"Przez lata brałam dopalacze. Gryzłam i biłam lekarzy". Spowiedź uzależnionej nastolatki

Rafał Gębura
dziennikarz, autor kanału na YouTube "7 metrów pod ziemią"
Michalina w gimnazjum sięgnęła po dopalacze. Kiedy w końcu trafiła do szpitala, biła i gryzła lekarzy, którzy niemal wyciągnęli ją z grobu. "Wszyscy moi znajomi to robią, czemu więc mam być gorsza" – myślała, kiedy jako nastolatka zdecydowała się na zażycie niebezpiecznej substancji. Dziś mówi o bolesnej cenie, jaką zapłaciła za tamtą decyzję.
Michalina opowiedziała o swojej drodze z dopalaczami. Cena za ich branie była ogromna. Dziewczyna po przebudzeniu czasem nawet nie pamiętała, jak się nazywa. Fot. kadr z programu "7 metrów pod ziemią"
Będąc w trzecie klasie gimnazjum po raz pierwszy sięgnęłaś po dopalacze. Pamiętasz co to było?

Tak, to było odświeżacz do toalet o zapachu cytrynowym. A tak naprawdę było to coś podobnego do marihuany, tylko o wiele jaśniejsze, bielsze. Były to same chemikalia.

Gdzie to kupiłaś?

To był taki sklepik koło gimnazjum, w którym się uczyłam. Nazywał się "Pachniak", a tak naprawdę sprzedawali tam tylko dopalacze i nikt nie mógł tego udowodnić.

Co tam można było kupić? Ile to kosztowało?

Pamiętam, że to było w granicach od 20 do 40 złotych. I to były różne rzeczy. Ja się nie zagłębiałam, wiem tylko, czego używali moi znajomi i czego używałam ja. Używałam mefedronu. To jest do wciąganie, typu amfetamina, tylko powoduje omamy i różne ekstazy. I dopalacze, czyli rzeczy do palenia. Nie wiem, jak to się nazywało. Z tygodnia na tydzień zmieniały się nazwy, więc trudno mi określić.
Fot. kadr z programu "7 metrów pod ziemią"
Dlaczego w ogóle po to sięgnęłaś?


Każdy ma jakieś wymówki. Może być wymówka, że znajomi, że towarzystwo, a tak naprawdę to każdy chce się jakoś wyróżnić. I niektórzy są dobrzy w nauce, a inni w imprezowaniu czy w spędzaniu czasu ze znajomymi. Ja chyba właśnie sięgnęłam, żeby się wyróżnić, żeby być jakaś inna. I problemy w dzieciństwie też dużo na pewno dały.

Pamiętasz, co się z tobą działo, jak to zażywałaś? Jak na to reagowałaś?

Codziennie było coś innego. Były dwie różne substancje, których używałam. Na początku zaczęłam od palenia i to wywoływało właśnie omamy. Chodziłam po ulicy, myśląc, że jestem w grze snajperskiej, albo że startuje, no nie wiem, do kosmosu, albo że milion różnych takich rzeczy. To nie działało się za każdym razem tak samo, tylko z każdym dniem inaczej. To była po prostu czysta ciekawość na zasadzie, co może się stać ze mną jutro.

Nie bałaś się o siebie, tak po ludzku? Tyle się mówi w telewizji o dopalaczach.

Nie, właśnie nie słyszałam o temacie dopalaczy, bo chyba tak naprawdę dopiero co pojawiły się w naszym mieście. Nie bałam się o siebie, bo wszyscy z moich znajomych to robili, to czemu ja mam być gorsza.

Czy były momenty, kiedy czułaś się zaniepokojona tym, co się dzieje?

Tak. Kiedy szłam się wykąpać rano po mefedronie, zobaczyłam, że jestem cała sina. Moje ręce, nogi – wszystko było sine jak u zmarłego człowieka. Kiedy budziłam się, dostawałam ataków paniki. Jak teraz nawet o tym pomyślę, to boję się. Wtedy chciałam przyznać się mamie.

Wstawałam rano i chciałam pójść do niej, by powiedzieć: "Mamo, zażywam narkotyki, pomóż mi". Ale po prostu się bałam, bałam się jej reakcji, bałam się tego, że ją skrzywdzę. Bałam się, że skrzywdzę moją rodzinę, znajomych. Bliskie osoby.

Mama nic nie wiedziała?

