Pisarka z Islandii oskarżyła polskich blogerów o plagiat. Takiej afery dawno nie widziałem


Burzę rozpętała kilka dni temu Alda Sigmundsdóttir, która w postach na Facebooku opisała swoją batalie z autorami i wydawnictwem. Toczy się to po cichu od 14 miesięcy, Islandka czuła się tak bezradna, że w końcu nie wytrzymała i opisała kulisy skandalu.
"Generalnie chciałabym porozmawiać o tym, jak odkryłam, że większość - ponad 90 procent - mojej książki "The Little Book of the Icelanders in the Old Days" zostały opublikowane w bezpośrednim tłumaczeniu lub parafrazie jako część innej książki, w innym języku. I o tym jak przez 14 miesięcy próbowałam dochodzić swoich praw i sprawiedliwości" – napisała na Facebooku.
Islandka w kolejnym poście zdradziła więcej szczegółów, bo i wydawnictwo zarzuciło jej nieprawdę (o czym za chwilę). Napisała, że odrzuciło jej roszczenia o wycofanie "Rekina i barana" ze sprzedaży, rekompensata była za niska, a autorzy czuli się niewinni.
Tymczasem książka już zniknęła ze strony wydawnictwa (jest za to ich kolejna publikacja - o Laponii), ale można ją kupić w innym sklepie internetowym.
Portal granice.pl poprosił pisarkę o podanie przykładów plagiatu. Wygląda to tak, jakby Polka przetłumaczyła to, co napisała Islandka, ale zmieniła nieco szyk i dodała kilka wyrazów dla niepoznaki.
If someone came into a house with a sack on their back and did not put down the sack outdoors, the child would turn out to be a cripple. (The little book of the Islanders in the Old Days)
Gdy ktoś wszedł do domostwa z workiem na grzbiecie, nie zostawiając go jak należy w progu, bo zapomniał o obecności noworodka, skazywał tym samym niewinne dziecię na potworne kalectwo.(Rekin i baran)
***
After the birth, the mother stayed in bed for about a week. (The little book of the Islanders in the Old Days)
Po porodzie młoda mama pozostawała w łóżku przez tydzień (Rekin i baran)
Podobieństwo cytatów poraża, a jest ich o wiele więcej. To jednak wierzchołek góry lodowej, bo Biernat nie inspirowała się wyłącznie Sigmundsdóttir.
Rozdział II: Haribo i Prince Polo
Cytaty i przypisy to nieodłączny element książek - nie tylko podróżniczych i traktujących o historii danego miejsca. Nie ma co się ich wstydzić, a wręcz przeciwnie. Im dłuższa bibliografia, tym większy szacunek dla autora za poświęconą pracę i uwiarygodnienie książki.
W "Rekinie i Baranie" książka Sigmundsdóttir owszem - jest wymieniona, ale dopiero w bibliografii. W samej treści nie znajdziemy cytatów i nawiązań, przez co czytelnik ma wrażenie, że wszystko to przemyślenia i wiedza samej autorki. Co też jest trochę dziwne, bo Polka opisując historie i zwyczaje Islandii, nie powołuje się bezpośrednio na żadne pozycje naukowe.
Jednak autorka nie inspirowała się tylko "The Little Book of the Icelanders in the Old Days". Korzystała z licznych artykułów (np. Wikipedii), ale nie zacytowała ich w książce. W internecie wisi smutne porównanie z m.in. dość znanym przewodnikiem turystycznym po Islandii od National Geographic.
Cała afera pewnie rozeszłaby się po kościach, gdyby nie reakcja Wydawnictwa Poznańskiego. Swoim postem na Facebooku dolało sporo oliwy do ognia. Wydawca, jeden z największych na polskim rynku, był zaskoczony, że pisarka z Islandii nie przystała na ich ofertę i publikuje "nieprawdziwą wersję wydarzeń".
Pamiętacie, jak na początku napisałem o wielu wątkach? Chyba najciekawszy w tej całej historii jest aspekt małżeński. Adam Biernat totalnie odcina się od swojej żony i nawet nie stara się jej bronić. On tylko robił zdjęcia. Jego jest też blog "Bite of Iceland" i nie życzy sobie oczerniania go w internecie.
"Bo w ocenie vox populi, nie ma on prawa bronić się za czyny domniemanie przestępcze żony, tylko musi wziąć je na klatę (i to w sytuacji, gdy jego żona nie podejmuje żadnych widocznych starań, by sytuację naprawić). Nie pierwszy raz to widzę – nie zapomnę komentarzy, gdy za śmierć Madzi z Sosnowca obwiniano jej ojca, nawet w sytuacji, gdy ewidentna wina matki, Katarzyny, była, w świetle dowodów, pewna i nie zapomnę dziennikarskich obrończyń morderczyni, które atakowały nawet Rutkowskiego (jaki by on nie był) za przedstawienie dowodu morderstwa. Widzę analogię z tą sytuacją" – napisał Kołyszko.
