Zatrzymany ws. pobicia pary Ukraińców, w tle screeny z zajścia
Dolnośląska policja zatrzymała dwóch mężczyzn podejrzanych o napad na parę Ukraińców. Jeden z nich to członek grupy GROMDA Fot. za policja i X.com

Półnadzy, prężący muskuły, z siekierami w dłoniach. Mówią o sile, honorze i obronie ojczyzny. Twierdzą, że trzeba "pilnować własnego podwórka" i "weryfikować" innych. Przekonują, że "gościnność ma swoje granice". Jeden z zawodników federacji GROMDA jest podejrzany o brutalny atak na ukraińską parę we Wrocławiu. Jak pod płaszczykiem sportów walki i patriotycznych symboli rodzi się język pogardy i przemocy? Rozmawiam o tym z prof. Rafałem Pankowskim, socjologiem i politologiem ze Stowarzyszenia "NIGDY WIĘCEJ".

REKLAMA

Aleksandra Tchórzewska: Na profilu GROMDY – klubu, z którym związany jest zawodnik podejrzany o udział w napaści na ukraińską parę we Wrocławiu – pojawiają się wpisy sugerujące, że "nie ma co liczyć na system", a ludzie powinni sami "pilnować porządku na własnym podwórku i trzymać dyscyplinę na swojej dzielnicy". Co taki przekaz oznacza w praktyce? 

Prof. Rafał Pankowski, współzałożyciel Stowarzyszenia "NIGDY WIĘCEJ", socjolog i politolog: Znam komunikację tej organizacji w mediach społecznościowych. Od dłuższego czasu pojawiają się tam podobne treści. Są one szeroko rozpowszechniane.

Zacytowany przez panią fragment, podobnie jak wiele innych wpisów, niesie bardzo czytelny przekaz. To mało zawoalowana zachęta do przemocy o podłożu ksenofobicznym. Z takim przekazem ta organizacja jest kojarzona od dawna.

W pewnym sensie było więc tylko kwestią czasu, aż za agresywnymi hasłami pójdą czyny. I właśnie to się wydarzyło – doszło do brutalnej napaści we Wrocławiu na ukraińską parę, która miała podłoże narodowościowe.

Federacja dziś mówi: "nie mamy z tym nic wspólnego". Ale jej profil jest pełen przekazów o sile, weryfikowaniu ludzi i "prostowaniu" innych. 

Bardzo łatwo jest odciąć się od konkretnego zdarzenia, zdystansować się od sprawy i jednocześnie nadal korzystać z popularności oraz zainteresowania, które budował wcześniejszy przekaz oparty na wzbudzaniu niechęci wobec innych.

Takich ludzi nie kształtuje się z dnia na dzień. Użyję mocnego określenia: takich ludzi się hoduje – nie tylko fizycznie, ale również ideologicznie. I właśnie pod szyldem GROMDY przez długi czas tworzony był przekaz przesycony ksenofobią oraz gloryfikacją przemocy wobec osób postrzeganych jako obce.

Dlatego nie można mówić wyłącznie o odpowiedzialności bezpośrednich sprawców. Oczywiście bardzo dobrze, że policja zatrzymała podejrzanych. Ale warto również postawić pytanie o odpowiedzialność za klimat, który przez lata był budowany wokół takich komunikatów.

Sport powinien uczyć dyscypliny, szacunku i panowania nad emocjami. Skąd więc bierze się przekonanie, że środowisko związane ze sportami walki może samo "weryfikować" ludzi albo wymierzać sprawiedliwość poza systemem państwa? 

Warto spojrzeć na to zjawisko z perspektywy socjologicznej. W ostatnich latach bardzo rozwinęły się różnego rodzaju sporty walki, a właściwie – powiedziałbym – także parasporty walki. Na tym gruncie od dawna pojawiają się również środowiska i idee związane z rasizmem czy neofaszyzmem.

Przykładów nie brakuje. Wokół tego środowiska pojawiały się osoby, które prezentowały poglądy ksenofobiczne czy związane ze skrajną prawicą. Obecność takich ideologii nie jest tu czymś nowym.

Jedną z osób, które miały wpływ na rozwój tej sceny w Polsce, był fiński neofaszysta Niko Puhakka. Przyjeżdżał do Polski i stał się rozpoznawalną postacią w tym środowisku. Otwarcie manifestował swoje poglądy, między innymi poprzez neonazistowskie tatuaże, więc nie było wątpliwości, jaki światopogląd reprezentował.

