
Zdarzenie w autobusie w Bielsku-Białej rozpętało piekło. – Otrzymujemy setki maili i gróźb karalnych. Są telefony z inwektywami z całego świata. Mierzymy się z ogromną falą hejtu. W sposób ogromny destabilizuje nam to pracę – opowiada naTemat prezes bialskiego MZK. Kim jest 54-latek, który zaatakował nastolatki z Ukrainy? I co wiadomo o samych nastolatkach? – Rozmawiałam z mamą jednej z dziewczynek. Nie spodziewała się, że nagranie wywoła taką burzę – mówi nam ukraińska działaczka z Bielska-Białej.
Mama jednej z dziewczynek skontaktowała się z nią, gdy sprawa ataku w autobusie eksplodowała. – Powiedziała, że na nagraniu jest jej córka – mówi naTemat Uliana Worobec, ukraińska działaczka z Bielska-Białej.
W Polsce mieszka od 10 lat. Pomaga Ukraińcom. Mamę 11-latki poznała, gdy pracowała w ośrodku integracji cudzoziemców. – Udzielaliśmy bezpłatnych porad pobytowych i mnóstwo osób przychodziło do mnie z różnymi pytaniami, np. jak legalnie pracować w Polsce. Mama tej dziewczynki była jedną z nich. Zapamiętała mnie. Gdy otrzymała wezwanie na policję, napisała do mnie i poinformowała, że na nagraniu jest jej córka. Zapytała, co ma robić, bo nie do końca rozumie sytuację. Doradziłam, żeby przy rozmowie był tłumacz, bo język prawny nie jest łatwy i można coś nie do końca dobrze zrozumieć – opowiada Uliana Worobec.
– To normalna, zwykła, bardzo fajna rodzina – dodaje.
Jak mówi, mama dziewczynki była zaskoczona tym, jaką lawinę wywołało nagranie z autobusu. – Była w szoku. Nie spodziewała się takiego rozgłosu i że zrobi się z tego burza, a sprawą zajmie się policja. W tej chwili jest mocno atakowana z każdej strony. Rodziny drugiej dziewczynki nie znam, ale wiem, że filmik został wstawiony po to, by pokazać, że każde dziecko może być dziś narażone na takie zachowanie i że sytuacja jest niepokojąca – mówi Uliana Worobec.
"To absolutny upadek ludzkiej empatii"
Od kilku dni o tym zdarzeniu mówi cała Polska. Bielsko-Biała jest wstrząśnięta. – Agresja wymierzona w bezbronne, 11-letnie dzieci z Ukrainy to absolutny upadek ludzkiej empatii. Ofiarom tego ataku przekazuję płynące z serca wsparcie: Bielsko-Biała jest waszym bezpiecznym domem – zapewnia w INNPoland wiceprezydent miasta Przemysław Kamiński.
Przypomnijmy, do zdarzenia doszło w czasie ostatniego weekendu w autobusie numer 8 w Bielsku-Białej. 54-letni mężczyzna rzucił pod adresem 12-letnich dziewczynek stek wulgaryzmów i obelg, a jego atak został udokumentowany na nagraniu wideo, którego autorką jest jedna z zaatakowanych osób. "G*wniary wyrosły? Na naszych pieniądzach" – słychać już na początku.
Film pojawił się na profilu ukraińskiego aktywisty Michała Strelnikova, a potem błyskawicznie rozprzestrzenił się w sieci i doprowadził internet do wrzenia. Polacy podzielili się na pół. Dla niektórych nie liczą się fakty.
"Czuję wstyd. Wstyd mi za ksenofobiczną Polskę" – reaguje jedna strona. Druga podburza antyukraińskie nastroje. Większości komentarzy nie da się zacytować.
Do akcji szybko wkroczyła policja i prokuratura. Zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa złożył Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. 13 lipca mężczyzna został zatrzymany. Dzień później usłyszał zarzuty znieważenia trzech Ukrainek, w tym dwóch małoletnich, oraz naruszenia nietykalności cielesnej jednej z nich. Dziewczynki zostały już przesłuchane.
– Mężczyzna przyznał się do zarzucanego mu przestępstwa i złożył wyjaśnienia. Wyraził skruchę z powodu swojego zachowania – mówi naTemat Małgorzata Moś-Brachowska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Bielsku-Białej.
Jak już wiemy, to pracownik Miejskiego Zakładu Komunikacji w Bielsku-Białej. W MZK pracował od 2009 roku. Był kierowcą. Jednym z 600 pracowników, których zatrudnia firma. Co o nim wiadomo?
