Fot. WikiCommons; naTemat.pl

Trybunał Konstytucyjny w założeniu miał być bezstronnym strażnikiem Konstytucji, ale od ponad dekady jest polem ciągłej politycznej bitwy. W cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat" byłego prezesa tej instytucji Jerzego Stępnia pytam więc, czy polski sąd konstytucyjny w ogóle apolityczny być może.

REKLAMA

Trybunał Konstytucyjny to instytucja, o której większość z Polaków słyszy głównie przy okazji politycznych awantur, choć jej zadanie jest wyjątkowo poważne. To sędziowie urzędujący przy warszawskiej al. Szucha są odpowiedzialni za pilnowanie tego, czy uchwalane w Polsce prawo jest zgodne z Konstytucją. To rodzaj sądu nad samym prawem – jeśli rządzący przesadzą, TK powinien ich zatrzymać, bez względu na to, kto akurat trzyma ster władzy.

Kłopot w tym, że o składzie Trybunału decydują politycy w Sejmie, a to od lat rodzi pytanie, czy instytucja wybierana w ten sposób w ogóle może być od polityki niezależna. Przez ostatnią dekadę odpowiedź brzmiała coraz gorzej...

Spór o Trybunał zaczął się w 2015 roku, gdy rządzące wtedy Prawo i Sprawiedliwość obsadziło w nim własnych sędziów, a instytucja – najpierw pod wodzą Julii Przyłębskiej, potem Bogdana Święczkowskiego – straciła w oczach opiniii publicznej status niezależnego sądu.

Obecna koalicja rządząca obiecywała, że to zmieni. W tym roku faktycznie zaczęła obsadzać wolne miejsca w Trybunale niezależnymi kandydatami. Dziś zasiada tam już siedmioro nowych sędziów, których kompetencje nie budzą większych zastrzeżeń. Wystarczy jeszcze jeden wybór, a w 15-osobowym składzie TK po raz pierwszy od lat powstanie większość niezależna od Nowogrodzkiej.

Tym decydującym głosem w składzie TK ma jednak zostać Maciej Berekdo niedawna minister w rządzie Donalda Tuska, który na obrady trafiłby do TK niemal wprost z posiedzeń Rady Ministrów.

Sędzia Jerzy Stępień zna ten dylemat z autopsji – zanim trafił do Trybunału Konstytucyjnego, sam był senatorem, a potem urzędnikiem w rządzie Jerzego Buzka. Byłego prezesa TK pytam więc wprost:

Czy Trybunał Konstytucyjny może być apolityczny?

Może być i powinien być. Wiele ostatnio zrobiono w tym kierunku. Ta siódemka sędziów, która została wybrana w ostatnim czasie, spełnia wszelkie standardy – kwalifikacyjne, kompetencyjne i moralne. Idziemy w dobrą stronę. Natomiast niepokój budzą ostatnie ruchy, mianowicie zgłoszenie kandydatury pana Macieja Berka.

Jerzy Stępień

były prezes Trybunału Konstytucyjnego

Jakub Noch: Czyli pan też jest w gronie zbulwersowanych?

Jerzy Stępień: Nie jestem w gronie zbulwersowanych, tylko uważam, że to błąd. Koalicja rządowa zgłosiła pana Berka w ramach przepisów uchwalonych przez PiS i zaakceptowanych przez prezydenta Nawrockiego, a deklarowała inne standardy. Wejście w życie nowej ustawy prezydent uniemożliwił, odsyłając ją pod opiekę pana Święczkowskiego – z wiadomym skutkiem.

Okazało się, że dla tej koalicji wybory według prawa narzuconego przez PiS i pilnowanego przez Nawrockiego są wygodniejsze niż według przepisów uchwalonych przez tę większość parlamentarną. To paradoks. W momencie, kiedy idziemy śmiałym krokiem w kierunku praworządności, robi się krok wstecz.

Czy pańska własna droga do TK nie dowodzi jednak, że apolityczność jest niemożliwa? Pan też był senatorem, a potem członkiem administracji Jerzego Buzka…

Sam chętnie podaję swój przykład, bo chciałbym, żeby wyciągnąć z niego naukę. Choć też bądźmy szczerzy: moja pozycja podsekretarza stanu w rządzie Buzka była politycznie żadna. Kto to jest podsekretarz stanu? Nikt. Wykonuje czynności zlecone przez pryncypała, samodzielnie niewiele może.

