Alex Barszczewski – gazeciarz, który zamieszkał na jachcie. "Zaczęło mi czegoś brakować..."

Alex Barszczewski - "gazeciarz", który zamieszkał na jachcie
Alex Barszczewski - "gazeciarz", który zamieszkał na jachcie Fot. Krzysztof Majak / naTemat
Alex Barszczewski zaczynał jako sprzedawca gazet, które roznosił na austriackich ulicach. Mieszkał w zaadaptowanej piwnicy, a zarobki pozwalały mu myśleć co najwyżej o wyżywieniu na dwa najbliższe dni. Kilkanaście lat później zamieszkał na jachcie żaglowym na Florydzie, gdzie jedzenie śniadania oprócz promieni słońca uprzyjemniały mu skaczące obok delfiny. Jak zdołał osiągnąć taki pułap życia, oraz dlaczego po dwóch latach z niego zrezygnował? O tym mówi wywiadzie dla naTemat.


Alex W. Barszczewski

Jestem miłośnikiem dobrego, bezpretensjonalnego życia. Lubię też robić pożyteczne rzeczy i zmieniać nieco świat na lepszy. Zaczynałem jako student w dawnej Polsce. Przed stanem wojennym wylądowałem w Austrii, gdzie rozpocząłem samodzielne życie – od mieszkania w piwnicy i sprzedawania gazet. Potem „awansowałem” na wspólnika warsztatu samochodowego. W tym czasie studiowałem, choć to nigdy nie przydało mi się w karierze. Jako samouk zaczepiłem się w branży IT i po pewnym czasie założyłem małą firmę. Prowadziłem ją z większymi i mniejszymi sukcesami przez 7 lat. Chcąc mieć więcej czasu na zajęcia pozazawodowe, 20 lat temu dokonałem zwrotu w karierze. Odtąd działam z powodzeniem jako konsultant i doradca biznesowy. Mieszkałem i pracowałem w bardzo różnych miejscach i krajach – od wspomnianej piwnicy w Austrii, poprzez kilkumilionowe metropolie, po jacht żaglowy na Florydzie, a od 2009 roku żyję i płacę podatki w Polsce. CZYTAJ WIĘCEJ


Kim jest dzisiaj Alex Barszczewski?

Alex Barszczewski: W tej chwili, w tej kawiarni Alex Barszczewski jest szczęśliwym chłopcem bawiącym się w sklep [Alex dla eksperymentu osobiście zajmuje się dystrybucją napisanej przez siebie książki. Przyp. red.]. A tak naprawdę jestem poważnym człowiekiem, który robi coś, co go fascynuje, co go bawi i co lubi. Przy okazji przynosi to nawet jakieś pieniądze, ale w tej chwili nie jest to dla mnie najbardziej istotne.

Dlaczego twoim zdaniem jest zapotrzebowanie na takie teksty, jak piszesz? Jesteś jednym z najchętniej czytanych blogerów w naszym serwisie.

Oczywiście należałoby zapytać o to czytelników, ale mam na to hipotezę. Robiąc cokolwiek dla innych ludzi, zawodowo za pieniądze, czy hobbystycznie na moim blogu, staram się, aby to było pożyteczne dla innych. Są to rzeczy, które mają potencjał wprowadzenia pozytywnych zmian u drugiego człowieka. Zdaję sobie sprawę z tego, że część czytelników naTemat odrzuca to, co piszę, dla części wydaje się to abstrakcją. Ale do pozostałych ludzi to przemawia i nawet jak się ze mną nie zgadzają, to skłania ich do przemyślenia tematu.

Osiągnąłeś w życiu sukces w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. W pewnym momencie przestałeś pracować i zamieszkałeś na jachcie. Miałeś wszystko, ale pomimo to zdecydowałeś się wrócić do pracy. Dlaczego?

Czy w każdym możliwym znaczeniu, to jest dyskusyjne, bo np. rzut oka na mnie pokazuje, że przydałoby mi się 10 kilo mniej i lepsza forma fizyczna.


Jeśli chodzi o „opuszczenie świata pracy” to było w okolicach roku 2000. Miałem wtedy ideę życia z "pasywnego dochodu", którą przejąłem od swoich przyjaciół Amerykanów. Brzmiała ona: "Zrób tak, abyś kiedyś nie musiał pracować". Ja bardzo dużo pracowałem, dość dobrze zarabiałem i osiągałem ten stan w dość krótkim czasie. W którymś momencie miesiącami siedziałem sobie na jachcie żaglowym na Florydzie, było słońce, plaża, atrakcyjna kobieta u boku i delfiny skaczące przy śniadaniu. Ale bardzo szybko mi się to znudziło.