Prezes MZK w Bielsku-Białej o zatrzymanym kierowcy: Na początku był wzorowym pracownikiem
– Obserwowaliśmy pewną dynamikę jego zaangażowania w pracy, ponieważ z informacji, które uzyskałem od jego bezpośrednich przełożonych, wynikało, że w początkowym okresie pracy był pracownikiem bardzo dobrym. Można powiedzieć wręcz, że wzorowym. Wykazywał się zaangażowaniem w sprawy zawodowe, był bardzo chętny do podejmowania nadgodzin, wychodził naprzeciw potrzebom pracodawcy – mówi naTemat Hubert Maślanka, prezes MZK.
Natomiast – jak dodaje – z upływem czasu dało się zauważyć, że jego entuzjazm do zaangażowania w pracę spada. Co nie było zaskoczeniem, bo rotacja kierowców jest u nich niska, pracownicy mają długoletni staż, a wypalenie zawodowe może się zdarzyć każdemu. 54-latek wpisywał się w tę charakterystykę.
– Natomiast mogę potwierdzić, że w późniejszym czasie zaczęły się pojawiać na niego skargi. Dotyczyły relacji z pasażerami – przyznaje prezes. To nie był jednak jeszcze duży kaliber spraw, MZK ma też świadomość, że pasażerowie również czasem potrafią być trudni. Takie incydenty zdarzają się każdego dnia.
– Kluczowym zdarzeniem była skarga pasażerki sprzed roku dotycząca jego niewłaściwego zachowania wobec niej. Kiedy weszła do pojazdu, w niegrzeczny sposób zwrócił jej uwagę, że źle stała w zatoce autobusowej i że to rzekomo było niebezpieczne. Podczas wyjaśnienia tego incydentu z przełożonymi nie potwierdziliśmy, by jego reakcja była zasadna. Przełożeni kierowcy otrzymali ogólną informację, że on już po prostu ma tego wszystkiego dość – mówi Hubert Maślanka.
Jak dodaje, spółka chciała zakończyć tamten incydent karą, pracownik przedłożył zaświadczenie o niezdolności do pracy i do teraz formalnie nie wrócił do wykonywania obowiązków.
Po zdarzeniu z ukraińskimi dziećmi prezes MZK jeszcze z nim nie rozmawiał. Jak mówi, jest to utrudnione, gdyż pracownik jest na świadczeniu rehabilitacyjnym: – Spotkanie może się odbyć wyłącznie z jego inicjatywy. Podjąłem taką próbę, bo chciałbym z nim porozmawiać. Czuję się za niego odpowiedzialny, jak za każdego z pracowników.
Dalsza część artykułu poniżej
Zobacz także
Prezes MZK: Od dwóch dni otrzymujemy setki maili i gróźb karalnych
Przypomnijmy, po zdarzeniu z dziećmi, MZK rozwiązał z 54-latkiem umowę. Jednak antyukraińska część internetu nie może się z tym pogodzić.
– Od dwóch dni otrzymujemy setki maili i gróźb karalnych. Ja, moi pracownicy – wszyscy jesteśmy ich adresatami. Wiadomości są wulgarne. Otrzymujemy również telefony z inwektywami z całego świata. Dzwonią osoby ze Stanów Zjednoczonych, z Francji – to Polacy, ale także wielu Ukraińców. Mierzymy się z ogromną skalą hejtu. To w ogromnym stopniu destabilizuje naszą pracę. Prowadzimy w tej chwili bardzo duże inwestycje i projekty unijne, a nasze linie telefoniczne są właściwie blokowane non stop – mówi prezes.
Wspomina, że pierwszego dnia MZK był chwalony za szybką i zdecydowaną akcję. Drugiego dnia nastąpił ogromny wysyp wpisów o prowokacji ze strony 11-latek. Nagranie z autobusu zaprzeczyło jednak tej wersji. 14 lipca ukazało się kolejne oświadczenie Miejskiego Zakładu Komunikacyjnego w Bielsku-Białej, które wyjaśniało przebieg zdarzenia.
Inna narracja jednak nie zniknęła. – Ta narracja zaczęła żyć własnym życiem. Po naszych analizach widzieliśmy, że była to już zmasowana akcja, szczególnie w serwisie X. Tych wpisów było tak dużo, że nie dało się tego zatrzymać – mówi prezes.
Dziś sytuacja wygląda tak, że spółka przygotowuje się również do zwiększenia poziomu swojego bezpieczeństwa. – Obawiamy się, że może dojść do działań o charakterze dywersyjnym, dlatego podjęliśmy już kroki w celu wzmocnienia ochrony obiektu – mówi nam Hubert Maślanka.
