
– Myślę, że każde deprecjonowanie – zgodnie z samą nazwą – służy w jakiś sposób wzmacnianiu własnej wartości. Obniżam twoją wartość po to, żeby przez chwilę poczuć się lepiej ze swoją. Paradoks polega jednak na tym, że bardzo rzadko odbywa się to świadomie – mówi psychoterapeutka i ekspertka NVC, Agnieszka Kozak.
Aleksandra Tchórzewska: Chciałabym porozmawiać o zjawisku, w którym ktoś pod płaszczykiem troski, komplementu albo życzliwości przemyca szpilę i umniejsza lub upokarza drugą osobę. Na przykład dawno niewidziana znajoma przygląda mi się uważnie i gratuluje, że "wreszcie mi się powodzi". Pamięta mnie z dawnych lat, kiedy byłam bardzo chuda. Wiem, że nie są to żadne "gratulacje", ale złośliwy przytyk do mojej figury. Jak psychologia nazywa taki mechanizm?
Dr Agnieszka Kozak, psycholożka, psychoterapeutka, ekspertka NVC: Mamy tutaj do czynienia z dwiema rzeczami. Pierwsza to po prostu kategoria przemocy, czyli deprecjonowanie i umniejszanie drugiej osoby. Nie używałabym jednak słowa "upokorzenie". To ważne rozróżnienie, ponieważ upokorzenie polega na celowym wyrządzeniu komuś krzywdy, a w opisywanych sytuacjach częściej mamy do czynienia z pewnego rodzaju "zahaczeniem" czy zaczepieniem drugiej osoby. Mamy po prostu inną intencję zachowania.
Po drugie, jest to zdecydowanie gra komunikacyjna. O grze mówimy wtedy, kiedy ktoś nie wyraża się wprost, tylko w sposób zawoalowany. Gdybyśmy odpowiedzieli osobie stosującej taki komunikat, najprawdopodobniej usłyszelibyśmy: "Ale ja tylko…". W psychologii istnieje cała gra oparta właśnie na mechanizmie "ja tylko", na przykład: "Ja tylko chciałam powiedzieć, że dobrze wyglądasz".
Komunikując się w ten sposób, robimy drugiej osobie krzywdę – wprowadzając ukrytą komunikację, odbieramy jej moc do działania i obrony. Co istotne, intencja nadawcy może być nawet dobra – może chodzić o chęć zwrócenia uwagi na coś albo powiedzenia czegoś miłego, jednak forma tego komunikatu pozostaje "zahaczająca" czyli coś uszkadzająca w relacji.
Bardzo często jest to też nieświadoma prośba o uwagę ze strony tej osoby. Ktoś chce zostać zauważony, ale ponieważ nie potrafi zrobić tego inaczej, robi to właśnie w taki sposób.
Podsumowując: mamy tu do czynienia z ukrytym komunikatem i grą komunikacyjną.
Co jeszcze zyskuje osoba, która zamiast otwartego komunikatu ucieka się do takich zabiegów? Dlaczego ktoś nie powie po prostu: "przytyłaś"? Co jej to daje?
Myślę, że ta osoba wcale nie miała na celu powiedzenia pani wprost: "przytyłaś". Zgaduję, że chciała raczej przekazać: "widzę zmianę", "widzę, że coś się dzieje w twoim życiu".
Natomiast pytanie, dlaczego ludzie nie mówią wprost, dotyka sedna problemu. My po prostu mamy z tym ogromny kłopot. Analiza transakcyjna (koncepcja psychologiczna, która opisuje sposób, w jaki ludzie komunikują się i wchodzą w relacje – przyp. red.) pokazuje, że bardzo często uciekamy się do gier komunikacyjnych i relacyjnych zamiast do otwartej rozmowy, bo właśnie tego zostaliśmy nauczeni. Nie mówimy: "martwię się o ciebie", "zauważyłam zmianę", tylko komunikujemy to półsłówkami, aluzją, komentarzem.
