Dobrą parę można poznać po tym jak się kłóci

Dobry związek można poznać po tym, jak para się kłóci. Prawo autorskie: sylverarts / 123RF Zdjęcie Seryjne
Podobno pary dzielą się na te które się kłócą i na te, które się nie kłócą. Dla jednych kłótnia to powód do rozstania, dla innych początek dobrej rozmowy. O tym, czy kłótnia jest dobra dla związku i jak kłócić się konstruktywnie rozmawiam z Mieczysławem Jaskulskim, psychoterapeutą Laboratorium Psychoedukacji.

Czy kłótnia w ogóle może być dobra dla relacji?

Oczywiście, ale jedynie przez chwilę. Często pozwala szybko oczyścić atmosferę lub być wstępem do budującej związek rozmowy o potrzebach i wzajemnych oczekiwaniach. Dobra kłótnia, to taka, po której nikt nie czuje się skrzywdzony, sponiewierany czy przegrany. Może i partnerzy dają sobie ‘po razie’ ale na koniec oboje wychodzą z tego zwarcia w remisie.

Są jednak pary, które się nie kłócą…

Zawsze mnie to zastanawia, kiedy słyszę, że się nie kłócą. Gdyby jednak przyjrzeć im się z boku, okazałoby się, że kłótnię zastępują u nich innego rodzaju zachowania. Co prawda nie krzyczą na siebie, nie latają w ich domach talerze, ale za to pod płaszczykiem uprzejmej zgody wyrażanej w słowach ‘ależ oczywiście kochanie,’ sączą wzajemnie jad. A ten potrafi przybrać najprzeróżniejsze formy. Na przykład mąż godzi się, żeby pójść z żoną do znajomych, ale na spotkaniu z nimi przez cały czas siedzi naburmuszony. Albo żona, która ma w sobie złość do męża, za to, że ostatnio zamiast pomagać jej w domu, spędza czas przed telewizorem, pierze jego ulubiony wełniany sweter w programie ‘bawełna 90 stopni’.

Robią to z premedytacją?

Ależ skąd. Na tym właśnie polega zjawisko tak zwanej biernej agresji. Wyrażanie złości wprost jest często zbyt trudne, dlatego przybiera formę nieświadomą. Ludzie mówią, że albo nie odczuwają złości lub wręcz zaprzeczają, że ona w ich życiu w ogóle ma miejsce. Wtedy wszystko co wyparte objawia się w formie nieświadomej. Oczywiście łatwiej to dostrzec z boku. Bierna agresja może też przybierać postać włoskiego strajku, czyli działania niby zgodnego z regułami ale jednak utrudniającego życie innym.

Czy można więc powiedzieć, że kłótnia to zdrowy sposób wyrażania złości?

Zdrowym i dojrzałym sposobem wyrażania złości jest powiedzenie o niej wprost, ale zakładając, że nie zawsze tak się da czy nie zawsze można, kłótnia jest lepszym sposobem niż tłamszenie emocji. Po gwałtownej wymianie zdań, tak jak po burzy następuje chwila spokoju. I jest to świetny moment na refleksję, na to żeby wrócić do rozmowy i zastanowić się co się stało. W ogóle ważne jest żeby każda kłótnia, tak jak każdy kryzys, była możliwa do omówienia.

Czasem to zbyt trudne, zwłaszcza jeśli po awanturze nastają ciche dni. Co wtedy?

Jeśli nastają ciche dni, to znaczy, że zamiast oczyścić atmosferę, kłótnia zagęściła ją. Wtedy warto przyjrzeć się, dlaczego się pokłóciliśmy. Jeśli robimy to często, nasuwa się pytanie dlaczego mamy trudności z wypracowaniem innych sposobów rozwiązywania sytuacji konfliktowych, które pozwolą się nam porozumieć. Czy taka forma wymiany zdania buduje nasz związek, czy rani i niszczy? A może działa jak wentyl bezpieczeństwa? Pokrzyczymy ale zaraz wszystko opadnie i dalej świetnie się mamy.

Bywa też i tak, że sprzeczka o niewyniesione śmieci przeradza się w awanturę, w której partnerzy wyciągają sprawy sprzed miesiąca, pięciu czy kilku lat.

