Przepychanki w Sejmie zrobiły Fundacji Dobrego Pasterza niezłą reklamę. Kto się za nią kryje i dlaczego doszło do bójki?

Paweł Bednarz z Sosnowca, prezes Fundacji im.Dobrego Pasterza, zakłócił konferencję marszałka Sejmu, Ryszarda Terleckiego.
Paweł Bednarz z Sosnowca, prezes Fundacji im.Dobrego Pasterza, zakłócił konferencję marszałka Sejmu, Ryszarda Terleckiego. Fot. Screen/Facebook/Fundacja im.Dobrego Pasterza
"Szacun Człowieku! Jesteś Wielki", "Świetny rzut!", "Gratuluję cywilnej odwagi!" – takich wpisów na stronie fundacji z Sosnowca pojawiło się w poniedziałek wiele. Okazuje się, że ludzie są pod wrażeniem wydarzeń sejmowych i trzymają kciuki za Pawła Bednarza – prezesa jednoosobowej fundacji, która walczy z zagranicznymi adopcjami dzieci, i który w dość bojowy sposób zakłócił konferencję prasową wicemarszałka Ryszarda Terleckiego. Zapowiadają, że teraz będą śledzić jego działania.

Fundacja w skali kraju do tej pory była zupełnie nieznana i nawet na stronie internetowej za bardzo nie chwaliła się swoimi dokonaniami. Po incydencie w Sejmie, gdy ochrona siłą wyprowadziła Pawła Bednarza, zrobiło się o niej głośno. W Polsce jest kilka fundacji o takiej samej nazwie, ale oprócz tej zbieżności, nie łączy ich nic poza tym. Jednak nawet do nich ludzie od poniedziałku dzwonią i pytają o Bednarza. – Jest pani któraś z kolei. Ale to nie my! – pada odpowiedź w Ustroniu.
Pan Paweł nie ma żalu, że został wyprowadzony przez ochronę, ale nie ma też przekonania, że zrobił coś złego. Chciał tylko zwrócić uwagę na problem, który nurtuje go mniej więcej od początku tego roku. Od tamtej pory prowadzi zresztą swoją fundację.

Plecaki pełne dokumentów
Gdy rozmawiamy, jest w bojowym nastroju. Przyznaje, że w Sejmie poniosły go emocje, bo nikt nie reaguje na to, co chce przekazać. – Nikt nie zwrócił uwagi na dwa plecaki, które miałem ze sobą. Ochrona mnie z nimi przepuściła. Nigdy pani nie zgadnie, co w nich było – mówi. Co?

– Dokumenty. Pisma do najważniejszych polityków. List, który pisały dzieci z domu dziecka, że nie chcą być rozdzielane z rodzeństwem i zabierane za granicę. Ten list został wysłany poleconym do pani premier, do pana prezydenta. Mało tego, kopię tego listu dwa miesiące temu pan prezydent własnoręcznie ode mnie otrzymał. 50 minut dzieci pisały ten list! I żadnej odpowiedzi – mówi wzburzony.
Chodzi mu o ustawę o pieczy zastępczej z 2011 roku, która – jak mówi – krzywdzi dzieci, gdyż pozwala na rozdzielanie rodzeństwa w domach dziecka i wysyłanie ich za granicę. Nie wiadomo, co się potem z nimi naprawdę dzieje. Jego zdaniem powstała z myślą o ludziach, którzy czerpią z tego korzyści. To chciał przekazać marszałkowi Terleckiemu.

Pomaga dzieciom, wyciąga je ze slumsów
– Ten człowiek ma takie hobby. Pomagać biednym dzieciom w trudnej sytuacji. Wyciąga je ze slumsów, ratuje z opresji, z bardzo złych sytuacji, wspiera w domach dziecka. Czasem jest nadgorliwy i nadpobudliwy, na pewno w tym, co mówi, nie jest dyplomatą. Można też mówić, że jest pieniaczem, ale gdy go posłuchać, ma swoje racje – mówi pracownik jednej z placówek opiekuńczych, który miał z nim częsty kontakt. Prosi, by nie podawać nazwiska, gdyż zachowanie Pawła Bednarza w Sejmie żadną miarą mu się nie podobało.

– To było bardziej komiczne niż poważne. Takich rzeczy się nie robi, ale może chodziło mu o medialny szum? Może to była ostatnia deska ratunku? Ktoś faktycznie powinien się zainteresować tym, że polskie dzieci tak szybko wysyłane są do zagranicznych adopcji, że rodzeństwa są rozdzielane. To nieludzkie i niepatriotyczne. Paweł Bednarz zawsze był tym oburzony – mówi.

Wywieźli je do Włoch
Zaczęło się od chorej, 5-letniej, Weroniki i dwójki jej rodzeństwa. Prezes Fundacji imienia Dobrego Pasterza znał rodzeństwo, bo często odwiedzał dom dziecka, w którym przebywały, opiekował się innymi dziećmi, miał pozwolenie sądu na zabieranie ich w ciągu dnia – do domu, na wycieczki.

– W styczniu dowiedziałem się, że Wercię wysyłają do Włoch. Jej siostra, Monika, 9 lat, też jedzie do Włoch, ale do innej rodziny. A Dominik, 7 lat, zostaje w Polsce – mówi. Jego zdaniem rodzeństwa rozdzielane są nielegalnie, wystarczy opinia psychologa, który stwierdzi, że między dziećmi nie ma więzi, co załatwia sprawę. A tu, jego zdaniem, w dokumentach nie było nic, co świadczyłoby o tym, że dzieci można rozdzielić.

