Pseudointelektualny bełkot czy fajna zabawa kinem? Nowy film Netfliksa dzieli widzów, a i tak to hit

Bartosz Godziński
06 stycznia 2023, 17:12 • 1 minuta czytania
"Biały szum" trafił na Netflixa tuż przed Sylwestrem i na razie nie zamierza opuścić filmowej topki serwisu. To aż dziwne, bo opinie są skrajne, ale z przewagą tych negatywnych, które zarzucają filmowi wszystko, co najgorsze. Czy rzeczywiście jest tak źle? Odpowiem tak: trudno jednoznacznie ocenić, czy to megakit, czy megahit.
Film Noah Baumbacha z Adamem Driverem i Gretą Gerwig podzielił widzów Netfliksa. Fot. "Biały szum" / Netflix

Noah Baumbach to jeden z niewielu reżyserów, którzy kręcą ambitniejsze filmy dla Netfliksa. W 2017 r. zachwycił nas "Opowieściami o rodzinie Mayerowitz", a Adam Sandler udowodnił, że jest świetnym aktorem. Dwa lata później dał nam wspaniałą "Historię małżeńską", która zdobyła 5 nominacji do Oscara, ale ostatecznie statuetkę przyznano tylko Laurze Dern. Niemniej jednak był to moim zdaniem (i nie tylko) właśnie najlepszy film Netfliksa 2019 roku.

Choć ogólnie nie przepadam za filmami o życiu, to jednak reżyser umie przykuć naszą uwagę tragikomicznymi opowieściami o zwykłych ludziach i dialogami oraz monologami, w których dzieje się więcej niż w blockbusterach Marvela. Nieprzypadkowo Baumbach nazywany jest przez część osób nowym Woodym Allenem.

Zanim wyreżyserował te filmy (oraz kilka innych, ale to nie tekst o tym), pisał scenariusze razem z Wesem Andersonem - do "Fantastycznego Pana Lisa" i "Podwodnego życia ze Stevem Zissou". Dlatego, kiedy przeczytałem o tym, że fabuła "Białego szumu" odbiega klimatem od jego ostatnich dokonań, nie byłem aż tak zaskoczony. Miałem jednak pewne obawy, bo to jednak nie do końca bajka Baumbacha. I to niestety się potwierdziło.

"Biały szum" to chaos, bełkot i totalny misz-masz gatunkowy w gwiazdorskiej obsadzie. To mogło się udać, ale nie pykło

Ta recenzja będzie trochę chaotyczna, ale taki też jest "Biały szum". Nawet nie wiem, czy da się dobrze opisać jego fabułę, bo to film niemal w każdym gatunku i traktujący prawie o wszystkim (złośliwcy dopowiedzą w myślach "i o niczym"), ale bez ścieżki scenariuszowej jak w "normalnych filmach".

Najbardziej wybija się tu pełna zawirowań i przygód nomen omen historia małżeńska między wykładowcą... nazizmu i ekspertem od Hitlera, w którego wciela się Adam Driver, a jego żoną sportretowaną przez Gretę Gerwing. Oboje zagrali wyśmienicie, a ich nazwiska z pewnością odegrały ogromną rolę w popularności filmu na Netfliksie - Driver to jeden z najbardziej wziętych i lubianych aktorów ostatnich lat, a Gerwig wyrobiła sobie markę filmami niezależnymi (nawet zagrała w "Art House") i wszyscy czekają teraz na jej "Barbie".

Jednak to nie jest film w stylu "Historii małżeńskiej". To nawet nie jest film "apokaliptyczny" (a przynajmniej nie dosłownie), jak mogliśmy przeczytać w zapowiedziach. Owszem, wątek katastrofy wywołanej toksycznej chemikaliami też tu się pojawia (i do tego momentu "Biały szum" jest naprawdę intrygujący, potem jest żonglerka konwencjami), ale całość jest jak najbardziej chory sen, który mieliśmy w życiu.

Pisząc o łączeniu gatunków i tematów, nie przesadzałem. Mamy tu i kino science-fiction spod znaku Stevena Spielberga (niektóre kadry kojarzą się nawet ze "Stranger Things"), ale i komedię familijną przypominającą Griswoldowów we "W krzywym zwierciadle". Jest też tu też dramat, thriller, kryminał czy nawet musical.

Czuć też wpływy współpracy z Wesem Andersonem (szczególnie wizualnie), a dialogi niekiedy są tak mocne jak... właśnie u Baumbacha. Często też zupełnie bełkotliwe (rozmowy rodzinne to totalna kakofonia), ale to też ma ukryty sens, który nawet sugeruje tytuł. A może po prostu wmawiamy sobie, że ma to czemuś służyć?