Dlatego nie postrzegam tego, co wydarzyło się we Wrocławiu, jako zaskoczenia. Widzę w tym raczej potwierdzenie, że w części tego środowiska przemoc bywa łączona z przekazem opartym na nacjonalizmie i niechęci wobec osób postrzeganych jako obce. W tym przypadku wystarczył odmienny akcent usłyszany w sklepie.

Na profilu GROMDY pojawiają się też wypowiedzi, że skoro ktoś mieszka w Polsce, to powinien mówić po polsku, a ukraiński akcent "powinien zanikać", bo – jak mówi jeden z bohaterów nagrania – jego to denerwuje.

Tak, pamiętam ten materiał. To właściwie idealny przykład przejścia od słów do czynów.

Przyznam, że niektóre posty GROMDY, które widziałem w ostatnich tygodniach, były tak kuriozalne, że przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zostały wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo ktoś świadomie publikuje je w przestrzeni publicznej.

Oczywiście GROMDA nie jest jedynym środowiskiem, które wykorzystuje tego rodzaju narrację. Jest jednak przykładem wyjątkowo wyrazistym.

W jednym z wpisów pojawia się hasło: "Witamy w Polsce. Chlebem, solą i twardą rzeczywistością. Szybko weryfikujemy każdego. Bez taryfy ulgowej". To zestawienie symboli gościnności z językiem siły jest szczególnie uderzające.

Gdyby nie fakt, że takie przekazy mogą prowadzić do realnych konsekwencji, można byłoby uznać je za tragikomiczną parodię próby połączenia polskiej tradycji z językiem wykluczenia i wrogości. Problem polega jednak na tym, że nie mamy tu do czynienia wyłącznie z ironią czy żartem. Tego rodzaju komunikaty mogą mieć bardzo konkretne i niestety bardzo poważne skutki.

Ciąg dalszy tekstu poniżej

Czy osoby publikujące takie treści naprawdę mogą wierzyć, że działają z pobudek patriotycznych i bronią ojczyzny? Czy możliwe jest, że nie dostrzegają, do czego prowadzi taki przekaz?

Trudno zajrzeć komukolwiek do umysłu i jednoznacznie ocenić jego motywacje. Myślę jednak, że część tych osób może być podatna na manipulację. Własne agresywne odruchy bardzo łatwo połączyć z nacjonalistyczną narracją, która dostarcza gotowego uzasadnienia i przedstawia takie zachowania jako działanie w imię wyższych wartości.

Mamy tu do czynienia z kilkoma nakładającymi się zjawiskami. Z jednej strony jest ideologia i budowanie określonej atmosfery nacjonalistycznej. Z drugiej – problem z pewnym sposobem definiowania męskości.

W tym środowisku wyraźnie obecny jest kult siły i agresji. Mówiąc o "nadmiarze testosteronu", nie mam na myśli wyłącznie aspektu biologicznego, ale przede wszystkim pewien model społeczny – przekonanie, że swoją pozycję i męskość można udowadniać poprzez dominację, kontrolę i przemoc.

prof. Rafał Pankowski

socjolog, politolog

Ksenofobia jest jednym z przejawów tego zjawiska. Obok niej pojawia się także homofobia czy agresja wobec kobiet. Nieprzypadkowo również we Wrocławiu jedną z ofiar ataku była kobieta.

W jednym z nagrań padają słowa: "Wynocha do siebie walczyć za swój kraj. Zbierze się chłopaczków i wyprostuje chochołów". Czy taki przekaz może sprawiać, że jego odbiorcy zaczynają wierzyć, że mają prawo sami "zaprowadzać porządek"? 

Mam wrażenie, że te osoby mają o sobie bardzo wysokie mniemanie. Nie postrzegają siebie jako marginesu społecznego. Wręcz przeciwnie – uważają się za swego rodzaju elitę, a w tym przekonaniu utwierdzają je przekazy ideologiczne, z którymi mają kontakt na co dzień.

Ksenofobia i niechęć wobec Ukraińców czy innych mniejszości pojawiają się w mediach społecznościowych, na stadionach i w różnych środowiskach. Takie osoby wielokrotnie otrzymują więc potwierdzenie, że ich sposób myślenia jest właściwy.

W efekcie mogą być przekonane, że nie robią nic złego. Przeciwnie – mogą uważać, że działają słusznie, a nawet odczuwać dumę z gotowości do przemocy wobec osób, które nie pasują do ich wyobrażenia "prawdziwego Polaka".

W swoim przekazie odwołują się nawet do symboliki Spartan, husarii i legendarnych wojowników.

Z jednej strony mamy tu do czynienia z uproszczoną, wręcz mityczną wizją bohaterskiej przeszłości i bardzo powierzchownym odczytywaniem historii. Z drugiej strony pojawia się wyraźna gloryfikacja siły i przemocy.

