Największym grzechem tego żartu jest to, że nie jest śmieszny – tak grafikę Magdy Dukaj skomentowała dziennikarka Ewa Winnicka
Największym grzechem tego żartu jest to, że nie jest śmieszny – tak grafikę Magdy Dukaj skomentowała dziennikarka Ewa Winnicka fot. zrzut z ekranu facebook.com

Portal Foch.pl zamieścił rysunek z wulgarnym żartem, który miał stanowić celny i ironiczny komentarz do wizyty ks. Oko w Sejmie. Jednak czy media powinny prezentować takie treści? – W niektórych wypadkach możemy traktować wulgaryzmy jak środki wyrazu artystycznego, ale wszystko zależy od kontekstu – mówi Jacek Żakowski. Z kolei Piotr Najsztub przypomina autorom, kogo w przeszłości ten żart śmieszył.

REKLAMA
Na facebookowym fanpage'u portalu Foch.pl, należącym do grupy wydawniczej Agora, w czwartek pojawił się rysunek Magdy Danaj, stanowiący ironiczny i jednocześnie dosadnie wulgarny komentarz do aktualnych wydarzeń społeczno–politycznych. Termin i gra słów sugerują, że chodzi o wizytę ks. Oko w Sejmie.
Rysunek ma formę komiksowego "dymka", w którym autorka zamieściła hasło: "Stare polskie piękne przysłowie powiada: ch*j ci w oko, bo w dupę to przyjemność". Pod tekstem pojawiło się tylko kilka komentarzy, zebrał za to sporo "polubień" i został wielokrotnie udostępniony przez innych użytkowników portalu społecznościowego.
Magda Danaj jest współczesną polską graficzką, mieszka w Gdańsku. Od 2006 roku prowadzi bloga Porysunki, który przez kilka lat uzyskał dziesiątki tysięcy stałych fanów. Jej prace, w których w prosty, dosadny i jednocześnie niezwykle estetyczny sposób komentuje otaczającą rzeczywistość pojawiły się między innymi w "Przekroju", "Gazecie Wyborczej", "Bluszczu" i "Gali". Na stałe współpracuje również z wieloma portalami internetowymi, m.in. właśnie z Foch.pl
A gdzie wolność artystyczna?
Sprawa udostępnienia rysunku Danaj nie jest jednoznaczna: z jednej strony mamy do czynienia z wolnością wypowiedzi artystycznej, która wielokrotnie wykorzystuje wulgarne hasła jako formę przekazu – przykładem mogą być hafty Moniki Drożyńskiej, niektóre prace grupy Twożywo i rysunki Marka Raczkowskiego. Jednocześnie wykorzystanie ich w przestrzeni medialnej (a nie w przestrzeni sztuki) budzi spore kontrowersje. Jak daleko można posunąć się w "dosadnym" przekazie, realizowanym pod auspicjami konkretnego medium? I czy jesteśmy skazani na obecność tego typu treści głównie w internecie?
Nie jestem zwolenniczką demonizacji wulgaryzmów, w niektórych formach dziennikarskich aż trudno ich uniknąć. Przykładem tego może być tekst Ilony Witkowskiej i Marty Karaś, które na łamach "Przekroju" w tekście "Taka k**wa konwencja" postanowiły "wulgarnie i prymitywnie" dać "dowód swojej frustracji" po tym, jak Michał Figurski i Kuba Wojewódzki w radiu "żartowali" z gwałtu na Ukrainkach. Nie chciały być – jak same piszą – "kolejnymi grzecznymi miernotami", a forma tekstu była doskonałą odpowiedzią na seksistowską uwagę obu panów. To przykład na to, że użycie wulgaryzmów w mediach nie jest wykluczone. I nie zawsze powinno być negatywnie oceniane.
