
Antoni Macierewicz w czwartą rocznicę katastrofy smoleńskiej przekonywał, że znalazł nowe wyjaśnienie na przyczyny tej tragedii. Jego zdaniem w salonce prezydenta wybuchła bomba. Ale nie przekazał do prokuratury oryginalnych dowodów, a śledczy przekonują, że sprawdzali tę część i nie znaleźli w niej śladów materiałów wybuchowych.
REKLAMA
Jednym z ważniejszych punktów organizowanych przez PiS obchodów czwartej rocznicy katastrofy smoleńskiej była prezentacja kolejnego raportu Antoniego Macierewicza. W opracowaniu „Cztery lata po Smoleńsku” pojawia się teza, że w salonce prezydenta była bomba. Wiceprezes PiS przekonywał, że ma na to dowody i prześle je do prokuratury – przypomina "Gazeta Wyborcza".
Rzeczywiście, wysłał materiał, ale jak powiedział nam Bartłomiej Misiewicz, szef biura zespołu parlamentarnego Macierewicza, jest to ogłoszony 10 kwietnia raport "Cztery lata po Smoleńsku". Oryginalnych zdjęć lub namiarów na źródło, z którego pochodzą, brak. - Te zdjęcia są w posiadaniu państwa polskiego - kwituje Misiewicz. CZYTAJ WIĘCEJ
Źródło: "Gazeta Wyborcza"
Tezy Macierewicza już kilka godzin po ich ogłoszeniu obalił Maciej Lasek, szef rządowego zespołu tłumaczącego okoliczności katastrofy. Mówił, że salonka była jednym z najlepiej zachowanych elementów samolotu. Także zebrane przez prokuraturę dowody przeczą temu, co mówi Macierewicz. Z całego wraku zebrano ponad 700 próbek do badań pirotechnicznych i na żadnej, także tej z salonki nie było śladów materiałów wybuchowych ani ich spalania.
10 kwietnia Macierewicz mówił w Sejmie: – Jutro przekażemy prokuraturze materiał dowodowy ws. katastrofy smoleńskiej. (...) Wyjaśnienie przyczyn tragedii to polska racja stanu, chyba, że premier chce, aby Rosjanie dyktowali nam jak zginął polski prezydent. Prosimy o prawdę, o praworządność o zbadanie tragedii w Smoleńsku – oznajmił poseł.
Źródło: "Gazeta Wyborcza"

