Mikołaj Bukrewicz jako Jan Borysewicz w "Mniej obcy"
"Mniej obcy", filmowa biografia Jana Borysewicza, okazał się fatalną produkcją Fot. Z. Woinska / Netflix

"Mniej obcy" jest hitem Netfliksa, ale... co z tego? Filmowa biografia lidera Lady Pank, Jana Borysewicza, może i się "kliknie", ale raczej nie zachęci do ponownego sięgnięcia po płyty twórców "Mniej niż zero". Twórcy produkcji popełnili wręcz szkolne błędy.

REKLAMA

Wydawało się, że ekranizacja losów Jana Borysewicza to samograj. Znany muzyk miał ciekawe życie, od dekad stoi do tego za jednym z najpopularniejszych zespołów rockowych w Polsce. Co więc mogło się nie udać? Okazuje się, że niemal wszystko.

"Mniej obcy" i ten irytujący głos w tle!

Film "Mniej obcy" pokazuje nam dzieciństwo i dorastanie Jana Borysewicza. W związku z tym widzimy też, jak zakładał Lady Pank, jedną z najważniejszych polskich grup rockowych lat 80. i 90.

Obserwujemy, jak przyszła gwiazda estrady wychowuje się w dość ciężkich warunkach (jego matka chorowała na stwardnienie rozsiane), poznaje muzykę rockową i wreszcie rozpoczyna karierę zawodowego gitarzysty.

Brzmi jak samograj. Problem w tym, że twórcy popełnili szereg błędów, przed którymi przestrzega się na pierwszych zajęciach z pisania scenariusza. O czym myślę? Przede wszystkim o podstawowej zasadzie "show, not tell". Przez cały seans to, co widzimy na ekranie, tłumaczy nam sam Borysewicz (a dokładniej: grający go Mikołaj Bukrewicz). A to słyszymy, jak niemal stale kłóci się z Bogiem, a to przekonuje nas, że nie miał w życiu planu B i zawsze chciał być muzykiem (trudno o większy banał!). Tyle że sprawny reżyser i scenarzysta potrafią nam to POKAZAĆ, nie musząc nam tego tłumaczyć.

W filmie o Lady Pank brakuje prawdziwych emocji i protagonisty

Na tym problemy się nie kończą. Filmowego Borysewicza trudno bowiem w pełni polubić. Najpierw jest przedstawiany jako krnąbrne i źle wychowane dziecko (wtedy bardzo dobrze gra go Mirosław Tomczuk), potem staje się nieodpowiedzialnym młodym człowiekiem, który nie potrafi być ojcem i partnerem.

Nie wspominając już o jego narzekaniu na każde potknięcie jego kolegów z zespołu (w scenie z sesji nagraniowej twórcy postanowili chyba pokazać prawdę – Borysewicz jest ponoć bardzo wymagający względem współpracowników). W filmowym gitarzyście jest tu nieco z socjopaty, który stara się niczym robot iść w stronę wymyślonego sobie celu. I to ostatnie działałoby, gdybyśmy lubili tę postać.

Ten ostatni efekt można było osiągnąć stosunkowo prosto, mocniej sugerując, że ekranowy Borysewicz stał się taki, a nie inny, gdyż starał się uciec przed przerażającą rzeczywistością: chorobą matki (Kinga Preis), konfliktem z ojcem (Ireneusz Czop) czy problemami psychicznymi brata (Konrad Kąkol). W jego relacjach z rodziną nie widzimy jednak szczerych emocji, zupełnie, jakby go ona nie obchodziła. Nie wspominając już o jego reakcji na wieść, że zostanie ojcem (naprawdę trudno komuś takiemu kibicować!).

Fot. Z. Woinska / Netflix

To tym bardziej zastanawiające, że materiału było aż nadto. W autoryzowanej biografii, której tytuł film przejął, Jan Borysewicz opowiadał rzeczy, przy których scenariusz "Mniej obcy" wygląda na wyjątkowo zachowawczy.

Przez cały film nie widać też chemii gitarzysty z Januszem Panasewiczem, którego postać została zepchnięta na drugi plan, zupełnie, jakby twórcy nie wiedzieli, że to ten duet stanowi do dziś trzon Lady Pank.

Oczywiście musieliśmy też otrzymać sugestię, że zespół starał się obalić PRL i walczył o wolność słowa w Polsce. Nie będę wchodził tu w dywagacje, czy tak w istocie było. Fakt jest taki, że i to zostało pokazane w filmie w sposób płytki i naiwny.

Dalsza część artykułu poniżej.

Mikołaj Bukrewicz zawodzi jako Jan Borysewicz

Roli nie uniósł sam Bukrewicz. Niestety jego stale naburmuszona albo w ogóle pozbawiona emocji mina nie pomaga – ponownie – w empatyzowaniu z graną przez niego postacią.

Właściwie żałuje, że w filmie nie ma więcej Andrzeja Mogielnickiego, tekściarza zespołu. To jedna z nielicznych postaci w scenariuszu, którą da się lubić. Znacznie pomaga tu jego lekka nieporadność i to, że – w przeciwieństwie do kolegi-gitarzysty – nieco twardziej stąpa po ziemi. Nie sposób też nie docenić gry Patryka Pietrzaka, który jako jeden z nielicznych stworzył tu postać z krwi i kości.

Jak zawsze dobrze wypada na ekranie też Preis. Podobnie jak Kąkol czy Czop, jeszcze bardziej kontrastując na tym polu z Bukrewiczem.

Fot. Z. Woinska / Netflix

Ekranizacja jako próba zwiększenia sprzedaży płyt?

No i oczywiście ścieżka dźwiękowa. W tle musimy słyszeć największe szlagiery Lady Pank. Nierzadko wybrzmiewają one w takich momentach, które sugerują nam interpretacje ich znaczenia. Całość wygląda jednak tak, jakby ktoś tu starał się nam przypomnieć o zespole i sugerował uzupełnienie naszej płytoteki czy zasubskrybowanie profilu grupy na Spotify.

Tak też odbieram ten film: jako dwugodzinną, nieudaną reklamę Lady Pank, z naciskiem na Borysewicza. Szkoda, gdyż mowa o zespole, który zasłużył na naprawdę interesującą ekranizację, a nie naiwną rockową bajkę ze stale naburmuszonym głównym bohaterem.

"Mniej obcy" nie jest zresztą wyjątkiem. Właśnie powstaje filmowa biografia Scorpions, a jej trailer obiecuje dokładnie to samo: grupę rockmanów, która muzyką obala komunizm. Branża odkryła, że biografia gwiazdy sprzedaje się sama, a widz i tak przyjdzie dla piosenek.