W takiej sytuacji warto byłoby dopytać: "Kiedy mówisz, że mi się powodzi, masz na myśli to, że przytyłam? O co dokładnie chodzi?". Bardzo często nie znamy intencji drugiej osoby, tylko dopowiadamy je sobie sami. I jednocześnie warto przyjrzeć się temu, dlaczego akurat ten komentarz tak mocno nas poruszył.
Poruszyło mnie to, ponieważ ta sytuacja miała ciąg dalszy. Ta osoba powiedziała później: "Kiedyś byłaś taka szczuplutka. Ale to nic, bo pełniejsze kształty też są super".
Możliwe, że mamy do czynienia z czymś, co można uznać za wyraz troski czy zainteresowania drugą osobą, choć ja osobiście odbieram to jako kompletnie nieakceptowalne zachowanie uderzające w pewność siebie drugiej osoby.
Wielu ludzi nie potrafi komunikować uczuć czy zainteresowania wprost, więc robi to w sposób nieporadny, czasem raniący. Kojarzy mi się to z popularnym ostatnio filmikiem w internecie, na którym nastolatki dzwonią do swoich rodziców i mówią po prostu: "Cześć mamo, dzwonię tylko powiedzieć, że cię kocham". I większość tych matek odpowiada: "Czy coś się stało?", albo "co odpieprzyłeś?"
Widziałam ten filmik.
Mnie, jako psychologa pracującego z nastolatkami, ten filmik wręcz poraził. Pokazuje, jak bardzo nie potrafimy mówić wprost. Dziecko mówi: "Kocham cię", a matka reaguje pytaniem, co przeskrobało.
Wracając do pani pytania o to, co taka osoba chce osiągnąć – myślę, że w ten niezwykle zawoalowany, czasem wręcz absurdalny sposób próbuje przekazać: "Widzę cię, jesteś dla mnie ważna, chcę ci coś powiedzieć, ale nie umiem zrobić tego inaczej".
Zaciekawiło mnie to, co pani mówi o naszym problemie z komunikowaniem się wprost. Czy chodzi o lęk przed konfrontacją? Czy może sprzyja temu polska kultura oparta na grzeczności i unikaniu konfliktów? Skąd bierze się ten problem?
Po pierwsze, nie mamy wzorców mówienia wprost. Po drugie – i bardzo trafnie nazwała to pani uszczypliwością czy złośliwością – mamy ogromną trudność z wyrażaniem złości i otwartym komunikowaniem, że coś nam się nie podoba. Dla mnie sednem problemu wcale nie jest kultura "bycia miłym", ale to, że po prostu nie umiemy stawiać granic i być po swojej stronie.
W podanym przez panią na początku rozmowy przykładzie może się zresztą kryć coś głębszego. Być może ta osoba nie mówi wprost o swoich zastrzeżeniach, frustracjach czy o tym, co jej nie pasuje w relacji. Czasem pod takimi komentarzami ukrywa się zadawniona uraza, coś, co nigdy nie zostało między ludźmi wyjaśnione. A kiedy człowiek nosi w sobie taki żal, często – nawet nieświadomie – zaczyna ranić drugą osobę. Zraniony ranię.
Niedawno prowadziłam zajęcia ze studentami studiów podyplomowych – dorosłymi ludźmi około trzydziestki. Podczas omawiania procesu grupowego jedna z uczestniczek ostro skonfrontowała bardzo agresywnie zachowującego się mężczyznę. Zatrzymałam tę sytuację, a on po prostu przestał przychodzić na zajęcia. Później zapytałam grupę, dlaczego nikt wcześniej nie zareagował. Jeden z uczestników powiedział wtedy coś niezwykle ważnego: "Tak bardzo boję się własnej złości, że mam wrażenie, że gdy ją uruchomię, to zmiażdżę drugiego człowieka. Dlatego wolę milczeć".