– Mam świadomość tego, że pewne podmioty będą zainteresowane tym, żeby za jakiś czas skompromitować mnie jako osobę zarządzającą. Ryzyko jest. Współpracujemy z miastem także w tym zakresie – dodaje.
Różne są też nastroje w samym MZK. Szef firmy przyznaje, że docierają do niego informacje, że w załodze wrze. Część pracowników nie rozumie tej sytuacji. Część uważa, że kierowca jest poszkodowany. Jest też nagonka na kierowcę, który wyprosił agresora. Jak wskazuje, nim też trzeba się zaopiekować. – Sytuacja jest dla nas absolutnie trudna – mówi.
Jednak podkreśla, że nie ma możliwości kontynuowania współpracy z agresywnym kierowcą. Jego zachowanie narusza standardy, które wynikają z polityki spółki w zakresie kodeksu etyki zawodowej. Nie daje też rękojmi, że osobie, która reaguje tak emocjonalnie, można bezpiecznie powierzać przewożenie pasażerów.
– Pracownik niejako sam opowiedział się w tej sytuacji swoim zachowaniem. Odebrał nam wszelkie możliwości jego bronienia. Nigdy nie pozwolę na to, żeby ktoś w moim autobusie obrażał kogoś w taki sposób – mówi.
Hubert Maślanka
prezes ZMP Bielsko-Biała
O tym, jak ta sprawa wpływa na relacje polsko-ukraińskie, które ostatnio są wyjątkowo napięte, nie trzeba nawet wspominać. – Ja od prawie 10 lat działam społecznie. Buduję mosty porozumienia. Ale widzę, że teraz spotykam same ściany. Zawsze zdarzało się, że była jakaś osoba niezadowolona, ale nie było tak niebezpiecznego poziomu mowy nienawiści, jak teraz – komentuje ukraińska działaczka z Bielska-Białej.
"Mnóstwo moich znajomych już wyjechało z Polski, bo mają serdecznie dość"
Uliana Worobec mówi, że Ukraińcy coraz bardziej się boją: – Ja co roku 24 lutego współorganizuję modlitwę za Ukrainę i zawsze przychodziło 100, 200, 300 osób i więcej. W tym roku było 15. Dzwoniłam, pytałam, co się dzieje. Słyszałam, że się boją. Mnóstwo moich znajomych już wyjechało z Polski, bo mają serdecznie dość. Boją się o swoje dzieci i o siebie, bo nie wiadomo, komu co jutro strzeli do głowy. Bardzo dużo rodziców prosi też dzieci, żeby nie używały języka ukraińskiego, kiedy np. idą ulicą – mówi.
Uliana Worobec
działaczka ukraińska
Sama tylko raz doświadczyła mowy nienawiści. Również w autobusie. Jechała z Krakowa i inny pasażer wziął ją za uchodźczynię: – Kierowca autobusu się za mną wstawił. Powiedział, że nie życzy sobie w autobusie takich rzeczy i pan może albo zmienić miejsce, albo wyjść z autobusu, bo zakłóca porządek. Mężczyzna przesiadł się do tyłu. Nikt w autobusie nie reagował.
Podobnie było teraz w Bielsku-Białej.
– Od jakiegoś czasu są niepokojące sygnały. U nas na przykład był taki etap, kiedy dochodziło do masowego niszczenia samochodów, które miały jakikolwiek ukraiński symbol. Były podrapania, był przypadek zalania samochodu kwasem. Nawet samochody Polaków z ukraińską flagą czy nalepką były niszczone. Składaliśmy zawiadomienia na policji, ale nic z tego nie wynikło. To się zaczęło rok, półtora roku temu. I nakręcało się powoli – mówi Uliana Worobec.
Teraz, po zdarzeniu w autobusie, zamieściła na FB post. Napisała w nim, że mowa nienawiści, która szerzy się coraz bardziej i w Polsce, i w Ukrainie, nie doprowadzi do niczego dobrego. Że nie powinniśmy budować murów, tylko szukać mostów porozumienia. I nie można oceniać całych narodów po czynach poszczególnych osób. A nienawiść nie pomaga, szkodzi tylko milionom Ukraińców i milionom Polaków.
Pod postem szybko pojawiło się 1,5 tys. nienawistnych komentarzy. Na początku je weryfikowała, wychwyciła dużo botów. Ale w końcu post usunęła.





