Mandaty za 1000 zł?
Posłanka chce 1000-proc. podwyżki kar za parkowanie. Jest pismo Fot. Shutterstock

Choć koszty życia i utrzymania samochodu szybują w kosmos od lat, jedna rzecz na polskich ulicach oparła się inflacji i upływowi czasu. To mandat za złe parkowanie. Za zignorowanie zakazu zatrzymywania się i postoju grozi wam 100 złotych. Ale to się może zmienić. Na stole leży już propozycja, która uderzy kierowców po kieszeni tak mocno, że odechce się im zostawiania aut na zakazach.

REKLAMA

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego widok aut porzuconych na chodnikach, trawnikach czy przejściach dla pieszych to nasza smutna codzienność? Odpowiedź jest banalnie prosta: kierowcy potrafią liczyć.

Stawka za zignorowanie znaku B-35 lub B-36 weszła w życie 23 lata temu. Gdy ten przepis debiutował, minimalna pensja w Polsce wynosiła 800 zł brutto. Wtedy te sto złotych stanowiło aż 12,5 proc. najniższej krajowej. Bolało.

Dzisiaj? Dzisiaj to śmieszne pieniądze. Zarobki poszybowały w górę, a mandat za znak zakazu postoju został na tym samym, archaicznym poziomie. Z biznesowego punktu widzenia, wielu kierowcom wręcz opłaca się wliczyć tę stówę w koszty dojazdu na spotkanie, zamiast marnować pół godziny na szukanie legalnego miejsca. Brak elementarnego strachu przed karą sprawił, że parkowanie w mieście przypomina dzisiaj wolną amerykankę.

Szokująca podwyżka mandatów na horyzoncie

Do MSWiA trafiła właśnie interpelacja posłanki Małgorzaty Tracz, która domaga się drastycznego i natychmiastowego urealnienia stawek. Oczywiście to interpelacja, a od niej jeszcze cały proces legislacyjny, o ile MSWiA przychyliłaby się do tego pisma, ale jeśli zmiany weszłyby w życie, kierowców czekałby absolutny szok.

Zgodnie z propozycją, kara za to wykroczenie miałaby wzrosnąć do kwoty od 500 do nawet 1000 złotych. Autorka argumentuje, że aby mandat ponownie zaczął pełnić funkcję odstraszającą, musi być proporcjonalny do dzisiejszych zarobków. Gdybyśmy chcieli zachować przelicznik sprzed dwóch dekad, kara już teraz powinna oscylować w granicach 600 zł.

Największym kuriozum w tym wszystkim jest to, jak państwo samo strzela sobie w kolano. Posłanka w swojej interpelacji punktuje patologię. Porównajmy ten nieszczęsny stuzłotowy mandat do opłat dodatkowych, jakie nakłada na nas strefa płatnego parkowania.

Patologie na parkingach

Jeśli zaparkujesz w 100 proc. legalnym miejscu w centrum Warszawy, ale zapomnisz włączyć aplikację z biletami, zarządca wlepi ci 300 zł kary. We Wrocławiu ta "przyjemność" kosztuje już 480 zł. Gdzie tu logika? Zostawienie auta tam, gdzie stwarza ono zagrożenie, blokuje pieszych czy rowerzystów, jest wyceniane przez państwo kilkukrotnie taniej niż zwykłe gapowe na miejskim parkingu.

Nie ukrywajmy, surowsze kary po prostu działają. Widzieliśmy to doskonale w 2022 roku, gdy ostro w górę poszły stawki za przekroczenia prędkości. Nagle okazało się, że "szybko, ale bezpiecznie" zniknęło, a na drogach zrobiło się spokojniej, co potwierdziły policyjne statystyki.

Propozycja nowelizacji czeka na odpowiedź resortu spraw wewnętrznych. Podwyżka nie jest jeszcze przesądzona, ale ostatnio coraz więcej mówi się o surowszym karaniu, szczególnie za parkowanie w dużych miastach.