Za to w 1993 roku, w czasach senatorskich, miałem pierwszy raz propozycję wejścia do Trybunału Konstytucyjnego i odmówiłem. Uważałem, że jestem za młody, mam za mało doświadczenia, poza tym jestem właśnie senatorem. A i tak później to się zemściło.

Kiedy zostałem sędzią TK, pojawił się problem w postaci ustawy o stosunku do Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. Głosowałem nad nią jako senator, więc zapytałem kolegów, czy obowiązujący w Trybunale zwyczaj każe mi się wyłączyć. Uznano, że jeśli ktoś nie zgłaszał poprawek i nie dyskutował nad ustawą w parlamencie, a tylko głosował, to nie jest przeszkoda do orzekania. Po iluś latach sprawa znalazła się w Strasburgu, bo okazało się, że to był słaby punkt tego orzeczenia. Żeby nie doszło do skandalu międzynarodowego, rząd zaproponował Kościołowi Prawosławnemu ugodę, zapłacił parę milionów złotych i sprawę zamknięto.

Ja jednak nadal uważam, że mój przypadek powinien być nauczką na przyszłość. Trybunał powinien być maksymalnie niezależny i apolityczny. A jeśli miałby być inny, to lepiej, żeby go w ogóle nie było.

Czy jednak polski Trybunał nie ma w ogóle kiepskiego historycznie rodowodu? Powstał w środku stanu wojennego, długo był "bezzębny", potem upudrowano go na zachodnie wzorce.

Postulat sądownictwa konstytucyjnego wypowiadano wielokrotnie wcześniej, już w latach 60., w szczególności przez Stronnictwo Demokratyczne, ale bardzo mocno wybrzmiał w uchwale programowej I Zjazdu Solidarności "Samorządna Rzeczpospolita" –  obok samorządu terytorialnego i powrotu do praworządności w sądownictwie. Sądownictwo konstytucyjne zaistniało dlatego, że "Solidarność" wypowiedziała ten postulat głośno i zdecydowanie.

A PRL-owscy generałowie, chcąc złagodzić odium ciążące na władzy, wprowadzili sąd konstytucyjny do Konstytucji jeszcze w stanie wojennym – w ten sposób jakby odpowiedzieli na żądanie Solidarności. Ustawę uchwalono dopiero w 1985 roku, z wyraźnym zastrzeżeniem, że wyroki Trybunału mogą zostać odrzucone przez Sejm. Dopiero konstytucja z 1997 roku przesądziła sprawę ostateczności orzeczeń.

Wtedy jeszcze tak nie czuto tych aspektów polityczności. Po prostu brano dobrych prawników. Trzciński, Działocha, Garlicki, Safjan, Zoll, Łętowska. Jestem dumny, że znalazłem się w tym gronie, a wcale się tam nie pchałem. To była uporczywa walka panów Łączkowskiego i Rymarza, którzy od 93. roku konsekwentnie mnie namawiali.

Czyli nie ma potrzeby budowania TK od nowa?

Nie da się zbudować lepszego Trybunału. On koniec końców został zbudowany na najlepszych europejskich wzorach. Skoro nie można było uchwalić nowej ustawy, bo prezydent skierował ją do TK, wystarczyło zrobić nakładkę – taką jak w przypadku Krajowej Rady Sądownictwa. Przepisy o wyborze do KRS były takie, jakie były, ale zrobiono "nakładkę konstytucyjną": najpierw sędziowie wskazali sędziów, a Sejm to zaakceptował, nie dyskutując z nimi w tej sprawie.

Tak samo można było tutaj zastosować standard czteroletniej karencji, który wprowadzono w ustawie uchwalonej przez obecną większość rządzącą. Ale tego nie zrobiono. Prawdę mówiąc, do momentu wyboru ósmego sędziego szanse na jakiekolwiek zmiany w TK były małe. Z chwilą, kiedy pojawia się "ósemka", mamy jednak nową jakość: większość.

Pan Święczkowski już tak hasać nie może, rozpoczyna się proces odbudowywania pozycji Trybunału. Sędziowie, którzy tam są – poza Święczkowskim i może jego zastępcą –  najprawdopodobniej przyłączą się do tej większości. Tak się stało notabene w 1989 roku, gdy wystarczyło, że weszło kilku sędziów wskazanych przez Komitet Obywatelski "Solidarności" – Andrzej Zoll, Janina Zakrzewska, Wojciech Łączkowski, Tomasz Dybowski – i oni nadali ton, a reszta pokornie się przyłączyła.