Szybko to znaczy?

Na pokładzie 9-cio metrowego jachtu spędziłem w sumie około dwóch lat i było to też cenne doświadczenie. W tym czasie, zajmowałem się głównie uprawianiem różnych hobby i delektowaniem się życiem, ale w pewnym momencie zaczęło mi czegoś brakować. Nie tęskniłem za pracą jako taką, ale za pewnymi doznaniami i wrażeniami związanymi z tym, co robiłem.

I przyszedł czas na zmianę.

Tak, na początku zacząłem doradzać za darmo różnym małym biznesom na wyspach, wokół których żeglowałem. Później stwierdziłem, że skoro i tak doradzam, to równie dobrze mogę wrócić do Europy i znowu robić to za duże pieniądze dla dużych firm, a i frajda będzie większa, bo zadania są bardziej skomplikowane. Okazało się, że mój umysł potrzebuje zarówno zagadek i zadań do rozwiązania, jak i intensywnych kontaktów z dużą liczbą różniących się od siebie ludzi. Wtedy powiedziałem: dobra, fajnie było, ale czas na zmianę.


Zacząłem znów pracować, ale w myśl zasady "nie pracuj za dużo, ale dopóki sprawia ci to przyjemność, rób ciekawe rzeczy". Okazało się, że przy tym podejściu wcale nie zarabiałem mniej pieniędzy. Przez to, że bardzo dbałem o jakość tego, co robię, okazało się, że moje stawki poszły do góry i dostawałem coraz ciekawsze zadania. Jednocześnie nadal miałem stosunkowo dużo wolnego czasu.

To wszystko ma sens. Ciekaw jestem, czy każdemu znudziłby się tryb życia, jaki prowadziłeś. Z twojego opisu wynika, że osiągnąłeś szczyt marzeń wielu osób.

Z tym jest różnie, bo na przykład znam ludzi, którzy całe życie żeglują i nic innego ich nie interesuje. Każdy z nas jest inny i powinien na swój własny użytek ustalić, co tak naprawdę go kręci. Trzeba być w stosunku do siebie uczciwym. Ja też musiałem zadać sobie pytanie obijając się na Florydzie: co ja tu właściwie robię? Od czasu do czasu każdy powinien zapytać samego siebie, czy to co robię jest tym, co chcę robić w życiu. Te odpowiedzi będą się zmieniać w miarę zdobywania doświadczeń i własnego rozwoju.

Takie pytanie zadałeś sobie, gdy byłeś gazeciarzem?

To były ciężkie czasy. Mieszkałem wtedy w zaadaptowanej piwnicy w Austrii. Sprzedawałem gazety, najpierw na ulicach, a później uzbierałem na wrak samochodu i rozwoziłem gazety po lokalach. Ważne było wtedy dla mnie przeświadczenie, że jest to coś przejściowego, a nie „wyrok” do końca życia. Dwa razy w życiu byłem "na zerze" i wiem, że bardzo istotna dla ludzi którym jest ciężko, jest wiara w tymczasowość tego stanu. Wtedy masz otwarte oczy na ewentualne sposobności i tak było też w moim przypadku.

A lubisz siebie z tamtego okresu? Dalej jesteś tym chłopakiem - "gazeciarzem" - tylko już w innej skórze?

Gdy sprzedawałem gazety na ulicach miałem jakieś 25 lat. Zmiana w moim życiu nastąpiła jakieś trzy lata później. Wcześniej Alex Barszczewski był chyba sympatycznym facetem, ale pod wieloma względami takim dość zakompleksionym „cieniasem”. O wielu rzeczach nie miałem wówczas zielonego pojęcia. Dowiadywałem się wszystkiego metodą prób i błędów, których zresztą było bardzo dużo. Ale to dzięki nim jestem dziś tu, gdzie jestem. Już jako gazeciarz byłem przyzwoitym człowiekiem, ale pod wieloma innymi względami jestem dziś całkiem odmiennym człowiekiem, do tego wciąż się zmieniam.


Jeśli jesteśmy przy tak zwanych "pierwszych pracach", pisałem jakiś czas temu o rozdawaniu ulotek przez młodych ludzi. Moim zdaniem młodzi ludzie powinni szukać innych prac. Bardziej użytecznych dla ogółu oraz takich, które umożliwiają im rozwój. Co o tym sądzisz?

