Przestałem jeździć metrem, bo inni pasażerowie brzydko pachną. Nie chodzę do kina, bo wszyscy jedzą popcorn, którego nie znoszę. Nie wychodzę na ulicę, bo mogę dostać w twarz. Nie wchodzę do internetu, bo może mnie w nim spotkać przykrość. Koszmarne są te czasy, w których wszyscy mogą wszędzie wejść, wszystkiego chcieć. I jeszcze każdy może coś powiedzieć, podczas gdy wcześniej mówić mogłem ja. Zostaję w domu i będę nadawał tylko w swoim domowym radiowęźle.

REKLAMA
Tak to mniej więcej Marek Migalski - europoseł do pewnego czasu z PiS - napisał dziś na blogu w salon24. W tekście wyraził opinie ważne dla salon24, dla blogosfery i ogólnie dla nowoczesnej komunikacji.
Gdy chodzi o salon24, to Migalski napisał że miejsce to dawno przestało być jakimkolwiek salonem, szaleją w nim polityczni pałkarze, chamstwo, wulgarność i trole. Nie da się spokojnie w nim rozmawiać. Bloger salonu24 wystawił "salonowi" taką ocenę, że trudno cokolwiek do tego dodać. To raczej pytanie do właścicieli salonu Igora Janke, Radosława Krawczyka i Marka Darczuka. A może i do Grzegorza Hajdarowicza, bo plotkuje się, że miałby kawałek salonu kupić. Ich miejsce, ich problem.
Migalski na tym jednak nie poprzestał. Ogłosił, że przenosi bloga na własną stronę migalski.eu, gdzie wyłączy możliwość komentowania. Przenosiny bloga pod własny adres to decyzja ryzykowna. Pomyślcie ile jest takich blogów, na które wchodzicie wpisując ich adres w przeglądarce? Ja myślę, że mam z pięć. Z resztą blogerów spotykam się przez media społecznościowe i przez platformy typu naTemat, czy Huffington Post. Jaka jest szansa, że będę wstukiwał w-w-w.m-i-g-a-l-s-k-i.-e-u, żeby sprawdzić, co tam Migalski (i tylko Migalski) na swojej stronie napisał? Żadna. Oczywiście kreowanie własnej marki przez blogera Migalskiego to sprawa ważna. Czy jednak Migalski wyprowadził się z salonu24 z powodów pozytywnych, by budować własną markę? Nie. On wyprowadził się z powodów negatywnych, bo przestało odpowiadać mu towarzystwo. Powody negatywne marki nie zbudują. Widzimy zresztą w blogosferze ile codziennej pracy zajmuje wykreowanie bloga pod własnym szyldem. Ja tak zrobiłem z Kampanią na żywo blogoserwisem, który powstał po mojej wyprowadzce z salonu24. Były dni, w które pisałem na Kampanie 7-8 notek dziennie. Czy europoseł Migalski jest na to gotowy? Wątpię.
Osobom, które mają nazwisko, ale nie mają zbyt wiele czasu na pisanie zalecałbym jednak zdecydowanie się na jedną z istniejących platform blogowych. naTemat wydaje mi się najlepszą, ale nie ukrywam, że jako bloger jestem z naTemat związany nie tylko emocjonalnie :-) Nie ma u nas przypadkowych blogów. O wszystkich piszących na adres blog@natemat.pl co poniedziałek bardzo dokładnie rozmawiamy na kolegium szefów redakcji. Blog na platformie ma tą zaletę, że jego promocję bierze na siebie serwis, gdy tymczasem mając bloga samodzielnego, trzeba o promocję zadbać samemu. Dziś bloga można założyć w 1 minutę. Ale w blogowaniu chodzi w moim przekonaniu o wpływaniu na innych. Migalski używa następującego argumentu: "Po co mam zwiększać klikalność innych stron, jeśli mogę to zrobić dla siebie. Czyli postępuję czysto merkantylnie i we własnym interesie". Uważam, że poseł postępuje wbrew własnemu interesowi. Dość szybko przekona się bowiem, że nie jest marką, po którą ludzie są gotowi przyjść. I zostanie z blogiem typu "Mój pamiętniku" na który wchodzi rodzina i paru znajomych.
Migalski ogłasza, że przestał wierzyć w ideę bloga, bo upowszechnienie internetu sprawiło, że "został zalany najgorszym syfem". Dlatego wyłączy komentarze i będzie przemawiał jak towarzysze partyjni na plenum PZPR. Ja mówię, wy słuchacie i się nie odzywacie. Nie ma to nic wspólnego z nowoczesnym komunikowaniem. Doradzałbym zgorzkniałemu Migalskiemu zdecydowanie się na jedną z platform do komentowania, która ogranicza anonimowość. Kompletnie nie kupuję argumentu, że skoro demokracja oznacza, że każdy cham może wyjść i coś powiedzieć, to demokrację należy zlikwidować. Migalski chciałby zostać komunikacyjnym dyktatorem. Jako lekarstwo doradziłbym czytanie więcej blogów. Migalski pisze bowiem, że już prawie żaden z poważnych blogerów nie bierze udziału w dyskusjach z czytelnikami. Nie mam takiego wrażenia w tych blogach, które ja czytam. Migalski pisze, że z dyskusji w komentarzach nie można się niczego dowiedzieć, bo jest to szambo. Były w naTemat dyskusje w komentarzach z których można było dowiedzieć się więcej niż z tekstu. Ostatnio mieliśmy ciekawą dyskusję z zaangażowaniem Borysa Szyca w komentarzach w naTemat.
Migalski twierdzi, że "masowość internetu zaczyna go zabijać". Zgodzę się, że masowość internetu nie będzie wpływała korzystnie na wielkie portale, które są dla wszystkich, więc właściwie dla nikogo. I są anonimowe. Chciałbym jednak, żeby internet był w Polsce dużo bardziej masowy niż dziś.
A polityk, który w XXI wieku w 38 milionowym kraju, w którym z internetu korzysta tylko 18 milionów ludzi narzeka, że internet jest zbyt masowy, wystawia sobie fatalne świadectwo.