Nie, nie wiedziała. Pracowała na dwie zmiany, bo odszedł od nas tata, gdy byłam mała i musiała się jakoś z tym pogodzić. Kiedy wracałam ze szkoły, to jej nie było. Jak wychodziłam do szkoły, to jej nie było. Więc ona nic nie zauważyła, ja potrafiłam też to ukryć. Są sposoby na ukrywanie takich rzeczy.

Na przykład? Jakie to były sposoby?

Chowanie tych rzeczy czy np. krople do oczu. No naprawdę było tego mnóstwo.

Jak zażywałam mefedron, trzeba było mieć krople do nosa. Mefedron rozpychał krwinki, które pękały, więc cały czas miałam spuchnięty nos i to też można było ukryć.

Jaki to wszystko miało wpływ na twoją naukę? Chodziłaś wtedy do gimnazjum.

Ja nie pamiętam nic z gimnazjum. Miałam naganne zachowanie w gimnazjum. Nie pamiętam. Kompletnie nic nie pamiętam. Całej trzeciej klasy gimnazjum nie pamiętam. Nie pamiętam chrzcin mojego chrześniaka, nie pamiętam urodzin, nie pamiętam niczego.

Ale chodziłaś do szkoły? Byłaś na lekcjach?

Byłam na połowie z nich. Na początku zajęć byłam, ale później, jak na przerwie wzięłyśmy coś z koleżanką, to już mnie nie było. Nauczyciele też niczego nie zauważyli.
Wychowawca? Pedagog szkolny?

Nie, nikt nic nie zauważył. To jest naprawdę bardzo... Po amfetaminie ma się na przykład duże źrenice, a po mefedronie nie ma się nic. Nie widać niczego po źrenicach, tylko po nosie tak naprawdę od zażywanych chemikaliów.

Kiedy w takim razie sprawa wyszła na jaw?

W momencie, kiedy nadużyłam tych narkotyków. Pamiętam do tej pory. Był to wieczór po szkole. Zadzwoniłam do mamy, że chcę nocować u mojej koleżanki. Oczywiście to było kłamstwo, ponieważ chciałam spędzić ten wieczór ze znajomymi. Chciałam właśnie iść na imprezę, chcieliśmy się zabawić, a miałam wtedy 15 lat, więc moja mama mi nie pozwalała. Dlatego powiedziałam, że chcę iść do koleżanki na noc.

Moja mama się nie zgodziła, bo słyszała, że z moim głosem jest coś nie tak. A ja wtedy po prostu za dużo wzięłam mefedronu. Wtedy nie ma żadnych emocji. Nie obchodzi cię, że twoja mama płacze przez telefon, mówiąc, żebyś wróciła do domu, że coś się z tobą dzieje. Zmyślałam, że ktoś dorzucił mi coś do jedzenia czy do pica w szkole i źle się czuję.

Twoja mama wyczuła, że coś jest...

...że coś jest nie tak i kazała mi wrócić do domu. Ja wtedy nie odbierałam telefonu, ponieważ nie miałyśmy z koleżanką pieniędzy i zastawiłyśmy mój telefon w lombardzie. I moja mama nie miała wtedy ze mną kontaktu. Poszłyśmy wówczas już tak naprawdę na całość. Brałyśmy i paliłyśmy po prostu wszystko co się dało.

Za pieniądze z tego telefonu?

Tak. Później odzyskałam ten telefon, bo kazałam moim znajomym iść do tego lombardu. I nie obchodziło mnie, jak go wykupią i w ogóle, ale muszą go wykupić. Nie wiem, co oni wtedy zrobili, czy oni się zapożyczyli, czy cokolwiek innego, nie mam pojęcia. Ale odebrali ten telefon i już później miałam go ze sobą. Byłam w parku z moją znajomą i po prostu zasłabłam. Obudziłam się, a moich znajomych już nie było. Zostawili mnie samą w tym parku.

Znajomi zostawili cię samą?

Tak, zostawili mnie samą. Myślę, że może się przestraszyli mojej reakcji i pomyśleli, co może się z nimi stać. Myślę, że po prostu był to taki odruch, strach przed tym, co może się im stać. Ja właśnie wtedy zemdlałam. I kiedy się obudziłam, nie mogłam oddychać. Miałam ataki duszności, byłam bez butów, nie wiem w ogóle, jakim cudem. Byłam cała w piachu, roztrzepana, wyglądałam strasznie.