Odpowiem krótkim cytatem z Biblii: "Nie sądź, abyś nie był osądzonym". Kiedyś, jak większość ludzi osądzałem innych, ale od bardzo wielu lat staram się tego nie robić. Nie mam do tego żadnego prawa, gdyż nie znam wszystkich szczegółów odnośnie sytuacji konkretnego człowieka. Ale parę razy, osądzając ludzi przyłapałem się na bardzo poważnych błędach w tym osądzie. Dziś robię coś innego. Po prostu pytam się, czy chcę utrzymywać kontakt z tym człowiekiem. Jeśli nie, to nie oznacza to, że jest on „gorszy”, tylko po prostu nie pasujemy do siebie

Wracając do tych rozdających ulotki, to nie wiemy, w jakiem sytuacji życiowej się oni znajdowali. Czysto teoretycznie mógł to być ktoś, kto akurat wyszedł z poprawczaka i próbuje za wszelką cenę zacząć uczciwe życie, albo ktoś kto był długo chory i zamierza cokolwiek zrobić. O ile masz rację, że w większości przypadków być może byliby w stanie wykonywać bardziej rozwijające czynności, nie znając ich sytuacji uważam, że nie mam prawa mówić im, co by było dla nich lepsze. Tu przypomnę drugą zasadę z mojej książki: "nie udzielam konsultacji bez zlecenia". Gdy to robimy, większość osób nie jest szczęśliwa i wdzięczna, a raczej się na nas denerwują.

Generalnie też jestem zwolennikiem robienia rzeczy, które są pożyteczne dla innych. Ale trzeba brać pod uwagę fakt, że niektórzy zaczynają bardzo, bardzo na dole. Dopóki robią to uczciwie, nie oszukując innych, to jest to w porządku.

Rozumiem, wróćmy zatem do twojej książki. Piszesz w niej o popularnym słowie "niedziękuję", które bardzo często mówimy po tym, gdy ktoś życzy nam powodzenia. Sam wielokrotnie go użyłem, podobnie jak moi znajomi. Co twoim zdaniem mówi to o nas? Że pomimo pewnej świadomości, nasze życie oddajemy w ręce jakiejś tajemniczej siły? Losowi?

Wiele osób w Polsce używa tego słowa, więc i ty powtarzasz je siłą rzeczy. Zawsze mówię, że nie jest wszystko jedno, z jakimi ludźmi przebywasz, czy też jakie media czytujesz, bo chłoniesz jak gąbka takie rzeczy. To między innymi powód, dlaczego odradzam ludziom pracę w miejscach, w których źle się czują i panuje niedobra atmosfera. Niektórzy tłumaczą sami sobie: "ja tam idę zarabiać pieniądze, a po godzinach jestem inny". To nieprawda. Po kilku latach, stajesz się taki sam, jak ci ludzie z pracy.

Druga strona medalu jest taka, że niektórzy rzeczywiście są przesądni. Obie te przyczyny powodują, że osoba, która nie ma tego kodu kulturowego jak my, zastanawia się, o co nam właściwie chodzi. Nie rozumieją, dlaczego ktoś nie chce podziękować za życzliwe życzenie. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w Wielkiej Brytanii i ktoś nam mówi "I wish you luck", a ty odpowiadasz "I will not thank you". To absurdalne.


Może wynika to również z przeświadczenia, że wiele aspektów naszego życia nie zależy od nas.

Nieprawdą byłoby twierdzenie, że nasze życie w stu procentach zależy od nas. Oczywiście jest wiele czynników, na które nie mamy wpływu. Mamy za to dwie możliwości. Możemy narzekać na te czynniki, z którymi i tak nic nie da się zrobić. Większość ludzi tak robi. Ale możemy też skupić uwagę na tych rzeczach, na które mamy wpływ. Przejmujmy się, ale tylko tymi sprawami, które możemy zmienić, a całą resztę traktujmy jak pogodę.

Jednym z takich czynników, o których wspominasz w książce, są osoby którymi się otaczamy. Niektórzy przyjaciele mogą mieć negatywny wpływ na nasze życie, ale mimo wszystko ich lubimy. Czy powinniśmy się z nimi definitywnie pożegnać?

Każdy musi podjąć indywidualną decyzję. Ja w swoim życiu miałem różnych przyjaciół, też takich destruktywnych. W którymś momencie zacząłem koncentrować się na poznawaniu osób, które miały na mnie dobry wpływ i mi odpowiadały, z czasem automatycznie wyparły one z mojego życia te pozostałe. Ważnym jest, aby mieć wystarczająco dużo zróżnicowanych kontaktów socjalnych z ludźmi, którzy nas wzbogacają. Zróżnicowanych wiekiem, doświadczeniem, poglądami, religią itp.

