzieś w trzeciej klasie podstawówki. Zaczęła współpracować, więcej słuchać. Dało się z nią rozmawiać – mówi Kamila.

Wcześniej, choć robiła wszystko "jak trzeba", czegoś brakowało.

– Opiekowałam się nią najlepiej, jak umiałam. Nigdy nie dałam po sobie poznać, jak jest mi trudno. Ale w środku… nie czułam, że ją lubię. I to było dla mnie strasznie trudne do przyjęcia.

Najtrudniejsze okazało się jednak nie samo doświadczenie, ale przyznanie się do niego.

– Bałam się powiedzieć o tym komukolwiek. Koleżankom, rodzinie… Bałam się nawet przyznać to sama przed sobą. Bo która matka tak ma? – nie oczekuje odpowiedzi.

Dziś patrzy na to inaczej.

–To był tylko etap naszej relacji. I on na szczęście minął.

Na forach rodzicielskich pojawiają się także regularnie wyznania typu: "Nie lubię bawić się z własnym dzieckiem", "Męczy mnie spędzanie z nim czasu", "Nie cierpię siedzieć z dzieckiem w piaskownicy".

Magda długo nie była w stanie tego wypowiedzieć na głos.

– Wydawało mi się, że coś jest ze mną nie tak – przyznaje. – Bo przecież jak patrzyłam na inne matki, to one siedziały na dywanie, układały klocki, bawiły się lalkami i jeszcze wyglądały na szczęśliwe. A ja po pięciu minutach miałam ochotę uciec.

Jej syn był dzieckiem, które uwielbiało wspólną zabawę. Domagał się jej niemal bez przerwy.

– "Mamo, pobaw się", "Mamo, chodź tutaj", "Mamo, zobacz". A ja naprawdę się starałam. Siadałam na tym dywanie, brałam te klocki do ręki… i czułam, jak narasta we mnie frustracja.

Najbardziej męczyło ją poczucie, że "powinna".

– To, co robiliśmy razem, było dla mnie potwornie nudne. Mechaniczne i bez sensu. Miałam wrażenie, że tracę czas, że zaraz eksploduję.

Zaczęła unikać zabaw z synem. Tłumaczyła się obowiązkami, sprzątaniem, pracą. Potem miała ogromne wyrzuty sumienia.

A razem z wyrzutami sumienia pojawiło się poczucie, że może nie lubi własnego dziecka?

To było najgorsze uczucie na świecie. Czułam się fatalnie z tym, że w ogóle mogłam tak pomyśleć.

Magda

mama 11- letniego Kacpra

Co z tym zrobiła?

– Postanowiłam zmienić aktywności. Zaczęliśmy razem gotować, chodzić na spacery, robić różne rzeczy w domu. Ja przestałam udawać, że jestem kimś, kim nie jestem.

I coś się zmieniło. Zaczęła naprawdę lubić ten czas razem.

Potem Kacper dorósł. Jest wesołym jedenastolatkiem. Ma swoje towarzystwo, kolegów.

Ale mama nadal jest dla niego ważna. Pokazuje jej gry. Słuchają też jego ulubionych przebojów.

– Nie lubię ani jednego, ani drugiego – śmieje się. – Ale wiem na pewno, że lubię swojego syna.

Dziś o tamtych wątpliwościach mówi bez wstydu.

– Myślę, że wiele matek nie lubi aktywności z dzieckiem, tylko się do tego nie przyznają. Bo "dobra" mama powinna kochać każdą minutę z dzieckiem. A to po prostu nie jest prawda.

Niezagojona rana

Czy można kochać swoje dziecko, a jednocześnie go nie lubić? Pytam o to Żanetę Rachwaniec, psycholożkę i socjolożkę.

– Miłość, szczególnie ta dojrzała, zakłada chęć spędzania czasu z drugą osobą, czerpanie radości z rozmowy, wspólne plany – tak jak w relacji partnerskiej – tłumaczy. – Jeśli matka mówi otwarcie, że nie lubi spędzać czasu ze swoim dzieckiem, musimy zapytać, co właściwie oznacza dla niej ta miłość. Często sprowadza się ona wtedy do biologicznego instynktu: "zaspokajam podstawowe potrzeby, dbam o przetrwanie, ale nie ma w tym więzi emocjonalnej".

Jak podkreśla ekspertka, takie odczucia nie biorą się znikąd. Ich źródła często sięgają dużo głębiej niż codzienne trudności wychowawcze. – Przyczyn warto szukać w historiach tych kobiet. Jaką one miały relację z własnymi matkami? Może nie dostały wzorca bliskości, może matka była kimś obcym albo wrogim?

Zdarza się też, że dziecko pojawia się w niewłaściwym momencie życia, co budzi opór. I jeszcze jedno: dziecko nie jest naszą kopią. Ma swój temperament, charakter. Często najbardziej drażnią nas w nim te cechy, których nie akceptujemy u samych siebie

Żaneta Rachwaniec

psycholożka, socjolożka

W sieci nie brakuje wyznań anonimowych matek, które piszą wprost: "Oddałabym za dziecko życie, ale nie lubię z nim przebywać". Jedna z kobiet przyznaje, że stresuje się na myśl o powrocie córki ze szkoły – bo "znowu będzie pyskować". Jednocześnie tęskni za czasem, gdy dziecko było "słodkim bobasem".

– To pokazuje brak zrozumienia dla etapów rozwoju – komentuje Żaneta Rachwaniec. – Bunt nastoletni, choć trudny, jest niezbędny, żeby dziecko mogło zbudować własną tożsamość. Jeśli go nie przejdzie, nigdy nie dowie się, kim jest. Ta wypowiedź brzmi bardzo instrumentalnie: "dopóki dziecko było takie, jak chciałam – grzeczne i uległe – to je kochałam. Kiedy zaczęło sprawiać trudności, przestałam je lubić". To postawa obciążająca dla dziecka.

Nie wszystkie matki, które zmagają się z niechęcią wobec własnych dzieci, ukrywają się za anonimowymi nickami. W mediach społecznościowych bez trudu można znaleźć grupy, w których rodzice –  często pod imieniem i nazwiskiem –  piszą wprost: "nie lubię swojego dziecka".

– To jest ryzykowanie zadania dziecku nieuleczalnej rany – mówi psycholożka. – Dla dziecka przeczytanie czegoś takiego jest traumatyczne, bo oczekuje od rodzica bezwarunkowej akceptacji. Publiczne wyznawanie takich uczuć świadczy o ogromnej niedojrzałości.

Jak podkreśla Żaneta Rachwaniec, istnieje ogromna różnica między mówieniem o własnej bezradności a odrzuceniem dziecka jako osoby.  – Można powiedzieć: "jest mi bardzo trudno z zachowaniami mojego dziecka, czuję się bezradna wobec jego buntu". To komunikat o emocjach rodzica. Ale słowo "nie lubię" jest w tym kontekście okrutne – ono ocenia całego człowieka, a nie jego konkretne zachowanie.

I właśnie to rozróżnienie okazuje się kluczowe.

– W psychologii to absolutna podstawa – wyjaśnia psycholożka. – Czym innym jest powiedzenie "moje dziecko jest niegrzeczne", a czym innym "moje dziecko zachowało się w sposób, którego nie akceptuję". Ten drugi komunikat niesie ważną informację: "kocham cię, ale z niektórymi twoimi zachowaniami jest mi bardzo trudno, bo też jestem tylko człowiekiem". To otwiera drogę do dialogu, zamiast zostawiać po sobie ranę.