I przechodziła koło mnie pewna pani. Usłyszała, że mój telefon cały czas dzwoni i odebrała go. Dzwoniła właśnie moja mama, powiedziała, że z moją ciocią jadą na policję. Kobieta, która rozmawiała przez telefon, zdradziła, w jakim parku jestem. Moja ciocia z moją mamą przyjechały na miejsce i chciały zabrać mnie do domu, ale zobaczyły, że nie ma ze mną kontaktu.

Zaczęłam krzyczeć, że w radiu leci zbyt głośna muzyka, a muzyki w ogóle nie było. Albo zaczęłam bić się, szczypać, gryźć, no wszystko robiłam. I wówczas mama i ciocia stwierdziły, że pojedziemy do szpitala.

W szpitalu było strasznie. Teraz z perspektywy czasu widzę, że było tam bardzo dobrze. Moja mama musiała wszystko przeszukać, bo z toksykologii wyszło, że nic nie mam we krwi, że jestem czysta. Ja mało co pamiętam, pamiętam tylko moje krzyki, wołałam cały czas moją mamę, nieustannie: "Mamo, mamo pomóż". Zaczęłam bić lekarzy, drapać, szczypać, gryźć, wydzierać się, nawet nie wiem, czemu.

I przywiązali mnie do łóżka pasami, żebym nie zrobiła im krzywdy i przede wszystkim sobie. Lekarze, żeby się dowiedzieć, co brałam, musieli wykorzystać siłę słów. Wyzywali moją mamę, krzyczeli, żeby tylko się dowiedzieć, co brałam. Żeby mi jakoś pomóc, bo naprawdę sekundy dzieliły mnie od utraty życia.

Ratowali cię i próbowali za wszelką cenę wyciągnąć te informacje?

Tak, więc moja mama powiedziała, że to, co zrobili było bardzo dobre. Większość ludzi ukrywa, że ich dziecko bierze narkotyki lub dopalacze. Wstydzą się takiego dziecka. Widzą to tak: dzieci muszą być przecież idealne, dlaczego moja córka ma być gorsza?

Lekarze wiedzieli, co w takim razie dzieje się czy domyślili się, że chodzi o dopalacze?

Mają bardzo dużo podobnych przypadków. Powiedzieli, że mam duże szczęście, bo większość przyjeżdża do lekarzy na oddział stwierdzić zgon. A mi się akurat udało. Dostałam padaczki, przestałam oddychać.

W tym szpitalu, tak?

Tak, przestałam na kilka sekund oddychać, przez chwilę nie miałam wyczuwalnego pulsu. Lekarze nie mogli go wyczuć. Więc tak naprawdę już jedną nogą byłam w grobie.
Fot. kadr z programu "7 metrów pod ziemią"
Jakkolwiek to brzmi, można powiedzieć, że miałaś szczęście. Twoja koleżanka miałam go nieco mniej.

Hm... dużo mniej, bo od razu jej nie znaleźli. Znaleźliśmy ją dopiero po kilku tygodniach szukania. Codziennie szukałam jej w mieście, w którym zaginęłyśmy – to nie było miasto, w którym mieszkałyśmy. W tamtym mieście tylko się uczyłyśmy.

Później ją zgwałcili, trafiła na rok czy dwa do ośrodka zamkniętego. I stanęła na nogi dopiero, jak wyszła z ośrodka. Teraz ma dziecko, jest mężatką, wszystko wiedzie się na szczęście dobrze. Ale dla niej wszystko było o wiele gorsze. Ja tylko trafiłam do szpitala, a ona niestety nie.

Czy tamten sklep, w którym kupowałaś dopalacze wraz z koleżanką i znajomymi, nadal istnieje?

Z tego co słyszałam jest zamknięty już od dwóch, trzech lat, ale to nie oznacza, że takich sklepów nie ma. Moja ciocia pracuje w podstawówce i to, co działo się w gimnazjum, przechodzi do podstawówki, więc rozpowszechnia się to bardzo szybo, naprawdę. Dopalacze to jest po prostu temat tabu.

Jak wyglądało twoje wychodzenie na prostą po tym szpitalu?

Moja mama umówiła nas na wizytę u psychiatry, który specjalizował się w temacie narkotyków, i on nam bardzo dużo pomógł. Próbowałyśmy na mnóstwo sposób. Straciłam najważniejsze, czyli zaufanie mojej rodziny, więc to nie jest mała rzecz. Moim zdaniem zaufanie jest najważniejsze.