A teraz można podejrzewać, że ktoś tam u władzy marzy sobie, że skoro na ósmego sędziego wskazuje swoją dotychczasową prawą rękę, to on będzie de facto decydentem w Trybunale. Nie tak miało być. Nie potrzebujemy politycznego spektaklu i odbijania TK na białym koniu. Wystarczyło, żeby ta "ósemka" należała do grona dobrych, doświadczonych prawników, znanych ze swej niezależności i mocnego charakteru. Znajdzie się takich w każdej generacji.

Skąd zatem czerpać kadry do Trybunału? Akademiccy teoretycy są lepsi od "skalanych" pracą w administracji państwowej praktyków?

Profesor Marek  Safjan uważa, że im mniej profesorów w Trybunale, tym dla Trybunału lepiej, bo szukać trzeba nie teoretyków, którzy nie stykali się z państwem bezpośrednio, tylko ludzi, którzy to państwo znają z własnej praktyki. A takich ludzi jest dużo. Między innymi taką osobą jest Maciej Berek.

Ja ogólnie z tą opinią nawet mogę się zgodzić. Tylko że z panem Berkiem jest po prostu jeden problem: nie w tym momencie! Przecież on wybiera się do TK prosto z Rady Ministrów, a premier Donald Tusk otwarcie mówi o nim "moja prawa ręka".

Da się przekonać społeczeństwo, że Trybunał z jego udziałem będzie niezależny od premiera?

Nie da się. Maciejowi Berkowi nie brakuje kompetencji, ale brakuje czasu. Trzeba było z nim poczekać.

Ile?

Wystarczą te cztery lata. Wtedy minimalizuje się konieczność wyłączania sędziów z orzekania, bo po czterech latach mamy już tak zmieniony porządek prawny, że najczęściej mamy zupełnie inne sprawy. A w przypadku pana Berka przez najbliższe lata będą to głównie sprawy związane z działalnością większości parlamentarnej i rządu od 2023 roku do momentu, kiedy przestanie być członkiem Rady Ministrów. Praktycznie rzecz biorąc, będzie z nich wszystkich wyłączany.

W całej tej debacie wykorzystuje się nieznajomość mechanizmów rządzących Trybunałem. Ludziom się wydaje, że uzdrowić go mogą jakieś działania zewnętrzne. Nie. Polska konstytucja i przepisy – nawet te PiS-owskie – są tak skonstruowane, że wszystkie instrumenty naprawy Trybunału Konstytucyjnego są wewnątrz tej instytucji, a nie na zewnątrz: między innymi właśnie większość sędziów obozu demokratycznego.

Żadne zewnętrzne działania nic tu nie dadzą. Co innego społeczeństwo jako takie – manifestacje, dawanie wyrazu swoim zachowaniem, tak jak ostatnio zachowały się organizacje pozarządowe, od Fundacji Helsińskiej po Watchdog Polska. One wiedzą, o co chodzi.

Natomiast większość ludzi pewnie uważa, że "najważniejsze to zrobić porządek w Trybunale" i że słusznie premier wysyła tam swojego człowieka. Niestety, to jest kontrproduktywne. To ośmieszanie Trybunału Konstytucyjnego, ośmieszanie tej instytucji, ośmieszanie idei jego niezależności i odrębności.

W konstytucji jest mowa nie tylko o niezależności i niezawisłości sędziów, ale i o odrębności władzy sądowniczej. Jaka to odrębność władzy sądowniczej, jak premier mówi: posyłam swoją prawą rękę, żeby tam zrobiła porządek? Na miłość boską. A co on tam może zrobić poza głosowaniem? Czy może narzucić sędziom swoje stanowisko –  premier sobie życzy i panowie mają się zachować tak, a nie inaczej? To jest niepoważne. To jest śmieszne, to jest kompromitujące.

"Tylko 1 pytanie naTemat" – konkretne rozmowy na ważne tematy

Rozmowa z Jerzym Stępniem to kolejny odcinek nowego cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat". Co tydzień rozmawiamy z najciekawszymi postaciami ze świata polityki, ekonomii, nauki i kultury – ale inaczej niż zwykle.

Zamiast gonić za wszystkimi tematami naraz, zatrzymujemy się przy jednym: konkretnym, ważnym i wartym prawdziwej rozmowy pytaniu o Polskę, Europę i świat. Bo czasem jedna dobra odpowiedź mówi więcej niż godzinny wywód.