"Dzisiaj bal jest w operze, każda k**wa majtki pierze"
– Uważam, że tak mocne słowa czasami są potrzebne – mówi znany dziennikarz, Jacek Żakowski. – To oczywiście zależy od tego, jakie kto ma wyczucie, ale sam nie jestem bardzo radykalny w tej kwestii – dodaje. Żakowski uważa, że tak silne zwrócenie uwagi odbiorcy czasem może stanowić skuteczny środek przekazu. Oczywiście sytuacja inaczej wygląda w momencie, gdy ktoś używa wulgaryzmów jak przecinków. – To bardzo złe, gdy ludziom brakuje słów, ale trzeba też pamiętać, że wulgaryzmy mogą być traktowane jak środki artystyczne. Ich użycie jest oczywiście bardzo płynne i każdorazowo podlega innej ocenie – mówi Żakowski.
Natomiast Dominika Wielowieyska, dziennikarka związana z "Gazetą Wyborczą", uważa, że wulgarny język nie jest dobrym sposobem komentowania wydarzeń politycznych. – Ci, którzy używają takiego języka z pewnością nie chcą poznać argumentów drugiej strony, ani nie prowadzą wyważonej dyskusji. Wyzywanie się nie jest metodą – mówi, jednocześnie zaznaczając, że jej zdaniem poważne media powinny dbać o jakość języka.
– Współcześnie bardzo trudno zaszokować kogokolwiek czymkolwiek, ale jeżeli mówimy o potencjalnych słowach, które mogłyby wywołać taką reakcję, to z pewnością są nimi właśnie wulgaryzmy – mówi. Wielowieyska sądzi, że internet przez wielu uznawany jest za "spluwaczkę", w której mogą wyładować wszystkie swoje frustracje i agresję. Ale czy tego typu słownictwo jest domeną tylko internetu? – Nie sądzę, swego czasu taką politykę werbalną stosował tygodnik "Nie", ale gdy pojawił się internet, przestał już spełniać swoją funkcję.
Skomentuj ch*ja, ale grzecznie
O wulgaryzmach nie chciał wypowiadać się językoznawca prof. Bralczyk, negatywne zdanie ma o nich również Piotr Najsztub.
– Granice są dwojakiego rodzaju: wyznacza je zarówno autor lub autorka takich treści, jak i ten, kto je publikuje – mówi Piotr Najsztub. Dziennikarz uważa, że trudno jest jednoznacznie określić odpowiedzialnych za ten stan rzeczy, a wysyp wulgaryzmów jest po prostu nie do opanowania. – To porażka zarówno twórców, jak i konsumentów mediów – uważa Najsztub. – Świat się zwulgaryzował, a internet jest emanacją tego świata – dodaje. Nasz rozmówca zaznacza, że jeżeli wulgaryzmów jest dużo, to znaczy to tylko tyle, iż "standardowy" język zawodzi w wyrażaniu negatywnych emocji, takich jak złość, gniew i zawiść.
A sam żart? – Nie śmieszy mnie. Nie wiem, czy autorzy zdają sobie sprawę z tego, że niegdyś był to ulubiony dowcip osób nienawidzących gejów, jeżeli więc chcą być takimi rechoczącymi sproślakami, to niech sobie będą – mówi Najsztub.
– Ja bym czegoś takiego nie otworzył, ale nie oszukujmy się, większość ludzi klika właśnie w takie rzeczy – mówi Michał Ogórek, satyryk. – Nie możemy mówić o czymś takim jak "dobry smak" w internecie, a użycie wulgaryzmów jest bardzo powszechne – dodaje. Zaznacza również, żebyśmy nie udawali świętoszków. – Właściwie wszyscy klną, problemem jest, jeżeli ktoś to robi w co drugim zdaniu – mówi Ogórek. Zaznacza również, że takie słowa należy rezerwować na wyjątkowe i szczególne okazje. – Chodzi nam przecież o właściwą "k**wę" – mówi.
Pytanie tylko czy ten ch*j był właściwy? I jak sytuacja z księdzem Oko ma się do tej, o której pisały Witkowska i Karaś w 2012 roku?