Rozdział V: Reakcja wydawnictwa cz.2
Udało mi się za to uzyskać odpowiedź ze strony Wydawnictwa Poznańskiego. Według niego książka "nie jest obarczona wadą prawną".
"Jeszcze przed publikacją pani Sigmundsdóttir dokładaliśmy wszelkich starań, by książka została wycofana ze sprzedaży i w dużej mierze tak się stało. Nie mamy jednak wpływu na sprzedaż egzemplarzy, które nie są własnością Wydawnictwa, w tym sprzedaży na rynku wtórnym" – napisał mi Karol Górski z marketingu wydawnictwa.
Wydawnictwo Poznańskie prowadziło rozmowy z wyznaczoną przez Aldą Sigmundsdóttir kancelarią, zleciło ekspertyzę prawną, poszukiwało najlepszego rozwiązania zaistniałej sytuacji oraz podjęło się mediacji Autorki z Autorami spornej publikacji.Chcielibyśmy przypomnieć, że decyzja o wycofaniu książki z rynku jest niezawisłą decyzja Wydawnictwa – w świetle prawa książka nie jest obarczona wada prawną, a jej wycofanie przez Wydawnictwo jest reakcją na prośbę Pani Aldy Sigmundsdóttir wyrażoną w procesie negocjacji ugodowych.
"Zaproponowaliśmy autorce ugodę, także w wymiarze finansowym, i czekaliśmy na odpowiedź. Nie wiemy, dlaczego takiej odpowiedzi nie było. O to należałoby spytać kancelarię pani Sigmundsdóttir" – stwierdził wydawca.
Wydawnictwo poinformowało mnie, że sprzedało około 7 tysięcy egzemplarzy książki, zarówno w formie tradycyjnej, jak i e-booków.Na końcu książki "Rekin i baran" znajduje się bibliografia, w której wymieniono także publikację pani Sigmundsdóttir. Jako wydawnictwo podpisujemy z autorami umowy, w których gwarantują oni, że przekazywane nam utwory pozbawione są wad prawnych, a więc autorzy powinni być świadomi ciążącej na nich odpowiedzialności. Niestety, nie znamy wszystkich książek wydawanych na świecie. Nawet najlepszy program antyplagiatowy i najlepsza redakcja nie zawsze są w stanie zapobiec podobnym sytuacjom.
Rozdział VI: Happy end? Zależy dla kogo
Autorka książki na rynku wydawniczym nie będzie miała łatwo, bo ilość publikacji o plagiacie rośnie z każdą godziną. A wystarczyłoby zwykłe przyznanie się do winy. Cała sprawa może jednak przynieść pozytywny rezultat dla całego rynku wydawniczego, bo położony będzie większy nacisk na fact-checking.
"Przy nadmiernej produkcji książek reporterskich w Polsce nikt nie weryfikuje treści tych książek. Nie weryfikuje wydawca, bo nikt nie zapłaci redaktorowi za śledzenie nieścisłości, krytycy i recenzenci zwyczajnie nie mają czasu na to, bo też nikt nie zapłaci nam za tekst o szukaniu takich dziur, a to czasem miesiące pracy. Jedyna możliwa weryfikacja to przypadek, łut pecha" – czytamy na stronie Zdaniem Szota.
W kontrowersyjnej książce jest również podana bibliografia, czyli znów autorzy dopełnili obowiązku wynikającego z ustawy. Nie ma tam jasno podane, jak to zrobić.Art. 29 Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów oraz rozpowszechnione utwory plastyczne, utwory fotograficzne lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym celami cytatu, takimi jak wyjaśnianie, polemika, analiza krytyczna lub naukowa, nauczanie lub prawami gatunku twórczości.
Czytaj więcej
"Można korzystać z utworów w granicach dozwolonego użytku pod warunkiem wymienienia imienia i nazwiska twórcy oraz źródła. Podanie twórcy i źródła powinno uwzględniać istniejące możliwości. Twórcy nie przysługuje prawo do wynagrodzenia, chyba że ustawa stanowi inaczej" – czytamy.
Zatem są przesłanki pozwalające sądzić, że książka "Rekin i baran" została napisana w zgodzie z prawem, ale gorzej wypadła pod kątem etyki i zwykłej ludzkiej przyzwoitości.