Gdy się o tym dowiedział, poruszył wszystkie władze i prokuraturę. 20 stycznia złożył doniesienie o popełnieniu przestępstwa. – Najpierw do Polski! Najpierw państwo polskie ma prawo adoptować takie dzieci! A dopiero, jak tu się nie znajdą rodzice, można je wysyłać za granicę – mówi zdenerwowany. Wspomina jeszcze o przyspieszonej adopcji dla pary Belgów – załatwionej w 5 tygodni, o innych przypadkach wysłania dzieci do Włoch. – W jednym z domów dziecka też mi jeden z pracowników powiedział, że zastanawia się, dlaczego tyle dzieci do Włoch wysyłają – mówi.
Paweł Bednarz skradł poniedziałkowe show, przez jednych uważany za wariata, przez innych za intruza, jeszcze innych za bohatera. Mówi, że jest tego świadomy, nie wszędzie jest dobrze widziany. Jakby na uwiarygodnienie siebie, mówi, że jest w stałym kontakcie z ojcem Leonem Knabitem, bliskim znajomym Jana Pawła II. – Strasznie mądry człowiek. Ja go o wszystkim informuję – mówi.

Tych dzieci w Polsce nikt nie chce
Ale sprawa ma też drugą stronę medalu. Dzwonię do Krajowego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego TPD. To jedna z trzech instytucji w Polsce – wszystkie zlokalizowane w Warszawie – przez które, z upoważnienia władz, przechodzą zagraniczne adopcje. I tam słyszę, że to, co mówi pan Bednarz, to mit. – Za granicę wysyłane są tylko takie dzieci, których w Polsce nikt nie chciał – albo chore, upośledzone, z różnymi dysfunkcjami, albo starsze. Zdarza się też, że rodzeństwa, bo w Polsce jednej rodzinie trudno przyjąć czasem 3 czy czwórkę dzieci – mówi naTemat Izabela Rutkowska, kierownik sekcji adopcji zagranicznych.
Izabela Rutkowska

– Procedura adopcji zagranicznej jest bardzo dokładnie określona w ustawie o pieczy zastępczej. Mówi o tym dział 5. Od lat jest niezmienna zasada, że dziecko można wysłać do adopcji zagranicznej tylko i wyłącznie wtedy, gdy żadna rodzina polska nie zainteresowała się tym konkretnym dzieckiem, czy rodzeństwem. Tylko wtedy, gdy karta takiego dziecka czy dzieci znajdują się we wszystkich 68 ośrodkach adopcyjnych w Polsce i jeśli przez 55 dni żaden ośrodek nie zgłosi kandydatów do adopcji, dopiero wówczas dzieci trafiają do centralnego banku danych dzieci zakwalifikowanych do adopcji.

Co roku z Polski wyjeżdża około 300 dzieci i ta liczba wcale nie rośnie, tylko spada. Okazuje się, że polskie rodziny są coraz bardziej otwarte i chętniej przyjmują dzieci chore. Swoje robi też 500+.

Włosi chcą starsze dzieci
Cały czas jednak, mniej więcej 60 procent z nich trafia do Włoch, reszta – zwłaszcza młodsze – do Holandii, Szwecji, USA. – Adopcji do Włoch jest najwięcej, gdyż tam ubiega się o nią wielu starszych ludzi. Włosi późno zakładają rodziny, późno okazuje się, że nie mogą mieć dzieci. Ponieważ z Polski wysyłanych jest sporo dzieci starszych, przyjmuje się, że mogą mieć też starszych rodziców. Poza tym, z racji Jana Pawła II Polska jest tam dobrze znana – mówi Izabela Rutkowska.

Jej ośrodek działa od 25 lat i od początku pracuje z Włochami. – I dalej będziemy, gdyż Włosi akceptują nasze starsze dzieci – słyszę.

Kontrola jest, z zagranicy przysyłają raporty
W TPD zapewniają też, że to, co dzieje się z dziećmi potem, jest pod absolutną kontrolą. Nie jest prawdą, że tak nie jest. Organizacje, z którymi współpracują, muszą mieć akredytacje polskiego Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

– Dzieci nie są proponowane rodzinom, tylko organizacjom, z którymi współpracują wszystkie 3 ośrodki adopcyjne. Przez pierwsze trzy lata organizacje mają obowiązek dostarczać nam raporty o dzieciach. A potach, co drugi rok, aż do uzyskania przez dziecko pełnoletności. Nie ma możliwości, byśmy nie wiedzieli, co się z dziećmi dzieje. Dostajemy nawet zaproszenia na śluby – mówi Izabela Rutkowska.
Nie ma sprawozdań
Bez względu na to, gdzie leży prawda, Paweł Bednarz pomaga dzieciakom. I robi to sam, jak może i jak umie. W Sosnowcu słyszę, że nie każdemu się to podoba, dziwne niektórym może wydawać się to jego zaangażowanie. Zarzuca mu się również fakt, że fundacja działa, a nic nie wiadomo o zrealizowanych projektach, nie ma żadnych sprawozdań finansowych.

– Ale od dzieci nigdy nie słyszałem nic złego, by którekolwiek się na niego skarżyło – mówi pracownik jednego z ośrodków. Paweł Bednarz sam o sobie: – Po prostu kocham pomagać. W internecie tak pisze o swoich celach:

napisz do autora:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...