A jak interpretować komunikaty w rodzaju: "Jesteś taka dzielna, że dajesz sobie radę z taką pensją" albo "z takim okropnym mężem alkoholikiem"? Ktoś mówi to niby z podziwem: "Podziwiam cię – tak mało zarabiasz, a jednak nie mieszkasz pod mostem". Z czego to wynika?
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, skąd biorą się takie komunikaty. Skupiłabym się raczej na tym, co można z nimi zrobić. W takiej sytuacji warto zapytać wprost: "Czy naprawdę mnie podziwiasz, czy mówisz to dlatego, że nie umiesz ująć tego inaczej?".
Mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju grą. Słowo "podziwiam" brzmi w tym kontekście nieadekwatnie, bo sama niska pensja nie jest przecież powodem do podziwu – choć czasem może nim być to, że ktoś mimo trudnych warunków potrafi sobie poradzić, a ktoś inny już niekoniecznie.
Dotykamy tutaj gier komunikacyjnych (o grach piszemy w książce: Uwięzieni w grach relacyjnych. Jak wygrać bliskość) oraz komunikatów ukrytych czy podprogowych. Ich istota polega na tym, że druga osoba ma się domyślić, co nadawca naprawdę chciał przekazać i dlaczego zrobił to właśnie w taki sposób.
To naturalnie wywołuje zakłopotanie. Co ważne – jeśli taki komunikat trafi w nasz czuły punkt, a często tak się dzieje, od razu uruchamia lawinę myśli interpretujących negatywnie daną sytuację. Pojawia się napięcie, niepokój i analizowanie: "o co jej właściwie chodziło?". W ten sposób nadawca osiąga swój cel – staje się centrum naszej uwagi. Zabieramy ten komunikat ze sobą, opowiadamy o nim znajomej i pytamy: "Jak myślisz, dlaczego ona mi to powiedziała?". A to oznacza, że druga osoba dostała już swoją "wypłatę" z tej gry: została zauważona i stała się tematem rozmowy.
A co takie komunikaty mówią o poczuciu własnej wartości osoby, która je wypowiada?
Myślę, że każde deprecjonowanie – zgodnie z samą nazwą – służy w jakiś sposób wzmacnianiu własnej wartości. Obniżam twoją wartość po to, żeby przez chwilę poczuć się lepiej ze swoją. Paradoks polega jednak na tym, że bardzo rzadko odbywa się to świadomie. Gry komunikacyjne są najczęściej nieuświadomionymi schematami funkcjonowania. Uczymy się ich, obserwując rodziców albo środowisko, w którym dorastamy, uczymy się jak dostać uwagę, by przetrwać, potem to już tylko powielamy.
Niedawno prowadziłam warsztaty dla trzydziestu mężczyzn. Po około trzech godzinach jeden z uczestników zareagował ironią i sarkazmem. Zapytałam go wtedy, po co pojawił się ten komunikat i co się pod nim kryje. Kiedy zaczęliśmy to analizować, okazało się, że pod spodem był lęk przed oceną i bezsilność związana z poczuciem, że sobie nie radzi. Wtedy odezwali się jego koledzy: "Ale my po prostu tak się komunikujemy".
Kiedy zaczęłam dopytywać, w jakich sytuacjach używają ironii i sarkazmu, wyszło na jaw, że funkcjonujemy w pewnej normie społecznej, w której taki sposób mówienia jest czymś zupełnie zwyczajnym. I to właśnie kolejny wzorzec, który bezwiednie powielamy.
I to mężczyźni? Myślałam, że mężczyźni mówią sobie wszystko wprost i szczerze.
To dość częste, błędne założenie, że mężczyźni mówią sobie wszystko wprost. Och nie – oni świetnie posługują się ironią i sarkazmem. Kobiety bywają bardziej złośliwe i ironiczne, natomiast mężczyźni są zdecydowanie bardziej sarkastyczni. I to potrafi zaskakiwać.