Rozumiem, co masz na myśli. Czytając książkę zastanawiałem się jednak, czy ktoś nie dokona nadinterpretacji i nie zrozumie cię, jako namawianie do pozyskiwanie znajomych w sposób instrumentalny w myśl hasła: "Przyjaźnię z tymi, z którymi mi się opłaca".

Jestem daleki od instrumentalnego wykorzystywania, o czym zresztą piszę w książce. Nie chodzi o to, aby kogoś wykorzystywać, a wręcz przeciwnie. Ja zawsze zastanawiam się, jaki pozytywny wkład wnoszę w życie drugiego człowieka. Nazywam to oświeconym egoizmem. Większość ludzi jest prymitywnymi egoistami, którzy chcą jak najszybciej i jak najwięcej zebrać dla siebie. Oświecony egoista zauważył, że jest mu najlepiej wtedy, kiedy nie tylko jemu jest dobrze, ale też ludziom w jego szeroko rozumianym otoczeniu. Takim egoistą jestem.

Pisze do ciebie wielu czytelników, również dwudziestoparolatków, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy. Czy twoim zdaniem to dobry moment na rozpoczynanie życia zawodowego?

Żyję już trochę na tym świecie i wiem, że w każdym z okresów były oczywiste wyzwania i szanse, również dla młodych ludzi. I tak jest też teraz. Oczywiście że jest trudno, bo mamy ochłodzenie gospodarki na całym świecie, a wartość formalnego wykształcenia wyższego spadła bardzo nisko. Jest trudno, bo tak naprawdę rozwinięta gospodarka potrzebuje znacznie mniej ludzi, a to jeszcze nie koniec. Z drugiej strony pojawiają się nowe szanse, ale one wymagają niestandardowego myślenia i poszukiwania rozwiązań.

Musimy zastanowić się, jak sprawić, aby nowe realia wykorzystać na swoją korzyść, a nie stać się ich ofiarą. Podobnie jest, gdy idzie duża fala. Niektórzy zostaną podtopieni, a inni staną na desce i będą na niej surfować. A żyjemy w czasach, gdy są duże fale. To stwarza szanse dla nas wszystkich.

Ale dziś nawet nie wiadomo, skąd wziąć deskę do surfowania. Jeszcze niedawno były nią studia, ale jak wspomniałeś, dziś ich wartość drastycznie spadła. Młodzi nie wiedzą, czy lepiej być dobrym spawaczem czy politologiem...

Jeśli ktoś dziś zostanie spawaczem, będzie zarabiał więcej niż politolog po studiach. Ale zastanówmy się, co będzie za dziesięć lat. Po dekadzie spawania, ten człowiek nadal będzie spawał i będzie coraz lepszym spawaczem. Ale jak będzie z jego innymi umiejętnościami? Nawiązywaniem kontaktów z innymi ludźmi? Prawdopodobnie zostaną w miejscu. A jeśli politolog będzie przez dziesięć lat bujał się od jednego zlecenia do drugiego, to być może nie będzie miał zdolności kredytowej, aby sobie kupić mieszkanie, co nawiasem mówiąc być może uchroni go od popełnienia poważnego błędu, ale jednocześnie w ciągu tych dziesięciu lat nabędzie bardzo wiele różnorakich doświadczeń, a to jest spory plus.

Większość młodych ludzi nadal uważa, że podstawą jest etat, pewność miejsca pracy itd. To bzdura, a za takie myślenie odpowiedzialni są głównie ich rodzice i media. Ja w swoim życiu ani jednego dnia nie przepracowałem na etacie. Przy tym nie miałem bogatych rodziców i utrzymywałem się sam. Gdybym miał dziś 25 lat, to obrałbym bardzo podobną drogę.

Czyli nie odpowiesz wprost na pytanie, studiować czy nie?

Są pewne zawody, do wykonywania których musisz mieć studia. Ale studia, jako narzędzie żeby wykonywać pracę, niekoniecznie są potrzebne ludziom kreatywnym, którzy chcą się rozwijać. Jak ktoś chce siedzieć sobie na ciepłej posadce, no to pewnie studia są mu potrzebne, choćby ze względów formalnych.

Ile powinien zarabiać 25-cio, 30-to czy 40-to latek, aby móc spojrzeć w lustro i śmiało powiedzieć, że jest ok.


Jeśli ten 25-latek jest w stanie zaspokoić swoje rzeczywiste potrzeby a nie to, co wmawia mu otoczenie, zarabia pieniądze w przyzwoity sposób robiąc pożyteczne rzeczy, a przy tym wszystkim ma jeszcze możliwości rozwoju, to już jest ok. Nie można tylko poprzestać na laurach.

Nie powinniśmy patrzeć na innych?

