Łukasz Litewka nie żyje
Prezydent Sosnowca jest poruszony śmiercią Łukasza Litewki Fot. Shutterstock / Flickr / Klub Lewicy

– Wyszedłem z sesji Rady Miasta i niemal natychmiast dostałem informację o śmierci Łukasza. Pomyślałem wtedy: jaki był sens tracić czas na te kłótnie, podczas gdy odchodzą ludzie, którzy robili rzeczy naprawdę fantastyczne? – mówi naTemat.pl Arkadiusz Chęciński, prezydent Sosnowca.

REKLAMA

Aleksandra Tchórzewska: Łukasz Litewka, poseł Nowej Lewicy, pochodził z Sosnowca. Jak przyjął pan wiadomość o jego śmierci?

Arkadiusz Chęciński, prezydent Sosnowca: To ogromny szok. Najpierw dostałem krótkiego SMS-a z informacją o jego śmierci. W pierwszej chwili nie mogłem w to uwierzyć – pomyślałem nawet, że to jakiś fake, których dziś niestety nie brakuje. Z każdą kolejną minutą, gdy szukałem potwierdzenia, docierało do mnie, że to tragiczna prawda.

Poznaliśmy się w Radzie Miasta. Łukasz może nie był najbardziej aktywnym radnym w typowo politycznym sensie, ale konsekwentnie robił swoje. Znalazł własną drogę. Już kilkanaście lat temu zasłynął z akcji malowania ławek na skwerach i w parkach – to wtedy zdobył mandat. Od początku szukał wsparcia dla swoich idei: pomocy zwierzętom i ludziom.

Z czasem jego zaangażowanie tylko rosło. Pamiętam, jak powiedział mi, że zamierza kandydować do Sejmu. 

I jak pan zareagował?

Mówiłem mu wtedy, że przy jego zainteresowaniach może to nie być najlepsza droga. On jednak miał swoją wizję – jak się okazało, słuszną. 

Sejm nie był dla niego miejscem politycznych sporów ani partyjnej rutyny. Traktował go jako narzędzie do realizacji swoich działań i nagłaśniania inicjatyw. Wiedział, że jako parlamentarzysta zyska większą siłę w rozmowach ze sponsorami i firmami, które mogą wesprzeć jego projekty.

Stąd kolejne inicjatywy, w tym ubiegłoroczne "Zwierzogranie", które zorganizował wspólnie z naszym miastem. Trudno mi pogodzić się z tym, że nie będzie go z nami podczas kolejnej edycji. Brakuje słów, by opisać tę stratę.

Jestem jednak przekonany, że jako miasto – razem z jego współpracownikami – zrobimy wszystko, by kontynuować jego dzieło. "Zwierzogranie" musi się odbyć – jako hołd dla niego.

Chcemy, by ta inicjatywa stała się trwałym, ważnym projektem wspierającym zwierzęta i upamiętniającym człowieka, który zrobił tak wiele dla innych.

Czy jest jakaś konkretna sytuacja lub rozmowa z Łukaszem Litewką, która szczególnie zapadła panu w pamięć?

Trudno wskazać jeden moment, ale bardzo dobrze pamiętam pewne spotkanie. Pochodziliśmy z różnych stron sceny politycznej, co jednak nigdy nie przeszkadzało nam we współpracy. W tamtym czasie pojawiały się spekulacje, że Łukasz może być moim kontrkandydatem w wyborach.

Przyszedł wtedy do mnie z pomysłem "Zwierzogrania". Miałem wrażenie, że trochę się obawiał – długo się nie widzieliśmy, w tle była potencjalna rywalizacja polityczna, więc mógł zakładać, że miasto nie będzie chciało zaangażować się w ten projekt.

Powiedziałem mu wtedy wprost: Łukasz, możemy ze sobą konkurować w polityce, ale nie w działalności na rzecz ludzi czy zwierząt. Tutaj nie ma miejsca na podziały – musimy działać razem. To, co będziemy robić za rok czy dwa, to inna sprawa. Dziś skupmy się na tym, żeby "Zwierzogranie" było świetnym wydarzeniem.

Jak zareagował?

Myślę, że był tym podejściem trochę zaskoczony. Zrozumiał jednak, że dla mnie najważniejszy jest cel, a nie polityczne kalkulacje.

Później, gdy pracował już w Warszawie, nasze kontakty były rzadsze – całkowicie pochłonęła go działalność pomocowa i kolejne inicjatywy. Jeszcze niedawno, z tego co wiem, brał udział w spotkaniu online z Dodą, promując jedną z akcji. To tylko pokazuje, jak bardzo był aktywny do samego końca.

Czy Sosnowiec bez jego energii będzie tym samym miastem, czy jednak trochę innym?

Nie tylko Sosnowiec – cała Polska będzie inna. Proszę zwrócić uwagę na skalę jego oddziaływania: jego działania śledziło blisko milion osób. Łukasz robił rzeczy, które wykraczały poza nasze wyobrażenie o tym, czym powinien zajmować się radny czy parlamentarzysta. To była zupełnie inna jakość – świeżość pomysłów, odwaga działania.

Na pewno będzie nam go bardzo brakowało, bo tak silnej osobowości nie da się zastąpić. Możemy jedynie próbować kontynuować jego dzieło, choć mam świadomość, że bez niego to już nie będzie to samo.

Wiele osób mówiło o nim: "poseł od serca". Jak bardzo ta empatia, którą wnosił do przestrzeni publicznej, była nam potrzebna w dzisiejszych, niespokojnych czasach?

Ta empatia była i jest kluczowa. Żyjemy w czasach, w których ludzie coraz częściej patrzą na siebie z niechęcią, skupiają się na różnicach zamiast szukać tego, co ich łączy. 

Dzisiejsza sesja Rady Miasta w Sosnowcu była tego smutnym przykładem – dominowały jałowe spory, wzajemne pretensje, emocje bez konstruktywnego efektu.

Wyszedłem z tej sesji i niemal natychmiast dostałem informację o śmierci Łukasza. Pomyślałem wtedy: jaki sens mają te wszystkie kłótnie, skoro odchodzą ludzie, którzy robili rzeczy naprawdę ważne i dobre?

Świata bez empatii i realnego działania na rzecz innych nie da się naprawić. Dziś zbyt wielu ludzi szuka jedynie poklasku i "klików" w mediach społecznościowych. To jednak nie ma żadnej wartości, jeśli nie potrafimy naprawdę pomóc drugiemu człowiekowi czy zwierzętom.

Bo kiedy nas zabraknie, zostaje tylko dobro, które po sobie zostawiliśmy.

Czy planuje pan ogłoszenie żałoby w mieście?

Na ten moment trudno mi jeszcze odpowiedzieć na to pytanie. Musimy przede wszystkim porozumieć się z rodziną i najbliższymi współpracownikami Łukasza. Jest na to za wcześnie – emocje są wciąż bardzo świeże.

Najważniejszy jest szacunek dla niego i jego bliskich. To oni powinni zdecydować, czego w tym momencie najbardziej potrzebują.