Wiele razy zdarzało mi się, że po usłyszeniu takiego pozornie uprzejmego komentarza zaczynałam podważać własne uczucia i intuicję. Pojawiały się myśli: "Może przesadzam?", "Może ona miała dobre intencje?", "Może jestem przewrażliwiona?". Jak to odróżnić? Czy rzeczywiście coś jest z nami nie tak jako z odbiorcami? I jak sobie z tym radzić – reagować, nie reagować, czy mówić wprost, że to nas rani?
Składa się na to kilka rzeczy. Po pierwsze – jeśli coś pani poczuła, to znaczy, że ma pani kontakt z własnymi emocjami i potrafi je rozpoznać. Warto jednak cofnąć się myślami i zastanowić, ile razy w życiu słyszała pani komunikaty nie wprost, po których później wmawiano pani, że "nie powinna tak czuć" albo że "źle to zrozumiała". To może stopniowo i skutecznie osłabiać zaufanie do własnych odczuć, myśli i interpretacji.
Po drugie, kiedy mówimy: "to mnie boli", to zwykle znaczy, że komunikat trafił w jakiś nasz czuły punkt. I to jest bardzo ważny sygnał do refleksji: dlaczego właściwie to mnie porusza? Z czym ważnym dla mnie się łączy? Czy może być tak, że to rodzaj lustra pokazujący mi, że nie akceptuję czegoś w sobie? Może to dotyczy wyglądu, sytuacji życiowej, trudności emocjonalnych albo doświadczeń, które są dla mnie po prostu wrażliwe? Nie chodzi tutaj o obwinianie się, ale o przyjrzenie się, co ten sygnał mówi o mnie samej, ponieważ zachowanie drugiej osoby jest bodźcem do reakcji zapisanej w moim ciele.
Jednocześnie zastanowiłabym się, czy w relacji z osobą, która używa sarkazmu czy wręcz przemocy słownej, w ogóle warto mówić: "to mnie boli". Czasem znacznie lepszym krokiem jest skierowanie uwagi na jej zachowanie i zapytanie wprost: "Dlaczego tak się do mnie zwracasz?", "Po co używasz ironii?", "Co chcesz przez to osiągnąć?". To natychmiast przesuwa rozmowę z poziomu naszej reakcji na poziom odpowiedzialności drugiej osoby.
Jeśli powiemy jedynie "to mnie boli", istnieje duże ryzyko, że usłyszymy: "Ojej, jesteś przewrażliwiona". Dlatego warto raczej konfrontować zachowanie niż własne odczucia.
Pamiętam sytuację, kiedy poznałam człowieka, który zaprosił mnie na warsztaty, a w rozmowie bardzo często używał ironii i sarkazmu. Zapytałam go wprost: "Dlaczego jesteś wobec mnie sarkastyczny?". Odpowiedź brzmiała: "Bo jak kogoś lubię, to właśnie tak go traktuję". Odpowiedziałam mu: "W takim razie możesz przestać mnie lubić". Tu chodziło właśnie o nazwanie zachowania po imieniu, a nie o tłumaczenie mu, jak ono na mnie działa.
Ciąg dalszy rozmowy poniżej
Zobacz także
A czy ma to znaczenie, jeśli takie toksyczne docinki pojawiają się w bliskich relacjach, na przykład rodzinnych?
W bliskich relacjach często oznacza to, że coś między nami nie zostało dobrze rozwiązane albo nazwane. Trzeci ważny aspekt jest taki, że tego typu zachowania bardzo często pojawiają się w sytuacjach lękowych. Kiedy człowiek się boi, zaczyna automatycznie uruchamiać takie mechanizmy.
