
Biografie zespołów rockowych to samograje. A jednak twórcy filmowi nie potrafią sprawnie przenieść ich na wielki ekran. W tym tekście przyjrzymy się trzem takim filmom, które pokazały, jak – mimo pozorów – trudno opowiada się losy gigantów z przesterowanymi gitarami.
Biografie zespołów rockowych są często pełne zwrotów akcji, pełnych emocji wydarzeń i pełnokrwistych postaci (w takich kapelach nie grają wymoczki!). A jednak filmowcy nierzadko nie potrafią sprawnie pokazać tego wszystkiego na wielkim ekranie.
"Bohemian Rhapsody", czyli fatalna ekranizacja losów Queen
Czy może być lepszy materiał na film niż biografia Queen? Nie. Mimo tego "Bohemian Rhapsody" jest produkcją słabą. Problemem jest przede wszystkim wybielanie historii zespołu. Film bierze niezwykle skomplikowane życie Freddi'ego Mercury'ego i sprowadza je do bardzo bezpiecznej hollywoodzkiej opowieści, w której biedny outsider staje się wielką gwiazdą, przechodzi kryzys, a na końcu gra triumfalny koncert.
Problemem jest też konstrukcja samego głównego bohatera. Freddie (Rami Malek) powinien być fascynującą, pełną sprzeczności postacią, zarazem genialnym muzykiem, ale też kimś dążącym do autodestrukcji. Otrzymujemy zaś postać z pluszu, wypełnioną watą, a nie mięsem i gęstą juchą.
Najlepsze minuty filmu to słynny, świetnie odtworzony występ na Live Aid. Tyle że "Bohemian..." miało być przecież opowieścią o losach zespołu rockowego, a nie alternatywą dla koncertowego DVD!
Pisałem już, że "Bohemian Rhapsody" to najbardziej przereklamowany film dekady, a po seansie trudno właściwie pojąć, jak to się stało, że Mercury i jego koledzy stali się tak wielcy.
Zobacz także
"Rock Star", czyli film o Judas Priest bez Judas Priest
"Rock Star" opowiada o momencie w historii Judas Priest, w którym to z zespołu odszedł Rob Halford i zastąpił go Tim ''Ripper" Owens. Od razu dodam, że w filmie nie pada ani nazwa tej legendy heavy metalu, ani nazwiska słynnych wokalistów. Mimo tego świadomy widz wie, o co chodzi.
Pomysł był świetny. Chris "Izzy" Cole (Mark Wahlberg) jest wokalistą tribute bandu grającego utwory fikcyjnego zespołu Steel Dragon (czyli Judas Priest). Nagle dostaje szansę zastąpienia prawdziwego wokalisty i staje się gwiazdą.
I to naprawdę mogło być kapitalne, gdyż twórcy mogli pokazać, jak przemysł muzyczny mieli ludzi i zamienia muzykę w produkt. Nawet w przypadku heavy metalu. Tyle że tak się nie dzieje. Scenariusz zamiast pokazać cynizm branży, jest naiwną bajką o rockowym Kopciuszku.
Największym problemem jest jednak zakończenie, które woła wręcz o pomstę do rockowego panteonu. Nie zdradzając szczegółów, wygląda tak, jakby napisał je jakiś scenarzysta kreskówek Disney'a.
"Spinal Tap II", czyli miała wyjść parodia, a dostaliśmy nudne pożegnanie
"This Is Spinal Tap" to mockument z 1984 r., który "grał" dokument o fikcyjnym zespole rockowym Spinal Tap (tak, tym razem mowa o grupie, która nie istniała), niemal idealnie punktujący pretensjonalność gwiazd, absurd tras koncertowych, ego muzyków i kompletną głupotę przemysłu muzycznego. Jego kontynuację otrzymaliśmy dopiero w 2025 r. I to mogło się udać.
W "Spinal Tap II: To nie koniec" można było wyśmiać modę na powracanie legend rocka i metalu na sceny po latach nieaktywności. Dodać do tego żarty związane z tym, że seniorzy spod znaku ciężkich gitar i wyjących wokali nie rozumieją, jak technologia zmieniła branżę.
I to kompletnie nie wyszło. Widzimy po prostu naburmuszonych dziadków, którzy spotykają się po dekadach, by wrócić na scenę. Brakuje soczystych żartów z "jedynki". Uśmiech pojawi się wam w czasie seansu w scenie przesłuchania kandydatów na perkusistów, może prychniecie przy wideorozmowie z Larsem Ulrichem z Metalliki. Kto wie, może spodoba się wam finał. Po geniuszu "This is..." nie ma jednak śladu.
Jak nie kręcić filmów o gwiazdach rocka
Produkcje o Queen, Judas Priest i Spinal Tap pokazują trzy różne problemy związane z filmami o zespołach rockowych. W pierwszym przypadku dostaliśmy ugrzecznioną wersję historii, w drugim – banalną bajkę opakowaną w heavy metal, a w trzecim – niezabawny sequel, który nie potrafił dorównać własnemu pierwowzorowi.
W każdym z tych przypadków filmowcy mieli w rękach materiał, którego właściwie nie trzeba było poprawiać. A mimo to gdzieś po drodze udało się z tego zrobić kino znacznie mniej interesujące niż sama rzeczywistość.




