
Śledczy badający razem z Antonim Macierewiczem katastrofę smoleńską próbowali podzielić się z polską prokuraturą wynikami swoich prac. Ale dla nich lepiej byłoby, gdyby zachowali je dla siebie. Okazuje się, że jeden z nich wyciąga wnioski o wybuchu na podstawie eksplozji, którą widział w szopie. Inny prosi prokuraturę o dane, które są niezbędne do wykonania obliczeń. Tyle że on już od dawna mówił o ich wynikach.
Trzech ekspertów zespołu Antoniego Macierewicza, badającego katastrofę smoleńską, zeznawało przed prokuratorami wojskowymi, którzy prowadzą oficjalne śledztwo w tej sprawie. Mieli tam okazję przekonać śledczych do swoich tez o zamachu i wybuchach. Ale udało im się jedynie skompromitować – wynika z fragmentów ich zeznań, do których dotarła "Gazeta Wyborcza". Jak ustaliła Agnieszka Kublik udało się przesłuchać profesorów: Wiesława Bieniendę, Jana Otrębskiego i Jacka Rońdę.
kpt. Marcin Maksjan
rzecznik Naczelnej Prokuratury Wojskowej
Prof. Bienienda nie chciał przekazać prokuratorom swojej słynnej symulacji, która ma dowodzić, że skrzydło tupolewa może wytrzymać zderzenie z brzozą. Co więcej – poprosił o dane, które są niezbędne do przeprowadzenia takiego eksperymentu. To pokazuje, że jego dotychczasowe obliczenia były oparte na danych nie mających związku z rzeczywistością. Z kolei prof. Otrębski mówił, że jego doświadczenie z materiałami wybuchowymi to obserwacja wybuchu w szopie. Z kolei na lotnictwie zna się dlatego, że w młodości sklejał modele samolotów, a latając (jako pasażer) obserwuje skrzydła.
Wcześniej tezy ekspertów Macierewicza nadszarpnęły wyniki badań próbek ze smoleńska. Nie znaleziono w nich materiałów wybuchowych lub produktów ich degradacji. Tak poinformowała Naczelna Prokuratura Wojskowa. W pobranych materiałach stwierdzono tylko obecność nitrogliceryny, która znajdowała się w pojemniku po lekarstwie zawierającym tę substancję. – To sprawozdanie nie jest opinią o tym, czy doszło do wybuchu czy nie – zaznaczył płk Ireneusz Szeląg.
czytaj także:
Źródło: "Gazeta Wyborcza"
