Zwycięska Toyota z numerem 7, prowadzona przez trio Mike Conway, Kamui Kobayashi oraz Nyck de Vries
BMW było o krok od sensacji, ale to Toyota rozbiła bank na ostatniej prostej Materiały prasowe Toyota

Tegoroczny, 94. wyścig 24h Le Mans przyniósł scenariusz, którego nie powstydziłby się sam Alfred Hitchcock. Przez całą dobę ponad 350 tysięcy kibiców na trybunach oglądało bezwzględną wojnę nerwów, strategii i czystej mechanicznej wytrzymałości. Wojnę, z której obronną ręką wyszedł zespół Toyota Racing.

REKLAMA

To nie było gładkie zwycięstwo z pozycji dominatora. No i dodajmy, że innym ekipom, jak Ferrari, w tym obrońcom tytułu AF Corse z Robertem Kubicą, doskwierały problemy z Balance of Performance.

W ramach mechanizmu wyrównywania szans (BoP), który obowiązuje w długodystansowych mistrzostwach świata, samochód włoskiego producenta najprawdopodobniej został obciążony dodatkowym balastem. Samochód Polaka cierpiał przede wszystkim na prostych, za to odrabiał straty w zakrętach. Ostatecznie Ferrari numer 83 zajęło 7. miejsce.

A wracając do zwycięzców, to Japończycy musieli wyszarpać ten triumf z gardeł konkurencji, a to, co działo się na ostatnich okrążeniach, na stałe zapisze się w historii FIA WEC.

logo

Fatalny start i genialna strategia

Patrząc na wyniki sesji Hyperpole, fani japońskiej marki mogli mieć nietęgie miny. Obie Toyota TR010 HYBRID startowały z odległych, bardzo skromnych pozycji i mało kto stawiał, że to właśnie oni zdominują podium w klasie Hypercar.

Ale Le Mans uczy pokory i brutalnie weryfikuje pretendentów. Japoński zespół postanowił zagrać va banque, bo zastosowali niezwykle agresywną taktykę, zjeżdżając na wcześniejsze tankowania niż reszta stawki.

logo

Dzięki temu, gdy rywale utknęli w tłoku, kierowcy Toyoty zyskali "czysty tor" i zaczęli kręcić rekordowe czasy, błyskawicznie przebijając się do pierwszej szóstki. Łatwo jednak nie było.

Zwycięska Toyota z numerem 7, prowadzona przez trio Mike Conway, Kamui Kobayashi oraz Nyck de Vries, już na początku zmagań złapała kapcia, co zepchnęło ją w głąb potworne ciasnego środka stawki.

Z kolei bliźniaczy wóz z numerem 8 (Buemi, Hartley, Hirakawa) zaliczył wypadnięcie z toru, karę drive-through, a nad ranem mechanicy musieli w ekspresowym tempie naprawiać mocowanie bębna hamulcowego. W pewnym momencie wydawało się, że marzenia o podium odpłynęły na dobre.

BMW kontra Toyota, czyli horror na ostatnich metrach

Kluczowy moment nastąpił na niespełna sześć godzin przed końcem, kiedy na tor wyjechał samochód bezpieczeństwa. Różnice w czołówce stopniały do zera, a walka o zwycięstwo zmieniła się w klasyczny, sprinterski pojedynek czterech aut.

Po genialnych manewrach wyprzedzania w wykonaniu Hartleya i de Vriesa, przez chwilę pachniało absolutnym nokautem i dubletem Japończyków. Wtedy jednak do gry wszedł zespół BMW M Team WRT.

Niemiecki potwór BMW M Hybrid V8 z numerem 20 zaczął wściekle gonić lidera. Rozdzielił obie Toyoty i do samego końca deptał po piętach uciekającemu Kobayashiemy. Emocje w boksach sięgały zenitu. Ostatecznie, po morderczych 381 okrążeniach, Toyota wygrała z BMW o zaledwie 10,913 sekundy. W świecie wyścigów 24-godzinnych taka różnica to tyle, co mrugnięcie okiem.

Na najniższym stopniu podium, ze stratą zaledwie 20 sekund do lidera, zameldowała się druga Toyota (nr 8). Taki obrót spraw oznaczał jedno: Cadillac spadł z podium. Amerykanie z Crew Cadillac V-Series (nr 12) musieli obejść się smakiem, kończąc morderczy maraton na niewdzięcznym, czwartym miejscu ze stratą ponad 32 sekund.

Szóste zwycięstwo w historii i bezpieczna przewaga w tabeli

– To był szalony wyścig. Przez moment myślałem, że wypadliśmy z walki, ale to tylko dowodzi, że w Le Mans nigdy nie wolno się poddawać – komentował na gorąco wyraźnie wzruszony Nyck de Vries, dla którego to pierwszy triumf w tym legendarnym klasyku. Dla Conwaya i Kobayashiego to z kolei druga wygrana po sukcesie w 2021 roku.

Dla Toyoty to już szóste zwycięstwo w Le Mans, które ugruntowało ich pozycję jako absolutnych profesorów endurance. Dzięki podwójnym punktom przyznawanym za ten francuski maraton, japoński producent odskoczył rywalom i ma teraz 36 punktów przewagi w klasyfikacji producentów WEC, a załoga numer 7 objęła prowadzenie w tabeli kierowców.

Czytaj także:

Czasu na świętowanie nie ma jednak zbyt wiele. Kolejne starcie tytanów nastąpi już za niespełna cztery tygodnie. Cała karawana World Endurance Championship przenosi się do Ameryki Południowej, gdzie 12 lipca na kultowym brazylijskim torze Interlagos odbędzie się wyścig 6 Hours of São Paulo. Jedno jest pewne, że BMW i Cadillac zrobią wszystko, by odegrać się za francuską klęskę.

Sukces Polaka i naszego teamu

Ale to, że Kubicy nie udało się powtórzyć sukcesu z ubiegłego roku, nie oznacza, że innym polskim ekipom poszło inaczej. Nasz rodzimy zespół Inter Europol Competition wygrał swoją klasę LMP2 po raz trzeci w historii.

To team wyścigowy mający swoją siedzibę pod Warszawą, popularnie nazywany "Turbo Piekarze". Jego liderem jest Jakub Śmiechowski, który zasiadł za kółkiem zwycięskiego samochodu numer 43. Partnerami Polaka w teamie byli Francuz Tom Dillman i Brytyjczyk Nick Yelloly.