Kiedy rodzina dowiedziała się, że zażywałam dopalacze, nie mogłam sama wychodzić na dwór. Dlatego mi pomogło to, że miałam rodzinę, która była ze mną. Jest to moim zdaniem najważniejsze. Psychiatra odegrał też dużą rolę.

Uczestniczyłam w różnych zajęciach, po to, by na nowo odzyskać zaufanie rodziny. Brałam udział w ćwiczeniach z mamą, na przykład pisałyśmy do siebie listy o naszych uczuciach. Chodziło o to, by pojawiły się we mnie ponownie uczucia, które zanikły przez dopalacze.

Czy to wszystko pomogło, żeby jednoznacznie odciąć się od tych dopalaczy?

Od dopalaczy pomogło, ale od narkotyków już nie, bo to jest nałóg, to jest zwykły nałóg. Tak jak kawa, papierosy.

Czyli miałaś jeszcze później wpadki?

Miałam jeszcze później wpadki, ale kiedy zażyłam raz, później drugi raz, to ponownie wracałam do szpitala. Dlatego miałam cały czas w głowie moje krzyki i wszystkie inne rzeczy. To mi pomogło, już od 4-5 lat jestem czysta.

Nie bierzesz narkotyków, nie bierzesz dopalaczy?

Nic. Już nawet alkoholu się boję.

To nie był czas w twoim życiu, z którego, jak się domyślam, jesteś dumna.

No nie.

Dlaczego więc o tym rozmawiamy?

Bo to nie jest wstyd, ja po prostu zbłądziłam. Tak jak większość ludzi, którzy błądzą w jakiś sposób. Ja zbłądziłam z narkotykami i dopalaczami.

Jaką cenę za to zapłaciłaś?

Bardzo dużą. Mam utraty pamięci, mam dziury w pamięci, nie pamiętam bardzo wielu rzeczy.

Z przeszłości, tak?

Z przeszłości też. Nie pamiętam całego gimnazjum. Pamiętam tak naprawdę rzeczy, które działy się od momentu, kiedy wyprowadziłam się do Holandii. Mam bardzo duże braki w nauce. Nie potrafiłam się skupić na rzeczach, nauka nowego języka to też był bardzo duży problem. Robili mi test w szkole w Holandii, żeby zobaczyć, na jakim poziomie jestem.

Okazało się, że mam trafić do szkoły specjalnej dla dzieci, które mają bardzo duże opóźnienie w nauce, podczas gdy w szkole podstawowej wszystko doskonale zapamiętywałam. Pamiętałam każdy szczegół, a teraz nawet nie potrafię powiedzieć, jak wyglądała moja nauczycielka czy jak miała na imię, nazwisko, nic, kompletnie.

Ja nawet czasami nie wiedziałam, jak się nazywam. Czasem wstawałam rano i nie wiedziałam, jak mam na imię. To już była katastrofa. Pamiętam, że kiedy zapytali lekarze, jaka jest data mojego urodzenia, to było takie... straszne.

Co mogłabyś poradzić rodzicom, którzy mają w domu nastolatki, nastolatków i chcieliby jakoś subtelnie wybadać, czy ich dzieci są bezpieczne, czy niczego nie biorą?

Rozmowa. Przede wszystkim rozmowa z dzieckiem. Tak jak mówiłam, miałam codziennie takie chwile, że budziłam się rano, kiedy już zeszły ze mnie narkotyki i cały czas chciałam porozmawiać z mamą o tym wszystkim. Ale po prostu bałam się jej reakcji. Dlatego myślę, że nawet sama rozmowa z dzieckiem na zasadzie "zaufaj mi, możesz mi powiedzieć wszystko, jestem z tobą" i pokazanie, że się kocha dziecko, już dużo daje.

Jeśli nie, to zawsze można zrobić toksykologię. Bo zazwyczaj zaczyna się od narkotyków zwykłych. Dopalacze nie wyjdą, ale narkotyki owszem. Brałem i dopalacze, i narkotyki. Toteż nawet toksykologia, jeżeli już nie ufa się dziecku i ma się jakieś podejrzenia, jest pomocna. Nie radziłaby sprawdzać pokojów, bo można wtedy stracić kompletnie zaufanie dziecka. Rozmowa – moim zdaniem to wystarczy.

Jest to zapis wywiadu, który pierwotnie ukazał się na YouTube na kanale Rafała Gębury pt. "7 metrów pod ziemią". Ten i inne materiały znajdziesz też na Facebooku i Instagramie.