Takie zeszyty w tym roku można dostać w sklepach i księgarniach.
Takie zeszyty w tym roku można dostać w sklepach i księgarniach. fot. A. Wittenberg / naTemat

Rysunkowa lolitka i hasło: "podobasz mi się!!! Szaleję za tobą!" oraz Rihanna w wyzywającej pozie – to tylko niektóre perełki z tegorocznej kolekcji zeszytów szkolnych. Słabe? Na pewno nie tak, jak tłumaczenie przedstawicielki firmy, która je produkuje. W rozmowie ze mną przekonywała, że w okładkach nie ma nic złego, bo dzieci na co dzień widzą znacznie gorsze rzeczy.

REKLAMA
Ok, przyznaję szczerze: okładki zeszytów przestały mnie interesować gdzieś w okolicach pierwszej klasy liceum, kiedy zaczęło się liczyć tylko to, ile ważą i jaki mają wzór w środku. Odkąd kupiłam pierwszy komputer mieszczący się do torebki, zeszyty przestały interesować mnie w ogóle.
Dlaczego do nich wracam? Otóż jeden z moich facebookowych znajomych, znany krytyk kulinarny, napisał krótki, acz treściwy post dotyczący właśnie okładek. "Kto, k…, wpadł na pomysł, by na okładce zeszytów szkolnych umieścić reklamę 'paróweczek-jedyneczek'?".
Dobre pytanie - pomyślałam i z ciekawości postanowiłam poszukać parówkowych kajetów. Niestety nadal nie wiem, kto wpadł na taki pomysł, ani gdzie takie zeszyty można kupić, ale przy okazji poszukiwań natknęłam się na kilka innych, nie mniej ciekawych. W Biedronce znalazłam na przykład taki:
logo
A.Wittenberg / naTemat

Już krótki przegląd koszy ze szkolnymi artykułami sprawił, że zastanowiłam się nad treściami, które serwowane są dzieciakom przez producentów akcesoriów.
Uderzyła mnie na przykład ilość obrazków nawiązujących do erotycznych przygód. Pod hasłem "Chica loca", czyli "szalona dziewczyna", mamy całą serię rysunków obnażonych, wymalowanych panienek, z głębokimi dekoltami i w krótkich sukienkach. Przedstawicielka Unipapu Strzegom, czyli producenta zeszytów, nie widziała w nich jednak nic złego. Powiedziała, że dzieci widzą na co dzień znacznie gorsze rzeczy. I potwierdziła, że "chica loca" to stricte dziecięca kolekcja zeszytów (ale kiedy spytałam ją o nazwisko, rozłączyła się, więc nie wiem, czy mówiła serio).
Dziwi mnie, dlaczego na alarm nie grzmią w tym przypadku pedagodzy (ponoć firma nie dostała ani jednej uwagi na ten temat). Pomijam wartość estetyczną okładki. Dużo ważniejsze jest dla mnie to, że już kilkuletnia dziewczynka dostaje na niej konkretny wzorzec zachowania: trzeba wyglądać seksi, malować się i podobać chłopakom. Śmiejecie się? Niesłusznie. Dość wspomnieć, że już w 2005 roku w USA wykonano 77 tys. operacji plastycznych dziewczętom 18-letnim i młodszym (dane za: Gazeta.pl). A to tylko jedna z niewielu konsekwencji.
Także dla trochę starszych dziewczyn Unipap wyprodukował odpowiednie okładki:
logo
A.Wittenberg / naTemat

Rozumiem, że to idolka wielu nastolatek, ale z pewnością da się znaleźć jej mniej wyuzdane zdjęcie. Choćby takie.
Na dziecięcych zeszytach w tym roku znalazł się nie tylko seks. W innym sklepie natomiast natknęłam się na jeszcze lepsze:
logo

logo

Dobre skądinąd brytyjskie hasło z II wojny światowej zostało przerobione już na tysiąc sposobów. Dlaczego producent tych zeszytów nie mógł zostawić oryginalnego "Keep calm and carry on"? Trudno mi wyobrazić sobie bardziej motywujący slogan dla zblazowanego i zmęczonego szkołą nastolatka. Tymczasem w plecakach ląduje promocja alkoholu. Hej, dzięki. Ale Polacy radzą sobie sami.
Tegoroczne okładki udowadniają, że zeszyty szkolne są produktem, jak każdy inny. Firmy papiernicze nie myślą o tym, co serwują najmłodszym na okładkach, liczy się tylko to, ile na nich zarobią (w ubiegłym roku można było na przykład kupić notatniki promujące komunizm). Chciałabym mieć nadzieję, że na to, co do szkoly będą nosić ich pociechy zwracają uwagę chociaż rodzice. Ale biorąc pod uwagę to, co zobaczyłam w ich koszykach... Wolałabym, żeby jednak ktoś w tej sprawie zainterweniował.
Bo, drodzy pedagodzy, jak byście się zachowali, gdyby taką Rihannę umieszczono w podręczniku?