Wszystko jest pięknie nakręcone, zagrane, udźwiękowione i oświetlone, ale i tak rozczarowuje i zbyt często męczy. Przez cały film oczekujemy, że namnażające się dziwne akcje i teksty są po coś, liczymy na pointy, jakiś plot twist, coś, co wyjaśni nam choć trochę, o co tutaj u licha chodzi. Nie jesteśmy za głupi, by to zrozumieć, tylko tutaj tego nie ma. Nie zawsze oczywiście twórcy muszą dawać łopatologiczne odpowiedzi, ale w tym wypadku jest aż za dużo rzeczy pozbawionych sensu.

Dam przykład z początku. Adam Driver gra wspomnianego eksperta od Hitlera, który prowadzi przed studentami ożywioną dyskusją z ekspertem od Elvisa (Don Cheadle) i obaj prześcigają się w porównywaniu ich biografii. Człowiek sobie myśli: może oglądamy alternatywną rzeczywistość, w której führer jest tym dobrym?

Nic z tych rzeczy.

Dobrze, to może chodzi o krytykę naukowców, którzy zajmują się pierdołami? Czasem tak rzeczywiście jest, ale w tym filmie nie dąży to do niczego, nie ma żadnej refleksji nad jakimkolwiek poruszanym tematem.

Noah Baumbah spóźnił się z "Białym szumem" o parę lat, a może i dekad. Świat ma teraz inne problemy, a o pozostałych wiedzą nawet przedszkolaki

Nie czytałem książkowego pierwowzoru Dona DeLillo, ale sądząc po jego opisie, recenzjach i tym do czego są zdolni amerykańscy pisarze pod względem narracji i rewolucyjnego przekazu (wystarczy wymienić tak słynne powieści jak "Nagi Lunch", "Lęk i odraza w Las Vegas" czy "Fight Club"), domyślam się, o co chodzi i jak bardzo, mówiąc wprost, porąbana jest ta lektura. W 1985 r. musiała otwierać oczy.

"'Biały szum' kumuluje lęki i niepokoje związane ze śmiercią, wizją katastrofy ekologicznej, rozwojem nauki, czyhającym z każdej strony niebezpieczeństwem i poczuciem dojścia do pewnego kresu cywilizacji. Ta paranoiczna atmosfera skonfrontowana jest z jałowym językiem mediów, banałem akademickich dyskusji, nadmiarem zbędnych informacji i pustych dialogów próbujących zagadać rzeczywistość" - czytamy w jednej z recenzji na portalu lubimyczytac.pl. W latach 80. mieszkańcy Stanów jeszcze budzili się z "amerykańskiego snu" i ta książka z pewnością miała wtedy wielką moc - o ile się przebrnęło przez ten cały chaos. Paradoksalnie, Noah Baumbach nakręcił wierną ekranizację, nawet pod względem epoki, w czasie której dzieje się akcja. Każdy czytelnik marzy o czymś takim, ale tutaj okazało się to po prostu podstawowym błędem rzutującym na cały obraz. Reżyser spóźnił się z tym filmem o parę lat, a może i nawet dekad.

Czy widzów, którzy przeżyli pandemię, ruszy zbiorowa panika z powodu jakiejś toksycznej chmury? Na własnej skórze odczuliśmy w zeszłym roku też lęk przed śmiercią, bo nie wierzę, by były osoby, które po inwazji Rosji na Ukrainę nie bały się o swoje życie. Wszyscy mamy świadomość zgubnego wpływu konsumpcjonizmu, mediów (nie wszystkich!) czy mody na leki.

Ukazywanie dokładnej perspektywy sprzed prawie 40 lat w obecnych czasach nie ma takiej siły rażenia i większej logiki. "Nie patrz w górę!" też nie było odkrywcze, ale było satyrą osadzoną tu i teraz, dlatego mówili o niej niemal wszyscy, a może i niektórym nawet przemówiła do rozsądku, chociażby w kwestii roli naukowców. Ich postrzeganie chyba trochę zmieniło się przez lata, więc bezcelowe szydzenie z nich w "Białym szumie" może się wydawać wręcz nie na miejscu.

Czy więc "Biały szum" jest zupełną porażką? Nie powiedziałbym. Może i nie ma fabuły i potrafi srogo zanudzić, ale druga część "Avatara", też ma ją szczątkową i czasem spoglądamy na zegarek. Jednym daje radochę, a innym nie. Pozostaje nam traktować go jako zabawę kinem, bo tak też jest odbierany przez tę zadowoloną część widzów, oraz podziwiać popisy aktorów, którzy jakoś się w tym wszystkim odnaleźli. Powinniśmy się też cieszyć, że nie wszystkie filmy Netfliksa kręcone są na podstawie wyliczeń demograficznych, by miały podobać się wszystkim.