"Lekcje religii? Wykreślone z planu". Tak po cichu zanika szkolna katecheza

Anna Dryjańska
Coraz mniej uczennic i uczniów uczęszcza na katechezę. W niektórych klasach nie ma żadnych chętnych na te nieobowiązkowe zajęcia. Fot. Jakub Włodek / Agencja Gazeta
Niemal 30 lat po tym, jak religia została wprowadzona do szkół, katecheci mają coraz mniej chętnych na te nieobowiązkowe zajęcia. O ile dawniej brak uczestnictwa był wyjątkiem, teraz staje się normą. Są klasy, w których na religię nie chodzi już połowa uczniów. A bywają i takie, w których nie chce chodzić nikt.

Pierwsza fala odejść ze szkolnej religii następuje po komunii, druga po bierzmowaniu. Mając w dłoni papierek uczniowie stwierdzają, że nie chcą uczestniczyć w nieobowiązkowych zajęciach. Na głowie mają naukę i inne aktywności pozalekcyjne, a jeśli są z podwójnego rocznika, są po prostu zmęczeni koniecznością "nadganiania" materiału. I nie chodzi tu tylko o pojedyncze osoby. Są szkoły, w których skala rezygnacji z religii jest masowa – dochodzi do sytuacji, gdy trzeba plan lekcji trzeba ułożyć na nowo.

Przeczytaj też: W tej szkole już w 2018 roku nie było zajęć religii. Dyrektor opowiada nam, jak jest teraz

"Moje dziecko (II LO) przyszło dzisiaj ze szkoły z informacją, ze plan lekcji będzie musiał być zmieniony. We wszystkich czterech klasach połowa i więcej uczniów wypisało się z religii i ta 'lekcja' będzie łączona między klasami. Tak w zeszłym roku nie było" – napisał na Twitterze ojciec nastolatka. Dodał później, że chodzi o miejscowość powiatową. Trend właściwy dla wielkich miast pojawił się w mniejszych ośrodkach.

Katecheza a abp. Marek Jędraszewski

Nie wszędzie jednak można zaobserwować tak radykalne zmiany. Są miejsca, gdzie sytuacja zmienia się powoli. Córki Marii zrezygnowały z religii jednocześnie – jedna ma 9, a druga 10 lat. Wcześniej chodziły na katechezę ze względu na 93–letnią babcię. – Serce by jej pękło. A my chcieliśmy zapewnić córkom suknie, wianki, te wszystkie małomiasteczkowe rekwizyty – mówi naTemat Maria.

Komunię miały razem z innymi dziećmi. Ale rok po uroczystościach dziewczynki stwierdziły, że na katechezę już nie pójdą. – W sumie młodsza od początku nie lubiła religii i nie chciała chodzić. No ale mieszkamy w małym mieście, presja jest duża – kontynuuje matka.

Starsza córka Marii stwierdziła, że ma dość, gdy usłyszała słowa abp. Marka Jędraszewskiego o tęczowej zarazie. – Od nagonki na ludzi LGBT nie chce już chodzić i zakomunikowała, że jest niewierząca, więc ją wypisaliśmy – wyjaśnia Maria.

Jak mówi, katechetka nie może pogodzić się z tym, że skurczyła jej się grupa i na forum klasy pozwoliła sobie na złośliwości wobec nieobecnych dzieci. – Dziś rano młodsza córka mi powiedziała, że żałuje, że była u tej komunii, bo nigdy tej katechetki nie lubiła, a komunia nie jest taka ważna – podsumowuje Maria. Jej córki mają spędzać katechezę na korytarzu, bo nieobowiązkowa religia została wsadzona w środek lekcji. Maria zgłosiła dyrekcji dyskryminację ze strony katechetki i razem z innymi rodzicami zamierza walczyć o to, by religia była na pierwszej lub ostatniej lekcji – jak inne nieobowiązkowe zajęcia.

Zero chętnych na lekcje religii

W warszawskim technikum, do którego uczęszcza córka Magdy, doszło do bezprecedensowej sytuacji. O ile w zeszłym roku na religię chodziło 9 z 32 uczniów, teraz z katechezy wypisali się wszyscy uczniowie – co do jednego. O tym, że dwie godziny religii tygodniowo znikają z planu lekcji, rodziców poinformowała wychowawczyni.
 

18–letni Karol z 30–tysięcznej miejscowości pod Poznaniem mówi naTemat, że wypisał się z religii wcześniej niż większość rówieśników: w II klasie liceum. – Z tego co mi mówili chodziło tylko o to, by piątką z religii w łatwy sposób podnieść sobie średnią – wspomina. Prawdziwy odpływ uczniów z katechezy nastąpił jednak w klasie maturalnej.

