
Zbrodnia połaniecka to jedna z najgłośniejszych i najbardziej wstrząsających spraw kryminalnych okresu PRL. W wigilijną noc 1976 roku w okolicach wsi Zrębin brutalnie zamordowano ciężarną Krystynę, jej męża Stanisława oraz 12-letniego brata dziewczyny, Mieczysława. Za morderstwem stał człowiek, który przez lata żywił do ich rodziny głęboką urazę. Blisko trzydziestu świadków tragedii zmuszono do milczenia. Mroczna historia sprzed lat wraca za sprawą nowego serialu Jana Holoubka. Przypominamy jej kulisy.
Po "Heweliuszu" Jan Holoubek ponownie sięga po historię inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami. 13 listopada na platformie HBO Max pojawi się pierwszy odcinek produkcji pt. "Wśród nocnej ciszy". Serial opowiada historię znaną jako "Zbrodnia Połaniecka", która do dziś mrozi krew w żyłach.
O co chodzi w Zbrodni Połanieckiej?
Wszystko zaczęło się od dawnego, głębokiego konfliktu między lokalnymi rodzinami Kalitów i Sojdów. Przed laty Jan Sojda został skazany za g***t, a w jego aresztowaniu udział brał dziadek Krystyny Kality (później z męża Łukaszek) i Mieczysława Kality – to późniejsze ofiary zbrodni.
Wersji, od kiedy tak naprawdę zaczął się ten konflikt, jest więcej, ale ta powtarza się najczęściej. Później największą iskrą, która doprowadziła do eskalacji, stał się drobny incydent podczas wiejskiego wesela Krystyny i Stanisława Łukaszków. Wtedy to siostra Jana Sojdy, została przyłapana na kradzieży jedzenia i elementów zastawy.
Choć sprawę starano się wyciszyć, to Sojda poczuł się tak "urażony" aż z zimną krwią zaplanował krwawą zemstę.
Był rok 1976, noc wigilijna. Mieszkańcy Zrębina ruszyli na pasterkę
W Wigilię 1976 r. mieszkańcy Zrębina ruszyli na pasterkę. Przewieziono ich pod kościół w Połańcu autobusem marki San (pod kościołem stał jeszcze jeden autobus). W czasie podróży nie próżnowali z alkoholem. Później podczas mszy, Jan Sojda i jego wspólnicy zwabili z kościoła ciężarną Krystynę Łukaszek, jej męża Stanisława oraz 12-letniego brata Mieczysława Kalitę – pod pretekstem, że ich ojciec jest pijany i robi awanturę w domu.
Sojda autobusem nie chciał ich zabrać. Udali się więc w 4-kilometrową drogę do domu pieszo. To właśnie na tej drodze z Połańca do pobliskiej wsi Zrębin rozegrała się zbrodnia: najpierw 12-latek został celowo potrącony przez auto, które prowadził 27-letni Jerzy Socha (zięć Sojdy), a dorosłych zatłuczono kluczem do kół. W egzekucji brał udział sam Sojda, jego szwagier Józef Adaś oraz drugi z zięciów, Stanisław Kulpiński.
Zobacz także
Zmowa milczenia, a wcześniej przysięga w autobusie
Wszystko to działo się na oczach blisko 30 pasażerów autobusu. Sprawcy, gdy już dokonali brutalnego morderstwa, kazali wszystkim osobom przejść do drugiego pojazdu. Oni wtedy przewieźli swoje ofiary półtora kilometra dalej. W pobliżu Zrębina przejechali autobusem ciała mężczyzny oraz dziecka i ułożyli w przydrożnym rowie, nieudolnie pozorując wypadek drogowy. Ponadto zwłoki Krystyny obnażyli i położyli za autobusem, dla upozorowania g***tu.
Sojda wrócił później do drugiego autobusu i zmusił pasażerów do złożenia przysięgi milczenia: wszyscy całowali krzyż i podpisywali kartkę własną krwią z nakłutego agrafką palca. Otrzymali też pieniądze "za milczenie". Godzinę później cała grupa wróciła na pasterkę, aby mieć alibi. Mimo że w okolicy krążyły plotki o zbrodni, milicja od razu uznała tragedię za wypadek. W trakcie śledztwa popełniono także szereg błędów, w tym m.in. nieprawidłowo zabezpieczono miejsce zbrodni, a sekcja zwłok przeprowadzona została przez lekarza bez uprawnień.
Nieudolne śledztwo i przełom po zeznaniach dwóch świadków
Przełom w śledztwie nastąpił dzięki odwadze dwóch świadków. Pierwszym z nich był 14-letni Stanisław Strzępek, który wracając z pasterki, widział przebieg zdarzenia. Nastolatek nie dał się zastraszyć "królowi Zrębina" (, czyli Janowi Sojdzie) i już kilka dni po tragedii otwarcie wykrzykiwał pod jego oknem, że jest mordercą. Zeznania złożył również Leszek Brzdękiewicz, który wprost wskazał milicji nazwiska sprawców. Niedługo potem jego ciało wyłowiono z rzeki.
Finał sprawy i kara śmierci dla Jana Sojdy oraz Józefa Adasia
Relacje świadków skłoniły śledczych do przeprowadzenia ekshumacji. Ponowne oględziny zwłok z 1977 roku jednoznacznie wykazały, że małżonkowie zginęli od uderzeń tępym narzędziem, co wykluczyło wersję o wypadku drogowym. Przed Sądem Wojewódzkim w Tarnobrzegu ruszył proces, w trakcie którego przesłuchano ponad 200 osób. W 1979 roku Jan Sojda wraz ze wspólnikami został skazany na karę śmierci.
Rada Państwa skorzystała jednak z prawa łaski wobec Jerzego Sochy (otrzymał wyrok 25 lat więzienia, a wyszedł po 15) i Stanisława Kulpińskiego (miał spędzić 15 lat za kratami, a odsiedział ostatecznie 12). Jan Sojda oraz Józef Adaś zostali powieszeni w areszcie śledczym w Krakowie w 1982 roku – zaledwie sześć lat przed tym, jak wykonano ostatnią karę śmierci w Polsce.




