
"Capturing Bigfoot", nowy amerykański film dokumentalny w reżyserii Marqa Evansa, opowiada o legendzie o Wielkiej Stopie. A dokładniej chodzi o nowe ustalenia dotyczące filmu z 1967 roku, mającego być rzekomym dowodem na istnienie ogromnego małpoluda, który ponoć ukrywa się w amerykańskich lasach.
Marq Evans może w końcu raz na zawsze zakończyć słynną dyskusję o tym, czy Wielka Stopa istnieje, czy to tylko wymysł ludzi, którzy mają zbyt dużo wolnego czasu.
Wielka Stopa istnieje?
Wielka Stopa (Bigfoot) to słynna mityczna, dwunożna i człekopodobna istota, która żyje ponoć w górach i lasach Ameryki Północnej. Przez osoby, które ją widziały, jest opisywana jako gigantyczna istota wysoka na 3 metry i o potężnej budowie ciała. Ma przypominać nieco goryla i zostawiać wielkie odciski stóp.
Na pytanie, czy to tylko bujda, czy jednak prawda, odpowiedzieć starają się twórcy dokumentu "Capturing Bigfoot". Ich film otwiera drżące, ziarniste ujęcie. Widzimy na nim, jak w odległości około 30 metrów od kamery, na tle leśnej roślinności pojawia się małpopodobna postać. Na chwilę odwraca głowę w stronę operatora. Niewiele robi sobie z faktu, że jest filmowana i rusza dalej.
I właśnie to słynne video ma być dowodem na to, że potwór istnieje. Dziś zbylibyśmy to wszystko wzruszeniem rąk i jednym słowem: "AI". Tyle że autor nagrania, Roger Patterson, zarejestrował je na terenie północnej Kalifornii 20 października 1967 roku. Było to więc dekady przed tym, jak sieć zaczęła być zalewana filmikami, które są generowane przez sztuczną inteligencję. Czy więc nagranie jest prawdziwe?
"Capturing Bigfoot", czyli wielka kasa, a nie Wielka Stopa
Film "Capturing Bigfoot", który właśnie wleciał na amerykańskie Prime Video (w Polsce niestety nie jest na razie dostępny), skupia się m.in. na Pattersonie, który zmarł w 1972 roku. Okazuje się, że mowa o ekscentryku, który od końca lat 50. był obsesyjnie zafascynowany tematem małpopodobnych humanoidów, które rzekomo żyją w USA.
Punktem wyjścia dla jego obsesji był artykuł, jaki został opublikowany w magazynie "True" w 1959 roku i dotyczył "amerykańskiego yeti". Sama legenda była wtedy znana od wielu lat, ale nikt nie przedstawił dowodów na to, by potwór istniał. Patterson postanowił chyba jednak takowy dostarczyć. Dowodów szukał wraz synem, Clintem, który pojawia się w dokumencie i przez większą jego część upiera się, że nagranie jego ojca jest autentyczne.
W filmie słyszymy jednak też naukowców. M.in. dr Jeff Meldrum, profesor anatomii na Idaho State University, stwierdza przed kamerą, że analizując nagranie jest w stanie dostrzec szczegółowe grupy mięśniowe u stworzenia, co jego zdaniem dowodzi, że jest ono prawdziwe. Zresztą dowiadujemy się, że Wielka Stopa to samica, gdyż miała mieć gruczoły mlekowe.
Bill Munns, charakteryzator z Universal Studios, dodaje, że na nagraniu na pewno nie widać człowieka w kostiumie, gdyż w tym czasie nie było technologii, która pozwoliłaby na stworzenie takiego kostiumu.
Sprawa komplikuje się jednak, gdy poznajemy lepiej Pattersona. Jego syn przyznaje, że w jego szopce natknął się kiedyś na stertę... używanych futer.
Czy więc wszystko było tylko mistyfikacją? Tu pojawia się inny wątek. Dzięki nagraniu główny bohater zaczął pojawiać się w popularnych programach telewizyjnych. Stał się wręcz celebrytą. Jakby tego było mało, Petterson zaczął na całym fenomenie zarabiać. Wyświetlał go w kinach w ramach objazdowych pokazów, pobierając opłatę w wysokości 2 dolarów za bilet. Jeden z jego współpracowników wspomina w dokumencie, że w hali Salt Palace w Salt Lake City "występowali dwa tygodnie po duecie Simon & Garfunkel i zarobili więcej pieniędzy niż oni".
Zarobione środki – w przeliczeniu na dzisiejszą wartość sięgające milionów dolarów – uratowały m.in. firmę budowlaną szwagra Pattersona, Ala DeAtly'ego (nie jest jasne, dlaczego pieniądze trafiły właśnie do niego).
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Jaka była prawda?
"Capturing Bigfoot" sugeruje, że nagranie z 1967 roku było mistyfikacją, a Patterson był typowym oszustem, w co oczywiście... wiele osób nie uwierzy. Film jest jednak ważny z innego powodu: jest ostrzeżeniem przed kolejnymi tego typu szarlatanami. To szczególnie ważne dziś, w czasach powszechnej dezinformacji.
O tym, jak łatwo dziś manipulować odbiorcą, przypominał zresztą jeden z najgłośniejszych dokumentów ostatnich lat – "Dylemat społeczny", który objaśniał mroczną stronę social mediów i mechanizmy, które napędzają fake newsy oraz teorie spiskowe. A jeśli po seansie poczujecie niedosyt, warto sięgnąć po nasze zestawienie najlepszych dokumentów wszech czasów według widzów.