– Teraz na religię chodzą 2 osoby, czyli musi odbywać się międzyoddziałowo. Dużo osób odeszło właśnie w 3. klasie, po osiągnięciu pełnoletniości, bo wtedy mogli się wypisać bez zgody rodzica lub opiekuna prawnego – tłumaczy chłopak.

Sam taką zgodę musiał uzyskać, ale nie miał z tym problemu. Jego powody spotkały się ze zrozumieniem. – Nie podobał mi się brak reakcji kościoła na szerzenie nienawiści. Po prostu straciłem szacunek do tej instytucji – tłumaczy Karol.

Sprowadzanie dzieci z różnych klas na religię z powodu braku wystarczającej liczby chętnych dotyczy też szkoły, w której uczy się wnuczek Ewy. – U mojego wnuczka jest to samo. I co ciekawe, wszystkie lekcje odbywają się w jednej klasie, wymieniają się tylko nauczyciele – mówi naTemat Ewa nawiązując do procedur bezpieczeństwa związanych z epidemią koronawirusa. Jak mówi, jest jednak wyjątek. – Na religię upychają dzieci z różnych klas do jednej klasy, bo jest za mało zgłoszonych. Tutaj regulacje covidowe nie obowiązują – bulwersuje się kobieta.

Katecheci kontratakują

Beata, mama ucznia w szkole podstawowej, denerwuje się tym, że optymalny plan lekcji, gdy nieobowiązkowa religia odbywała się przed lub po nauce, został zmieniony. Jej zdaniem nie jest przypadkiem to, że w momencie, gdy dzieci zaczęły rozmawiać o tym, że się wypiszą, bo komu chciałoby się chodzić na religię na 7:10, katecheza nagle wylądowała na przedostatniej lekcji, tak że uczniowie, którzy nie są nią zainteresowani, muszą przeczekiwać na korytarzu.

– Oficjalne stanowisko jest takie, że to przez rotacje kadrowe. Natomiast rzeczywistość wygląda tak – dziecko, które zdążyło się wypisać, jest nagabywane przez księdza, żeby przemyślało i jednak wróciło... – mówi naTemat Beata.

Kolejna rzecz, która jej zdaniem jest nie w porządku, to brak oddzielnej wirtualnej klasy dla katechizowanych dzieci. Przez to kobieta widzi w dzienniku elektronicznym treści z zajęć religijnych. A ksiądz ma dostęp do danych osobowych jej dziecka, choć ona sobie tego nie życzy i nie wyraża na to zgody.

Beata wysłała już do szkoły kilka pism, ale jak mówi – bez odzewu. Ma jednak plan. – Przy współpracy z Fundacją Wolność od Religii ruszam temat dalej, wiem jak działać – dodaje z uśmiechem.

Jeden z użytkowników Twittera pisze, że w szkole jego dziecka nie wystarczył wpis rodzica w dzienniku elektronicznym o wypisaniu dziecka z religii. Uczniowie zostali zmuszeni do tego, by osobiście wręczać rezygnacje katechecie. "Oczywiście po to, żeby (syn) musiał się tłumaczyć. Ale syn dał radę. A za nim poszły następne osoby" – pisze.


Nieobowiązkowa katecheza na pierwszej lub ostatniej godzinie lekcyjnej to dobra wiadomość dla uczniów, ale zła dla katechety. Dochodzi do weryfikacji religijności podopiecznych i zazwyczaj nie wypada ona pomyślnie dla osób, które z polecenia biskupa prowadzą religię.

Tak było w przypadku klasy syna Inki. – Mój syn w tym roku skończył technikum, ale przez ostatnie dwa lata nie mieli religii z braku chętnych. Wcześniej chodziło 5 osób (na 30) ale jak szkoła zrobiła religię na pierwszych dwóch lekcjach w poniedziałek, to i te 5 osób zrezygnowało. Ciekawe jaki byłby efekt przeniesienia religii we wszystkich szkołach na pierwsze albo ostatnie godziny... – zastanawia się Inka.

Według danych Ministerstwa Edukacji Narodowej w 2018 roku zajęcia z religii prowadziło w szkole 21,7 tys. katechetów. Budżet państwa zapłacił za to prawie 1,5 mld zł.

Przeczytaj też: Wieś arcybiskupa Głódzia wita: Wypie*dalać cwele!