To zresztą nie jest nowe zjawisko. Kult siły był jednym z ważnych elementów ideologii faszystowskich w latach 30. XX wieku. W tym sensie mamy raczej do czynienia z powielaniem znanych już wzorców niż z czymś zupełnie nowym.

Na profilu pojawiają się hasła o "tradycyjnym wpi*rdolu" i "prostowaniu każdego pyskacza". Czy taki pseudo humor może obniżać wrażliwość odbiorców na przemoc? Czy ktoś może zacząć traktować to wyłącznie jako żart?

To bardzo trafna uwaga. Przemoc można w ten sposób banalizować – przedstawiać ją jako coś zabawnego, lekkiego i niegroźnego. Problem polega jednak na tym, że nie jest to zabawne dla osób, które tej przemocy doświadczają albo stają się jej celem.

Kto może być najbardziej podatny na takie przekazy? Czy osoby, które wcześniej były neutralne albo nawet pomagały Ukraińcom, mogą z czasem przejąć tego typu narrację?

Rzeczywiście obserwujemy pogorszenie nastrojów społecznych wobec uchodźców z Ukrainy, co potwierdzają również dane socjologiczne. Widzimy to także w codziennej pracy Stowarzyszenia "Nigdy Więcej". Zgłaszają się do nas osoby poszkodowane, bardzo często pochodzące z Ukrainy, które doświadczyły agresji. Wiele takich przypadków nie trafia do mediów. To są zarówno słowne ataki i wyzwiska, jak i znacznie poważniejsze sytuacje, w których dochodzi do przemocy fizycznej – także wobec dzieci i młodzieży.

Te przypadki pokazują, że problem nie ogranicza się do internetowych wpisów czy radykalnej retoryki. Za tym językiem stoją konkretne doświadczenia ludzi, którzy stają się celem wrogości tylko dlatego, kim są albo jakim językiem mówią.

Wracając do pani pytania – z różnych powodów młodzi mężczyźni wydają się dziś w Polsce szczególnie podatni na przekazy ksenofobiczne i tego rodzaju manipulację. Przypadek GROMDY jest jednym z przykładów tego zjawiska, ale nie jest to problem dotyczący wyłącznie jednego środowiska.

Byłoby dużym uproszczeniem stwierdzenie, że jest to wyłącznie kwestia młodych mężczyzn, którzy bezpośrednio dopuszczają się aktów przemocy. Oczywiście istnieją grupy bardziej podatne na tego rodzaju narracje, ale nie można przy tym generalizować. Nie jest przecież tak, że z dnia na dzień wszyscy Polacy stali się ksenofobami.

Na początku wojny w Ukrainie obserwowaliśmy ogromny odruch solidarności. W pierwszym półroczu 2022 roku ponad 90 proc. Polaków deklarowało wsparcie dla uchodźców z Ukrainy. Dziś te nastroje są bardziej podzielone, ale solidarność nadal jest obecna. To nie jest sytuacja czarno-biała.

Warto o tym przypominać, ponieważ osób, które chcą pomagać i sprzeciwiają się nienawiści, wciąż jest w Polsce bardzo wiele. Być może te głosy są po prostu mniej widoczne niż te oparte na konflikcie i agresji.

Dotyczy to również środowiska sportów walki. Tam także są osoby, które sprzeciwiają się przemocy i ksenofobii. Przykładem może być pięściarz Marcin Najman, który w ostatnim czasie stał się jednym z bardziej rozpoznawalnych głosów potępiających tego rodzaju zachowania, choć wcześniej nie był kojarzony z takim przekazem.

Czy pana zdaniem ta fala nienawiści i ksenofobii kiedyś się zatrzyma?

To trudne pytanie. Na razie kierunek i tendencja nie napawają optymizmem. Widzimy, że ksenofobia i fala wrogości wobec osób z Ukrainy narastają.

W dużej mierze wiąże się to z rywalizacją między politykami i środowiskami mniej lub bardziej skrajnej prawicy, które próbują prześcigać się w coraz bardziej radykalnych przekazach. To sprawia, że język debaty publicznej staje się coraz ostrzejszy, a atmosfera wrogości jest dodatkowo wzmacniana.

Mam jednak nadzieję, że ostatnie wydarzenia, w tym atak we Wrocławiu, staną się momentem refleksji dla opinii publicznej. Wiele osób zostało głęboko poruszonych tym, co zobaczyliśmy.

Być może będzie to impuls do szerszej rozmowy o tym, w jakim miejscu jako społeczeństwo się znaleźliśmy – także, jeśli chodzi o przyszłość solidarności z uchodźcami z Ukrainy.