
Discman, odtwarzacz plików MP3, muzyczne teledyski w Viva rock i lista przebojów "30 ton" w TVP2. Wszystko to pamiętają obecni trzydziesto- i czterdziestolatkowie. Jakiej muzyki wtedy słuchali? W tym tekście przypomnimy wam o trzech albumach polskiego rocka, które znał wtedy każdy milenials.
Coma, Wilki i Myslovitz. Co łączy te trzy zespoły? To, że nagrały płyty, które na pamięć zna większość polskich czterdziestolatków. Dlaczego te wydawnictwa były tak wyjątkowe? Każde z nich z innego powodu.
Coma i ich "Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków"
Coma nagrała debiut, o którym marzy każdy zespół rockowy. "Pierwsze wyjście z mroku" nie tylko zawiera aż dwa hymny pokolenia (myślę tu o "Leszku Żukowskim" i "Spadam"), ale też składają się na niego same udane kompozycje. Atmosfera w grupie musiała być więc napięta, szczególnie gdy ta weszła do studia, by nagrać "dwójkę".
Wydany w 2006 r. album "Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków" pokazał, że muzycy z Łodzi mają jednak o wiele większy potencjał. Do dziś zapewne fani kłócą się o to, która płyta – "Pierwsze wyjście..." czy "Zaprzepaszczone siły..." – jest lepsza. Sam stawiam na "dwójkę", na której Coma dopracowała swój styl do perfekcji.
Muzycznie sporo tu inspiracji umierającym już w tym okresie grunge'em, ale też bardzo popularnym Toolem. Kompozycje zespołu bywają bardzo długie i rozbudowane (nagranie tytułowe!): muzycy prowadzili fanów od subtelnych muśnięć strun po ciężkie metalowe riffy. Wszystko dopełniały teksty Piotra Roguckiego. W końcu mieliśmy kogoś, kto potrafi nazwać to, co czuliśmy, ale trudno było nam ubrać to w słowa.
Myslovitz czuje "Miłość w czasach popkultury"
Zespół Myslovitz do końca swojej działalności będzie kojarzył się z płytą "Miłość w czasach popkultury", która ukazała się w 1999 r., a więc jeszcze przed początkiem nowego milenium. Mimo to jej znaczenie wykracza daleko poza dekadę, w której powstała.
Teksty zawarte na albumie opowiadały o miłości, samotności, niespełnieniu i poczuciu niedopasowania do społeczeństwa. W czasie jednak, gdy Rogucki wykrzyczałby wam swoją frustrację w twarz, Artur Rojek zrobił coś przeciwnego: śpiewał delikatnie i przejmującą, słyszeliśmy, że wyrzuca z siebie cały kumulowany przez lata ból.
Postawa Rojka, ale też jego kolegów kontrastowała zresztą z archetypem rockmena: oni nie udawali niegrzecznych chłopców, sprawiali raczej wrażenie zagubionych neurotyków, zasłuchanych w Blur czy Oasis.
Dziś "Miłość w czasach popkultury" przypomina, że dorastanie nie zawsze oznaczało głośny bunt. Czasem polegało na zamykaniu się w pokoju, zakładaniu słuchawek i próbie zrozumienia samego siebie.
Wilki i ich "4”
To najbardziej kontrowersyjny wybór, ale zarazem płyta, która zdominowała listy przebojów pierwszych lat dwutysięcznych. Zresztą nie każdy chciał spędzać młodość na roztrząsaniu swoich egzystencjalnych problemów: czasem wystarczyła dobra melodia, gitarowy riff i piosenka, którą można zaśpiewać razem ze znajomymi. I właśnie dla tych osób swój album "4" nagrała grupa Wilki.
Dla kontekstu: mowa o zespole, który na początku lat 90. był tak popularny jak Lady Pank dekadę wcześniej. Debiut o niezwykle kreatywnym tytule "Wilki" z 1992 r. i wydana rok później płyta "Przedmieścia". były dla fanów rocka jak powiew świeżego powietrza. Tyle że w 1995 r. zespół zawiesił działalność.
Dopiero w 2001 r. muzycy zebrali się ponownie razem, by po roku wydać "4". Nie był to już poważny, melancholijny rock, ale bardziej melodyjne, przystępne oblicze grupy. I chyba na to jednak fani wtedy czekali, gdyż krążek okazał się bestsellerem, a promująca całość "Baśka" leciała z radiowych głośników dosłownie co chwilę, a fanów nieco bardziej dynamicznego grania pocieszało "Urke".
Trzy zespoły, trzy oblicza rocka
Wszystkie te trzy kapele miały w sobie coś specyficznego. Wilki zapewniły lekkość, melodyjność oraz radiowe, ponadczasowe hity. Coma oferowała coś dla fanów, dla których metal był zbyt mocny a jednak Wilki zbyt komercyjne ("komercha" to słowo, które było wtedy bardzo popularne w każdym szanującym się liceum). Z kolei muzycy Myslovitz ratowali tych, których dopadała melancholia.
Poniżej dalsza część artykułu.
Zobacz także
I właśnie dlatego ta trójka dobrze opowiada o muzycznych doświadczeniach milenialsów. Nie wszyscy słuchali tego samego, ale polski rock dawał im przestrzeń do przeżywania emocji na własnych zasadach.
Jak mocno choćby Myslovitz i ich utwory wrosły w polską kultorę, pokazał moment opisany w tekście Podsiadło, Rojek i ponad 60 tys. osób – to wykonanie legendarnej piosenki wywołuje ciarki. Cały stadion w Chorzowie śpiewał wtedy "Długość dźwięku samotności". Sam zespół po odejściu frontmana musiał przebudować się na nowo, o czym pisaliśmy przy okazji materiału o tym, że nowy teledysk Myslovitz to dzieło... studenta łódzkiej filmówki.