Nawet powinniśmy, ale w innym kontekście. Ja dużo nauczyłem się od ludzi, którzy byli lepsi ode mnie. Zawsze zastanawiałem się, jak oni to robią. Chodziłem do nich i po prostu pytałem. Jak ładnie zapytasz, to każdy ci odpowie. Ale jeśli ktoś czuje się źle, bo inni mają dziesięć razy tyle, to jest to błąd. Trzeba delektować się swoim życiem, ale nie przestawać się rozwijać. Świat pędzi do przodu więc jeśli my zastopujemy, to za parę lat obudzimy się z ręką w nocniku.

Największą przeszkodą rozwoju jest comforte zone (strefa komfortu)?


Największą przeszkodą w rozwoju jest dramatyczna sytuacja, gdy nie masz co do garnka włożyć. Pamiętam czasy, gdy mieszkałem w tej piwnicy i miałem na dwa dni jedzenia. Zastanawiałem się co dalej, ale naprawdę nie miałem wtedy głowy do myślenia o rozwoju. Pierwszym zadaniem jest to, aby stanąć na własnych nogach i nie być dla nikogo ciężarem. Później oczywiście trzeba trzymać się z dala od comfort zone.

To zabawne, że najpierw dążymy do tego, aby zapewnić sobie strefę komfortu, a gdy już się w niej znajdziemy, zaczynamy walkę o jej opuszczenie.

Ja dzisiaj staram się nawet nie wchodzić w comfort zone, a w niektórych projektach świadomie sobie tego nie ułatwiać. Jeśli mnie coś "boli", to nie biorę środków przeciwbólowych, tylko staram się coś zmienić. Część ludzi kiepsko zarabia i wykonuje prace, które ich nie satysfakcjonują. Kompensują sobie to pięknym mieszkaniem, wyposażonym na kredyt. A to jest fałszywa ścieżka, moim zdaniem, taka tabletka przeciwbólowa. Wielki telewizor nie powinien nam przysłonić odpowiedzenia sobie na pytanie, "czy ja chcę w ten sposób spędzić życie na tej planecie?".

Gdy zaczęliśmy rozmowę, od razu zaproponowałeś aby przejść na ty. Mi też odpowiada ta bezpośrednia formuła. Ale gdy napisałem o tym w naTemat, wiele osób protestowało. Polacy chcą "panować". To błąd?

Ja komunikuję zawsze tak, aby druga strona czuła się komfortowo. Gdybyś mówił per Pan, ja bym mówił szanowny panie Majak - nie ma problemu. Ale jestem zwolennikiem usuwania wszystkich niepotrzebnych barier w komunikacji między ludźmi. Dla niektórych te bariery mają zaletę, że troszkę chronią ich przed rozpoznaniem, kim naprawdę są. Ale to tylko przeciąga w czasie moment selekcji, czy chcemy się z tym człowiekiem zadawać, czy nie. A ja jestem zwolennikiem szybkich rozstrzygnięć.

A dlaczego niektórzy ludzie wolą pozostać per pan? Być może ci ludzie boją się bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem lub używają tego właśnie jako formy pancerza, aby nie podejść do drugiego człowieka zbyt blisko. Trzeba by ich zapytać.

Cóż, boimy się otworzyć nie tylko na drugiego człowieka, ale również działania. Dziś wszyscy patrzą na nas i oceniają, czy nam się w życiu udaje. Widać to choćby na Facebooku. Jak sobie z tym radzić?

Ktoś kiedyś powiedział, że pierwsza wersja każdego wielkiego dzieła jest beznadziejna. Otoczenie rzuca się wtedy na nas i mówi: "zobacz, to jest do niczego". Często jesteśmy wówczas gotowi, aby zrezygnować. A to tak jak z jazdą na rolkach. Na początku zapinasz je i zaczynasz się zastanawiać, dlaczego konstruktor zaprojektował je tak, że jeżdżą również do tyłu. A jak się nauczysz jeździć, czerpiesz z tego przyjemność. Nie należy zniechęcać się tym, że na początku nasze starania wyglądają kiepsko.

Twoja recepta na życie?

Starać się dobrze żyć, rozwijając się przy tym i robiąc coś pożytecznego dla innych. Eksperymentując często, robiąc czasem rzeczy naprawdę „odjechane”. Te ostatnie bardzo dobrze rozszerzają nam postrzeganie i wyobrażenia, co jest możliwe. I warto pamiętać, że można bardzo dobrze żyć za znacznie mniejsze pieniądze, niż się większości ludzi wydaje. Trzeba tylko używać własnej głowy i porzucić chęć imponowania innym.


Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...