
"Rajd" Ukraińca nad Morskie Oko spotkał się z drastyczną wręcz reakcją służb i Tatrzańskiego Parku Narodowego. Posiadacz żółtej Corvetty będzie bowiem zobowiązany do zapłaty kary, którą pewnie będzie w stanie pokryć z dochodów z pojedynczego filmiku na TikToku. Nie jest to jedyna ciekawostka o asfaltowej trasie do Morskiego Oka.
Sportowy wyczyn influencera z Ukrainy (sportowy, bo sportowym autem) głośno komentowany jest w polskich mediach. Andriy Gavryliv zdecydował się pokonać trasę nad Morskie Oko swoją żółtą Corvettą.
Wyczyn mu się udał, co zostało udokumentowane m.in. na Instagramie i TikToku. Relacja z podróży ma setki tysięcy wyświetleń, a komentujący z oczywistych powodów są niezwykle oburzeni. Powagę sytuacji podkreśla "drastyczna" kara, jaka będzie czekać na influencera, gdy tylko uda się go zidentyfikować przez władze Tatrzańskiego Parku Narodowego (TPN).
Kara za "wycieczkę" zwala z nóg. Ekskluzywny bilet wstępu za jedyne tysiąc złotych
– Grozi mu mandat do 1000 złotych, bo my do takich kwot możemy je wystawiać. Jeżeli tego pana zidentyfikujemy, no to taki mandat dostanie – mówi Szymon Zbiorowski, dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego, w rozmowie z WP. TPN i TOPR od lat walczą ze skandalicznym zachowaniem turystów.
Posiadacz żółtej Corvetty raczej nie może więc narzekać na nadmiernie wysoką karę. 1000 złotych to dosyć niewielka kwota jak na tak ekskluzywny bilet – zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że po słowackiej stronie turyści łamią ten zakaz w Tatrach, a kara może wynieść nawet 3000 euro. Szczególnie że wjazd na Morskie Oko wcale do tanich nie należy. Dla precyzji dodam jednak, że w sumie nie wiadomo, do jakich należy, bo Stowarzyszenie Przewoźników do Morskiego Oka z Gminy Bukowina Tatrzańska ma dosyć niespecyficzne podejście do cennika.
Otóż, jak podaje wcześniej wspomniany cennik na stronie koniemorskieoko.pl, "Cena za przejazd zależy od sezonu, ilości chętnych, pogody i tego, czy przewóz odbywa się wozem, czy saniami. Dlatego też każdorazowo przed skorzystaniem z przewozu należy z fiakrem ustalić cenę za wykonaną usługę".
Wytłumaczeniem takiego stanu rzeczy jest typ działalności podejmowanej przez przewoźników. "Każda z osób wykonująca przewozu na trasie z Palenicy Białczańskiej do Włosienicy prowadzi indywidualną działalność gospodarczą. W ramach tej działalności indywidualnie ustala wynagrodzenie za świadczone przez siebie usługi" – informuje stowarzyszenie.
Jak wiadomo, alternatywą są e-fasiągi. Od samego początku uważano, że ich wdrożenie może doprowadzić zarówno do obniżki cen za przejazd (nawet do kilku złotych), jak i odciążenia zwierząt.
Aktualnie trasa nad Morskie Oko jest remontowana, co utrudnia transport konny, samochodowy i pieszy. Kontrowersyjne "fasiągi" jednak będą kursować 23 i 24 maja w ramach przerwy w pracach drogowców. Od 25 maja trasa zostanie całkowicie zamknięta.
Nie jest to pierwsza tego typu sytuacja – w poprzednich sezonach również zamykali szlak nad Morskie Oko, a turyści byli rozczarowani koniecznością przekładania planów.
Influencer przyjął sprytną taktykę obronną
Influencer twierdzi, że zakaz wjazdu po prostu przeoczył i nie spodziewał się, że da się tę trasę pokonać autem. Dyrektor TPN motywację internetowego twórcy skomentował w następujący sposób: – Nie wiem. Może ma problemy ze wzrokiem? Trudno mi to skomentować. Ta droga do pewnego momentu jest drogą publiczną i tam działa policja. Natomiast jeśli dostał się nad Morskie Oko, to zignorował również nasz zakaz wjazdu, którego też nie zauważył. Poruszał się po zmroku, plus Corvetta raczej hałasuje – zauważył urzędnik.
TPN ocenia tę sytuację negatywnie. Andriy Gavryliv przyznaje się do błędu i twierdzi, że jest mu przykro. Co ciekawe, deklaruje on, że za "wyczyn" otrzymał mandat od policji w wysokości 100 złotych (i 8 punktów karnych). Jeśli doniesienia te są prawdziwe, to łącznie kary złożą się na zatrważającą kwotę 1100 złotych. Mimo wszystko, ukraiński twórca pewnie zapłaci za tę "atrakcję" mniej, niż czteroosobowa rodzina za bilety, parking i przejazdy.
Nie pierwszy raz nad Morskim Okiem dochodzi do zdarzenia, które wzbudza spore emocje wśród turystów i internautów. Zdarzyło się na przykład, że modelki, stylizowane na nimfy, brały udział w sesji zdjęciowej w wodzie jeziora. "Panie, które robiły zdjęcia w strojach nimf, nie miały zgodę na taką sesję. Takiego zezwolenia zresztą by nie otrzymały – wchodzenie do tatrzańskich jezior jest zabronione" – odpowiedziały nam wówczas władze parku.
