
Najnowszy pomysł z Brukseli miał sprawić, że polscy przedsiębiorcy masowo przesiądą się na samochody elektryczne. Plan był prosty: odgórne, sztywne limity nakazujące firmom kupowanie wyłącznie aut na baterie. Bez pytania o zdanie, bez patrzenia na budżety i bez refleksji, czy te auta w ogóle będzie gdzie ładować. Tym razem jednak coś poszło nie tak. Polska, ramię w ramię z kilkoma innymi krajami, postawiła twarde weto. Na posiedzeniu Rady UE ds. Transportu w Luksemburgu projekt wylądował w koszu.
Unia Europejska to świetny twór, który więcej przynosi plusów niż minusów, ale czasami uwielbia uszczęśliwiać nas na siłę.
Cała ta akcja, szumnie nazywana przez unijnych urzędników jako zazielenianie flot, od początku brzmiała jak scenariusz filmu science-fiction. Minister infrastruktury Dariusz Klimczak ogłosił w środę zablokowanie przepisów jako wielki sukces i trudno nie przyznać mu racji. Gdyby te przepisy weszły w życie, mielibyśmy do czynienia z klasycznym zderzeniem ideologii z brutalną rzeczywistością.
Sprawa nie jest świeża. Już pod koniec ubiegłego roku ponad 60 organizacji branżowych z całej Europy (w tym nasz Związek Polskiego Leasingu) wysłało dramatyczny list do Ursuli von der Leyen. Przekaz był krótki: "Ludzie, opamiętajcie się".
Narzucenie firmom sztywnych limitów na pojazdy zeroemisyjne przyniosłoby skutek dokładnie odwrotny do zamierzonego.
Polski przedsiębiorca potrafi liczyć. Jeśli ktoś każe mu na siłę kupić elektrycznego dostawczaka czy vana, na którego go nie stać, albo który nie przejedzie zimy bez trzech postojów na ładowanie, to co zrobi taki przedsiębiorca? To proste. Będzie do upadłego reanimował starego, kopcącego diesla. W efekcie rynek nowych pojazdów dostałby potężny cios, a średni wiek aut na polskich drogach zamiast spadać, zacząłby drastycznie rosnąć.
Infrastruktura, głupcze!
Jako facet, który zjeździł elektrykami tysiące kilometrów po Polsce i Europie, doskonale wiem, jak wygląda rzeczywistość poza wielkimi miastami. Ładowanie EV w trasie wciąż bywa u nas sportem ekstremalnym. Owszem, zmienia się to, ale nadal nie w takim tempie, jak na zachodzie. I to jest główny powód, dla którego elektryfikacja flot nie może odbywać się pod przymusem.
Przeciwnicy unijnego projektu słusznie punktują systemowe patologie, z którymi zmagamy się na co dzień:
Bruksela zdaje się zapominać, że transformacja transportu w krajach zachodnich nie udała się dlatego, że ktoś tam straszył karami. Udała się, bo tam stworzono system stabilnych zachęt, dopłat i przede wszystkim infrastruktury, która działa. U nas próbowano postawić wóz przed koniem.
Biznes potrzebuje marchewki, nie kija
Głos w sprawie zabrała również branża, która realnie finansuje to, czym jeździmy do pracy. Monika Constant, prezeska Związku Polskiego Leasingu, stawia sprawę jasno. Biznes nie mówi "nie" ekologii. Polskie firmy chcą wymieniać auta na nowocześniejsze, ale to musi się opłacać i mieć logistyczny sens.
"Z perspektywy przedsiębiorców szczególnie istotne jest, aby proces transformacji był przewidywalny i oparty na zachętach, a nie wyłącznie na obowiązkowych celach ilościowych" – komentuje szefowa ZPL. I dodaje, że to właśnie leasing jest głównym motorem napędowym zmian, ale urzędnicy muszą pozwolić firmom dostosować tempo do realiów rynkowych.
Zamiast zmuszać ludzi do przesiadki na prąd ustawą, rząd i Unia powinni skupić się na tym, żeby zakup elektryka był po prostu zdroworozsądkowym wyborem biznesowym.
Póki co decyzja Ministerstwa Infrastruktury daje rynkowi chwilę oddechu. Zielona rewolucja musi poczekać, aż technologia i polska infrastruktura dogonią unijne ambicje. Na ten moment zdrowy rozsądek wygrał z unijnym dogmatem i bardzo dobrze.
