
W ostatnim tygodniu na ekranach polskich telefonów byli już chyba w każdej roli. Jako "Głupi i głupszy", jako bohaterowie "Breaking Bad", jako Stromae i Jamel Debbouze, jako Siara i Wąski czy Sonny i Crocket. Duet Kołodziejczak-Rutkowski stał się najgorętszym memem października. Przez wysyp internetowej beki większość ludzi zapomniała jednak o tym, skąd się to wszystko wzięło. A wzięło się z afery z poważnymi zarzutami dotyczącymi narkotyków, mobbingu i krzywdzenia kobiet. O tym dziś już jakoś cicho.
Wcale bym się nie zdziwił, gdyby w ofercie Biura Detektywistycznego Rutkowski widniała pozycja "Masz kryzys wizerunkowy? Umemimy twoją aferę". Bo przecież dokładnie to dzieje się w ostatnich dniach z posłem Michałem Kołodziejczakiem, który po publikacji Zero.pl mierzy się z gigantycznym kryzysem wizerunkowym.
Lider AgroUnii miał – według ustaleń portalu, do którego zgłosiły się jego byłe współpracowniczki – między innymi nakłaniać do zażywania substancji zabronionych. Zarzut bardzo ciężkiego kalibru, na który w dodatku są taśmy. Klub Koalicji Obywatelskiej na razie zawiesił go w prawach członka, ale niemal na pewno dni Kołodziejczaka w ekipie Donalda Tuska są już policzone.
Chcesz rozmyć aferę? Dzwoń do detektywa!
Tymczasem wystarczył zaledwie dzień od piątkowej publikacji, by Kołodziejczak wytoczył bardzo nietypowe działa obronne. Pod Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego podjechało potężne auto agencji Rutkowskiego, z którego w otoczeniu umundurowanych współpracowników detektywa-celebryty wyszedł uzbrojony w minę zbitego psa parlamentarzysta.
Zamiast odpowiadać na pytania dziennikarzy, poseł spuszczał tylko głowę. Za to w jego imieniu wypowiadał się sam Krzysztof Rutkowski. Atakując media za ujawnienie sprawy, przekonując że afera jest, ale dokładnie odwrotna i Kołodziejczak jest tu tylko i wyłącznie ofiarą.
Wielu z nas widząc tak absurdalną scenę, pomyślało sobie: toż to kino absolutne! Fakt, wiele absurdalnych akcji widzieliśmy w ostatnich latach w polskiej polityce, ale ta swoją kuriozalnością przebiła chyba wszystko. Trudno się dziwić, że po kilku godzinach polski internet oszalał na punkcie nowego memicznego duetu.
Absolute cinema w wersji nadwiślańskiej
Rutkowski z Kołodziejczakiem zaczęli być wszędzie. Najpierw jako zestawienie radosnego posła jarającego się latem jabłkami i biedronkami z jego jesienną smutną miną i równie smutnymi nutami Lany Del Rey w tle. A potem jako przerobione za pomocą AI kadry czy sceny z kultowych filmów, w których na przykład Kołodziejczak rozsiada się w fotelu niczym Tony Montana ze "Scarface", z nosem uwalonym białym proszkiem.
Pierwszy efekt został osiągnięty, więc Rutkowski postanowił kuć żelazo póki gorące. Poszedł do Sejmu, gdzie przed wianuszkiem mikrofonów zaczął wygłaszać kolejne absurdalne twierdzenia, które błyskawicznie stały się viralami. Jak słowa o tym, że "każdemu się zdarza gdy czasem jest alkohol, whisky i prosecco" czy wezwanie dilera Kołodziejczaka do zgłoszenia się – oczywiście anonimowo – do biura detektywistycznego.
Nagle okazało się, że detektyw-celebryta, na co dzień traktowany jako cudak, okazuje się wartościową osobą do zaproszenia do studia telewizyjnego czy podcastowego. W ostatnich dniach pojawił się między innymi w "Super Expressie" i telewizji wPolsce24. Rolki kręciły się same.
Zobacz także
Wystarczył tydzień by zapomnieć o ofiarach
I nagle orientujemy się, że po zaledwie tygodniu od opisania koszmarnych praktyk, jakich miał dopuszczać się Kołodziejczak, clou sprawy poszło kompletnie w odstawkę. Jasne, nikt już Kołodziejczaka nie traktuje poważnie, ale odbiór społeczny jest taki, że oto mamy sobie w Sejmie takiego wykręconego posła, który niczego sobie nie odmawia, lubi się zabawić, powygłupiać i jest świetnym obiektem do żartów.
A przecież to jedynie wycinek tego, czego miał dopuszczać się przez ostatnie lata. I to wycinek najmniej istotny, bo to co sam sobie ten człowiek robi średnio powinno nas obchodzić. Gorzej, gdy zachodzi podejrzenie, że mógł krzywdzić ludzi w swoim otoczeniu. Tylko że to mniej nadaje się na śmiesznego mema.
Nie posądzam ani Kołodziejczaka i Rutkowskiego o bycie politycznymi geniuszami. W dzisiejszych czasach wystarczy jednak zwykły spryt i znajomość realiów mediów i internetu, by rozegrać polskie społeczeństwo jak dzieci przy okazji takiej afery. Jest wizerunkowy problem?
No to wysyłamy komicznie wyglądającego detektywa z obstawą, żeby skompromitowany poseł nie wyglądał przy tym aż tak żałośnie. A reszta sama się zrobi. To oczywiście nie pomoże uniknąć ewentualnej odpowiedzialności karnej, jeśli zarzuty kobiet uda się potwierdzić prokuraturze. Ale do czasu rozstrzygnięcia śledczych rozmyje aferę i pozwoli na swój sposób uniknąć ostracyzmu.
Poseł-mem robił nas z balona od dawna
Zresztą Kołodziejczak z całą pewnością od dawna wiedział, że zbierają się nad nim czarne chmury. Stąd nagła eksplozja jego popularności w social mediach latem, po tym jak zaczął na Instagramie relacjonować swoje odmienione życie w duchu "carpe diem".
Podróże traktorem, opowieści o śliwkach i jabłuszkach, bliskie spotkania z biedronką – to wszystko było urocze, ale dziś trudno oprzeć się wrażeniu, było tylko zasłoną dymną dla szykującej się afery. I o ile wtedy trudno było mieć do siebie pretensje o to, że błaznujący poseł nas śmieszył, to dziś warto się dwa razy zastanowić nad tym dlaczego człowiek, nad którym ciążą tak poważne zarzuty, nagle zaczął nam wyskakiwać regularnie z ekranu.
A niech najlepszą puentą tej historii będzie to, że w umemienie afery ostatecznie poszedł także... sam Kanał Zero. W czwartek opublikował on zapowiedź swojego programu satyrycznego "Dziennik Narodowy", w której to ktoś przebrany za Rutkowskiego wparowuje do gabinetu Krzysztofa Stanowskiego i go zatrzymuje. Drogi Kanale Zero, tak to się sprawie kobiet, które wam zaufały, z pewnością nie przysłużycie...