Znam osobę, która bardzo boi się bliskości. Kiedy relacja staje się zbyt intymna i bezpieczna, natychmiast włącza ironię i sarkazm. To dla niej rodzaj tarczy – sposób na utrzymanie dystansu i uniknięcie zaangażowania, które w przeszłości było dla niej trudne lub raniące.
Powody mogą być oczywiście różne, a kolejnym bywa po prostu bezsilność. Wyobraźmy sobie sytuację, w której jedna kobieta widzi drugą jako uosobienie wszystkiego, czego sama pragnie – sukcesu, wyglądu, życia rodzinnego. Jeśli jest dojrzała, powie: "Chciałabym być w takim miejscu". Jeśli jednak nie, może zareagować deprecjonowaniem: "Pewnie masz to wszystko tylko dlatego, że tak dobrze wyglądasz". W ten sposób próbuje po swojemu poradzić sobie z własnym poczuciem braku i niemocy.
A co zrobić z poczuciem zranienia lub ze złością po takim spotkaniu? Szczególnie że trafna riposta przychodzi nam zazwyczaj z opóźnieniem – po kilku godzinach albo dopiero następnego dnia. Wtedy emocje narastają, a człowiek zostaje z poczuciem winy: "Mogłam zareagować, mogłam coś powiedzieć, a nic nie zrobiłam". Jak sobie z tym poradzić?
Po pierwsze – w takich momentach niezwykle ważne jest coś, co nazywam empatią wobec samej siebie. Warto się zatrzymać i zapytać: dlaczego to mnie tak dotknęło? Co dokładnie we mnie uruchomiło i jakie uczucia się we mnie pojawiły?
Po drugie – dobrze jest przyjrzeć się temu, co tak naprawdę myślę o tej drugiej osobie. Bardzo często nie reagujemy wprost, bo w tle natychmiast odpalają się automatyczne przekonania: że ktoś jest silniejszy, że nie mam szans wygrać, że to "nie ma sensu" albo że "on już taki jest i nigdy się nie zmieni". Trzeba uczciwie sprawdzić, jakie myśli (przekonania, które ja nazywam potworami w głowie) nas blokują.
Kolejna rzecz to pytanie: czego ja w tej sytuacji potrzebuję? I wreszcie – co mogłabym powiedzieć, gdyby nie ten lęk i gdyby nie blokowały mnie automatyczne schematy?
Chodzi o to, żeby uczyć swój mózg zupełnie nowego sposobu reagowania. I absolutnie nie mam tu na myśli ripost. Riposta oznacza wejście w tę samą grę, którą proponuje druga strona. A nie o to przecież chodzi – chodzi o ochronę siebie i stawianie jasnych granic.
Można powiedzieć wprost: "Nie podoba mi się, kiedy mówisz do mnie w ten sposób" albo: "Nie komentuj, proszę, mojej wagi, to nie jest dla mnie temat do takich rozmów". To jest czytelna informacja o granicy. Chodzi o to, żeby nie wchodzić w "ping-ponga": ty mi – ja tobie. Bo wtedy tylko potwierdzamy reguły gry. Nawet jeśli na docinek w stylu: "Widzę, że ci się powodzi" odpowiemy ripostą: "A tobie chyba nie bardzo", to nadal pozostajemy w tej samej toksycznej dynamice. Wysyłamy sygnał: "tak, można ze mną w ten sposób rozmawiać".
Wiem już, że należy unikać ripost. Ale co w takim razie zamiast nich?
Jest kilka sposobów, które pozwalają wyjść z takiej gry spokojnie i bez eskalacji. Jednym z nich jest odpowiedź całkowicie dosłowna – po prostu ignorujemy ironię czy złośliwość. Jeśli ktoś mówi: "Widzę, że ci się powodzi", można odpowiedzieć: "Tak, cieszę się, że to zauważasz". I zatrzymać się na literalnym znaczeniu tych słów.
Podobnie, gdy ktoś rzuca z ironią: "O, już myślałam, że zgubiłaś telefon", odpowiadamy: "Tak, czasem nie wiem, gdzie go zostawiam". Bez wchodzenia w ukryty ton.
