"Koszmar Rumunii się skończył". Czyli jak w Bukareszcie upadł rząd, który niszczył reputację kraju

Katarzyna Zuchowicz
Zupełnie nieoczekiwanie zwarli szyki i przegłosowali wniosek o wotum nieufności dla rządu. – Powstrzymaliśmy socjaldemokratów przed niszczeniem kraju – triumfuje rumuńska opozycja. Tak potrafiła się zmobilizować, że w niejednym kraju Europy przecierają oczy ze zdumienia. Ale sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana.
Partia prezydenta Rumunii była inicjatorem wniosku o wotum nieufności dla rządu. Wniosek został przyjęty. Fot. Facebook/Klaus Iohannis
Mobilizacja faktycznie była duża. Wniosek o wotum nieufności dla socjaldemokratycznego rządu premier Vioricy Dancili złożyło w sumie sześć partii opozycyjnych, które do tej pory nie bardzo potrafiły się dogadać.

Zarzucały mu niekompetencję, chronienie skorumpowanych polityków i blokowanie inwestycji publicznych. A także przeprowadzanie powszechnie krytykowanej reformy sądownictwa, która wywołała w Rumunii olbrzymie protesty. W Bukareszcie na ulice wyszły tysiące ludzi. Do tego doszły problemy z UE z powodu panującej w kraju korupcji.

Jechał karetką na głosowanie
Wniosek o wotum nieufności złożyła największa partia opozycyjna – konserwatywna Partia Narodowo-Liberalna (PNL). Podobno od tygodni trwały negocjacje w tej sprawi. Wszyscy posłowie opozycji byli zmobilizowani. Wszyscy mieli być na sali. Jeden z deputowanych konserwatywnej Partii Ruchu Ludowego przyjechał z Klużu-Napoki karetką – jako lekarz odwołał zaplanowaną operację.


Ostatecznie wniosek poparło 238 posłów. O pięciu więcej niż zakładała wymaga większość. Upadek rządu Dancili stał się faktem. – Koszmar ostatnich trzech lat właśnie się zakończył – triumfował Ludovic Orban, lider PNL. Jakim cudem rumuńska opozycja tego dokonała? Tylko raz na przestrzeni ostatnich 30 lat – w 2012 roku – rząd w Bukareszcie nie uzyskał wotum zaufania i upadł.

Tym bardziej zaskakujące, że tamtejsza opozycja ma opinię słabej i podzielonej. I chyba mało kto się spodziewał, że doprowadzi do upadku rządu. Bo wynik, jak słyszę, do ostatniej chwili nie był przesądzony.

– Sytuacja może być teraz dramatyczna. Mówi się, że Rumunię czeka bardzo trudny okres, niewykluczone, że chaosu politycznego. Opozycja jest podzielona. Liberałowie wcale nie są tak silni, choć mają poparcie prezydenta. A pozostałe partie? Wszystko wskazuje, że będą to efemeryczne twory. A zatem kto ma rządzić? – pyta w rozmowie z naTemat dr hab. Kazimierz Jurczak z Zakładu Filologii Rumuńskiej UJ i Studium Europy Wschodniej UW. Przed laty konsul RP w Bukareszcie.

Wewnętrzne kryzysy w partii rządzącej
Partia Socjaldemokratyczna (PSD) rządzi w Rumunii od 2016 roku i w tym czasie Rumuni nie raz wychodzili na ulice, domagając się dymisji rządu. W ubiegłym roku około 50 tys. ludzi protestowało w Bukareszcie przeciwko wszechobecnej korupcji i reformie sądownictwa. Policja zaatakowała wtedy manifestujących – widać było na nagraniach, jak bije ludzi.

W starciach rannych zostało ponad 400 osób.

Mimo powszechnej krytyki, partia rządząca wciąż miała zwarty elektorat i poparcie ok. 40 procent.

– Według mnie do upadku rządu doprowadziło przede wszystkim wewnętrzne osłabienie Partii Socjaldemokratycznej. Monopol partii rządzącej zaczął się chwiać w momencie, gdy wewnątrz niej pojawił się kryzys. Jego początki sięgają 2-3 lata temu. Wybór Dăncili na premiera była oznaką tego, że partia doszła do ściany i nie ma już rezerw kadrowych. Ale przełomem był moment, gdy w ubiegłym roku kazano żandarmom bić protestujących – mówi dr Jurczak.

Wieloletni lider PSD Liviu Dragnea odbywa wyrok 3 lat i 6 miesięcy więzienia za nadużywanie władzy i defraudację. Z powodu wewnętrznych partyjnych kryzysów w ciągu trzech lat socjaldemokraci już kilka razy zmieniali premiera. Viorica Dăncilă stała na czele rządu od stycznia 2018 roku. Przed nią był m.in. Mihai Fifora, który zrezygnował, gdy jego własna partia wycofała poparcie dla rządu.

Dlatego według rumunisty trudno przypisywać wszystkie "zasługi" posłom partii opozycyjnych w odsunięciu rządu od władzy.

– To posłowie PSD przesądzili teraz o wyniku głosowania. 20 z nich poparło wniosek o wotum nieufności dla rządu, socjaldemokraci już zapowiedzieli, że wyrzucą ich z partii – dodaje Kazimierz Jurczak.

"To zasługa prezydenta"
Jakby nie było to jednak liberałowie wygrali ostatnie wybory do PE – zdobyli 27,9 proc. głosów, a socjaldemokraci 24,9 proc. A prezydent Klaus Iohannis, były przewodniczący PNL, przoduje w sondażach poparcia.

Ludovic Orban, obecny lider Partii Narodowo-Liberalnej, osobiście dziękował mu za wsparcie i za to, że przegłosowanie wniosku zakończyło się sukcesem.

Prezydent Iohannis już zapowiedział, że w Rumunii widzi nowy, centro-prawicowy rząd. Nigdy nie było mu po drodze z rządem socjaldemokratów i tego nie ukrywał. – Postawił sobie za cel utrudniać życie rządzącej partii i z tego zadania wywiązał się znakomicie. Dlatego można powiedzieć, że przegłosowanie wotum nieufności to poniekąd jego zasługa – zauważa Kazimierz Jurczak.

"Nie powoływał ministrów"
W jaki sposób? – Myślę, że starał się wyłuskać z PSD niektóre osoby. Konsekwentnie krytykował rządy PSD, mówiąc, że nie służą Rumunii. Za granicą, w relacjach z UE, popierał ludzi, z którymi PSD walczyło. Czyli Laury Codruty Kövesi, która stanęła na czele Prokuratury Europejskiej – mówi.

Władze w Bukareszcie ostro występowały przeciwko nominacji Rumunki na to stanowisko. Prezydent pokazywał, że jest w opozycji do rządu jeszcze w inny sposób. – Nie powoływał ministrów. W tej chwili kilku jest niepowołanych, np. od półtora miesiąca nie ma ministra edukacji. A to jest dosyć bolesne, bo niektóre dokumenty w Rumunii podpisuje wyłącznie minister – słyszę.

Za miesiąc Rumuni będą wybierać prezydenta. Co ciekawe, w wyborach startuje też Viorica Dancila. Sondaże dają jej 12,5 proc. poparcia. Iohannisowi – 45 proc.

Ale najpierw to prezydent powinien wyznaczyć nowego szefa rządu. Mówi się, że miałby nic zostać Ludovic Orban.