Limp Bizkit
Nu metal ponownie jest cool. Foto: Ben Houdijk/Shutterstock

Numetalowe zespoły ponownie zapełniają hale i stadiony. Powraca moda na najbardziej znienawidzony podgatunek metalu, który okres świetności przeżywał na przełomie lat 90 i 2000. Co się stało? Czy to tylko kwestia sentymentów?

REKLAMA

Nu metal święcił triumfy niemal ćwierć wieku temu. Wtedy to w mainstreamowych mediach królowały Linkin Park i Limp Bizkit, Slipknot grał europejską trasę u boku Metalliki, a System of a Down było uznawane za objawienie (zdecydowanie nie bez podstaw).

Nu metal, czyli fenomen wczesnych lat 2000.

Pod kątem muzycznym fani otrzymali najbardziej komercyjną odmianę metalu. Niby były tu ciężkie gitary, ale nie oparte na charakterystycznych, mocarnych riffach, a jedynie podbijające grę sekcji rytmicznej. W miejscu kojarzących się z metalem skrzeków, ryków i bulgotów otrzymaliśmy czyste wokale i często partie rapowane. To nie mogło się nie sprzedać!

Muzycy Linkin Park wkrótce po premierze debiutu, płyty "Hybrid Theory", stali się gwiazdami, podobnie jak ich koledzy z Limp Bizkit (przebojem okazała się już ich druga płyta, "Significant Other"). W tym czasie grupa P.O.D. nagrała utwór "Alive", hymn pokolenia, dla którego wspólną traumą był 11 września. Mało? System of a Down stał się jednym z najbardziej inspirujących zespołów dekady, a dobrego imienia podgatunku w oczach zatwardziałych "metali" bronił Slipknot, który pieczątkę prawilności otrzymał dzięki zaproszeniu na tour z Metalliką. W tym mniej więcej czasie Evanescence nagrało najbardziej przebojowy debiut od czasów wspomnianej "jedynki" Linkin Park.

Nagle jednak coś zaczęło się psuć. Numetalowa formuła się wyczerpała. Jedne zespoły nagrywały nudne i nieudane albumy (Limp Bizkit, P.O.D.), inne starały się nieco odejść od korzeni, łagodząc przy tym brzmienie (Linkin Park, Slipknot, Korn), kolejne w ogóle przestały tworzyć nową muzykę (SOAD). Nie mówiąc już o grupach drugoligowych, które nie potrafiły niczym zaskoczyć. Wcześniej zresztą też jedynie niezdarnie kopiowały to, co robili giganci.

Fani zaczęli też chyba słuchać innej muzyki. Biorąc pod uwagę składniki nu metalu mieli do wyboru parę ścieżek: rap, metal z prawdziwego zdarzenia, elektronikę, może nawet mdły pop. Ogólnie nu metal przestał być zjawiskiem.

Renesans nu metalu

Minęły lata i coś zaczęło się zmieniać. Nie tyle pod kątem artystycznym, ale na poziomie popularności. SOAD w tym roku zagrał dwa stadionowe koncerty na PGE Narodowym. Dla kontekstu: taki wyczyn udał się w 2024 r. Metallice! Wcześniej SOAD wypełniało, ale hale, zaś w 1998 r. grupa została wygwizdana, gdy supportowała w katowickim Spodku Slayera.

Inne zespoły? Godsmack, P.O.D. i Drowning Pool wspólnie zawładnęły gliwicką PreZero Areną, co parę lat temu było nie do pomyślenia. Ta pierwsza grupa w 2019 r. wypełniła, ale nieduży klub Studio w Krakowie. Do tego pierwotnie wspólny koncert z twórcami "Alive" i "Bodies" miał odbyć się w małej sali areny PreZero, ale – przez spore zainteresowanie – został przeniesiony do dużej hali).

Reaktywowany i zawsze lepiej radzący sobie od kolegów z branży Linkin Park był gwiazdą Open'era 2025. Nawet Limp Bizkit okazało się ponownie cool i wypełniło łódzką Atlas Arenę (dla porównania: w 2010 r. zespół zagrał tylko w klubie Stodoła, a wcześnie grywał w Polsce w większych obiektach, ale przy okazji festiwali).

Co się nagle stało? Muzycznie nic. Paradoks polega na tym, że wszystkie te zespoły nie zmieniły swojego wizerunku i stylu. Mało tego, przez ostatnie lata nie nagrały nowych przebojów (no, może poza Linkin Park). SOAD od 2005 r. nie zarejestrował nawet żadnej nowej płyty!

Prawda jest więc dość brutalna: po prostu obecni 30 i 40-latkowie – pokolenie wychowane na nu metalu – chcą sobie fundować sentymentalne wycieczki do nastoletnich realiów. I może po prostu mają już fundusze i możliwości, by częściej jeździć na koncerty.

Na to wszystko nakłada się szersze zjawisko: hossa na rynku koncertów, która rozpoczęła się krótko po końcu pandemii COVID-19. Turystyka koncertowa z pewnością pomogła w odrodzeniu się nu metalu. Podobnie zresztą jak social media takie jak np. TikTok. Nu metal ma mnóstwo utworów z bardzo charakterystycznym początkiem, refrenem albo breakdownem, który można wyrwać z całej piosenki i wykorzystać w krótkim, zabawnym filmiku.

I wreszcie: nu metalu zaczęło też słuchać nowe pokolenie. Tym razem znienawidzony przez "metali" podgatunek świetnie wpisał się w nowe trendy, w tym osłabienie subkultur. Jako hybryda metalu, rapu, elektroniki i popu świetnie odpowiada potrzebom obecnej młodzieży.

Ile to jednak jeszcze potrwa? Bez nowych, wielkich płyt nie tak długo, jak mogą liczyć managementy zespołów. Ile w końcu można jechać tylko na sentymencie!

Powrót oparty na paradoksie

Powrót nu metalu to paradoks. Muzyka, która ćwierć wieku temu była symbolem młodzieńczego buntu, teraz trafia do ludzi w średnim wieku, którzy mają pieniądze na bilety i mocno nostalgiczne potrzeby. Jasne, współcześni nastolatkowie też coś w niej odnajdują, ale wątpliwe, by to samo, co ich rodzice 25 lat temu.

Być może więc nu metal wcale nie przeżywa drugiej młodości. Po prostu dorosło pokolenie, które kiedyś go słuchało, a wraz z nim pojawiła się nostalgia za czasami, gdy największym problemem było to, czy nowy album Linkin Park okaże się lepszy od poprzedniego (z reguły tak nie było). Dziś bilety na koncerty kupują często te same osoby, które dwie dekady temu mogły o tym tylko pomarzyć. Nu metal przegrał walkę o przyszłość muzyki, ale całkiem nieźle radzi sobie jako jej przeszłość.