Dosłowność?
Właśnie tak – "tak, czasem po prostu nie wiem, gdzie mam telefon". Koniec tematu.
Inną metodą jest odpowiedź z poziomu potrzeby. Na przykład: "Czy kiedy to mówisz, chodzi ci o to, żebym częściej do ciebie dzwoniła?". Wtedy próbujemy dokopać się do intencji, która stoi za tym złośliwym komunikatem.
Mamy więc kilka możliwości: postawienie granicy ("nie chcę, żebyś tak do mnie mówił"), nazwanie zachowania po imieniu ("czy to była ironia?") albo próba zrozumienia intencji ("co chcesz mi przez to powiedzieć?"). Wszystko zależy od konkretnej sytuacji i relacji, jaka nas łączy z rozmówcą.
A co w sytuacji, gdy jesteśmy w długoletniej relacji, na przykład w przyjaźni, i ktoś nagle zaczyna używać takich przemocowych czy złośliwych komunikatów? Czy to znak, że coś się psuje, czy raczej sygnał, że trzeba porozmawiać i dotrzeć do źródła?
Warto to zawsze zatrzymać i oprzeć się na języku obserwacji. Można powiedzieć: "Zauważyłam, że od jakiegoś czasu – albo że to już trzeci raz dzisiaj – kierujesz do mnie ironiczne uwagi. Chciałabym zapytać, co się dzieje?". Problem może leżeć w samej relacji, ale może też wynikać z osobistych trudności, które przeżywa ta druga osoba. Na początku nigdy nie mamy pewności, z czym dokładnie mamy do czynienia.
Jak powinniśmy się komunikować, żeby eliminować język przemocowy z codzienności? Czy da się to w ogóle zrobić tak, by nie przemycać emocjonalnych "szpilek" i ocen?
Zawsze wracam w takich momentach do idei Porozumienia bez Przemocy (NVC). Chodzi o to, żeby uczyć się komunikatu "ja" – czyli mówić o tym, co czuję, czego potrzebuję i o co proszę. W wielu trudnych wypowiedziach paradoksalnie kryje się przecież prośba o bliskość, o bycie zauważonym i ważnym. Jeśli jednak nie mamy dostępu do dojrzałych sposobów wyrażania tych potrzeb, ujawniają się one w formie niedojrzałej, a przez to raniącej.
Mam wrażenie, że wiele osób nawet nie wie, że zdrowej komunikacji można się po prostu nauczyć.
Tak, wiele osób nie ma o tym pojęcia. Powiedziałabym nawet więcej – spora część ludzi w ogóle nie zdaje sobie sprawy, że używa przemocy słownej. Jest ona tak powszechna i społecznie oswojona, że na początku uczestnicy często reagują obronnie, mówiąc, że to przesada. Dopiero kiedy pytam, jak sami czują się w odpowiedzi na takie słowa, zaczynają widzieć, że to nie jest żadne przewrażliwienie. To coś, co realnie ich dotyka, choć wcześniej po prostu nie mieli na to odpowiedniego języka.
Co się dzieje, gdy ludzie nagle dowiadują się, że ich sposób rozmawiania może być raniący? Czy to ich zmienia?
Najważniejsze jest to, że nikt nie chce świadomie krzywdzić drugiego człowieka. Kiedy uczestnicy uświadamiają sobie, jaki charakter mają ich komunikaty, najpierw przychodzi zaskoczenie – nagłe odkrycie faktu. Potem pojawia się refleksja: dlaczego tak się dzieje i co się pod tym kryje? I to jest moment kluczowy. Na końcu uczą się, jak wyrazić dokładnie to samo, ale w inny sposób. Mogę powiedzieć, że motywem przewodnim większości moich warsztatów jest jedno proste hasło: "powiedz to inaczej".
