Nie sądziłem, że praca w korporacji może budzić aż takie emocje . W ostatnim czasie powstało u nas sporo tekstów o korpo-pracownikach. Zarówno byłych, jak i obecnych. A pewnie i przyszłych. Za każdym razem jest pod nimi masa komentarzy. Pozytywne mieszają się niemal z hejteriadą.

REKLAMA
Zastanawiam się z czego wynika tak wielkie zainteresowanie korpo-tematyką. Żaden inny temat związany z pracą nie wywołuje aż takiej dyskusji. A tych piszemy naprawdę sporo. Zerknijcie sami. Natomiast o korpo dyskutują wszyscy: ci, którzy tam pracują lub pracowali oraz ci, którzy jeszcze tam nie trafili lub nigdy trafić by nie chcieli. Wiadomo – Polak zna się na wszystkim.
Mam wrażenie, że wśród polskich internautów (a przynajmniej naszych czytelników) utarły się dwa stereotypy korporacji. Pierwszy, to korpo-grozy – gigantyczna firma, która wyzyskuje pracowników. Wyciska z nich ostatnie siły i chęć do życia. Ot takie wielkie-złe-korpo, jako wspólny wróg, który co prawda potrafi dać sporo pieniędzy, ale powoli wykańcza człowieka. To wystarczający powód do hejtowania. A dla hejterów nie ma znaczenia, że nikt przecież do pracy w korpo nie zmusza. Może niektórzy po prostu to lubią?
Jest i oczywiście druga strona. Wokół korporacji utworzył się już pewien mit, który skutecznie wzmacniają filmy i seriale (swoją drogą polecam genialny "Suits"). Także te polskie. Cudowne życie, szklany biurowiec, wszyscy piękni i pachnący – zawsze pod krawatem. Właściwie nie pracują, częściej dyskutują. Najlepiej w przerwie na lunch. Tam spotykają się wszyscy sales managerowie, project directorzy, junior brand managerowie, senior product managerowie. Bla, bla, bla. Kiedyś znajomy powiedział mi, że on właściwie nie wie jak nazywa się jego stanowisko. Kiedy sprawdził to na wizytówce, nie był w stanie przełożyć tego na język polski. Swoją drogą, tutaj znajdziecie zabawne (ale jakże prawdziwe) narzędzie do tworzenia nazw korporacyjnych stanowisk.
W naTemat pisaliśmy o korporacjach na jedną i na drugą nóżkę. Były ciepłe kapcie korporacji, ale i korporacje, które odzierają z godności. Są więc dwa, zupełnie przeciwstawne stanowiska. Jest co kochać, jest co nienawidzić. Czego chcieć więcej? Zwłaszcza w internecie. Sami pracownicy korporacji pewnie się z tych wszystkich dyskusji tylko śmieją, ewentualnie przytakują przy niektórych oczywistościach. Tak czy siak – swoje zarabiają.
Ja osobiście łapię się do grupy numer dwa. Totalnie łykam ten mistyczny już wizerunek korporacji i kiedyś – chociaż na chwilę – chciałbym tam trafić. Dlatego cieszę się, że dzisiaj Krzysiek Majak przygotowuje dla Was kolejną historię z korporacją w tle.