Wtedy jest ona rodzajem objawu, sygnału, że w związku mamy do czynienia z nierozwiązanymi problemami. Więc zamiast kłócić się o rzeczy często nieistotne warto spróbować przyjrzeć się jaki prawdziwy rodzaj frustracji za tym stoi. I nawet jeśli okaże się, że stare rzeczy tkwią nam ością w gardle, to jednak nie warto żeby wybuchały.

Pewnie i nie warto, tylko często ludzie z tym sobie nie radzą.

Warto umieć oddzielać od siebie różne sprawy. Czym innym jest kłótnia o niewyniesione śmieci, czym innym niezamknięte sprawy z przeszłości, które ze śmieciami mają niewiele wspólnego. Dobra zasada asertywności mówi o oddzielaniu problemów. W końcu wszystkiego w jednej kłótni nie załatwimy. Zacznijmy od śmieci i zastanówmy się dlaczego wciąż wysypują się z kosza, a później wróćmy do tych innych, równie ważnych spraw. Istotne jest bowiem, żeby o tym co trudne móc swobodnie rozmawiać, sięgać do tego kiedy czujemy tak potrzebę.

Wie Pan, kiedy tak tego słucham co Pan mówi, nasuwa mi się od razu to, co nie raz w takich sytuacjach powtarzają mężczyźni, a mianowicie, że po co to roztrząsać i wracać do problemów. Że takie omawianie emocji to typowo kobieca domena.

Rozumiem, że namawia mnie Pani do poruszania się w konwencji stereotypów (śmiech).

Powiedziałabym raczej, że do zmierzenia się z czymś co jest dość powszechnym doświadczeniem wielu kobiet i mężczyzn (śmiech).

Według mnie nie chodzi ani o kobiece roztrząsanie, z którego niewiele wynika, ani o unikanie problemu przez mężczyzn i spuszczenia zasłony milczenia na problem. To pewnego rodzaju polaryzowanie płci, którego staram się unikać. Jest to raczej kwestia dojrzałości partnerów. Dojrzały mężczyzna potrafi rozmawiać tak samo jak dojrzała kobieta potrafi rozmawiać.

Ale czy zna Pan przypadki, w których ludzie powiedzą o sobie, że są niedojrzali? Jak więc zacząć rozmowę?

Ten, kto czuje, że różne rzeczy mu przeszkadzają powinien rozmowę otworzyć. Dobrze jest zapytać partnera, czy nie przeszkadza mu fakt nieustannych nieporozumień lub czy dostrzega, że kłótnie nie budują związku. Oczywiście takie nagromadzone problemy, o które para się kłóci, nie biorą się z powietrza. Zazwyczaj trwa to już jakiś czas. I to jest właśnie ten błąd, który często pary popełniają, to znaczy nie mają wypracowanego sposobu rozwiązywania kwestii spornych i trudnych. Wolą zamiatać je pod dywan niż się z nimi zmierzyć. Tymczasem reagować trzeba od razu, zamiast tkwić z tym latami czy miesiącami.

Czyli nawet jeśli czegoś wcześniej nie widzieliśmy, lub widzieliśmy ale dopiero teraz zaczęło nam to przeszkadzać, to powinniśmy o tym otwarcie mówić?

Oczywiście. Jak w przysłowiu – tylko osioł nie zmienia zdania. Mamy prawo w każdej chwili życia, nawet po latach dojść do tego, że to co nam odpowiadało kiedyś, niekoniecznie może nam odpowiadać w tej chwili. Mamy również prawo do tego by różne rzeczy na związkową wokandę wnosić, bo nic nie jest na całe życie ustalone. W końcu ono się zmienia, tak jak i my się zmieniamy. W każdym wieku, wraz z doświadczeniem mamy inną perspektywę związku i partnera. Czego innego potrzebujemy od partnera w młodym wieku, a zupełnie czego innego kiedy jesteśmy dojrzali.

A jak wnosić trudne kwestie tak, by rozmowa o nich była budująca?

Najlepiej zaczynając od podzielenia się tym, jakie uczucia wywołuje w nas zachowanie partnera, na przykład: kiedy robisz to i to, ja czuję się tak i tak. Niezmiernie ważne jest, aby zacząć od pokazania swojej perspektywy uczuć. Takie sformułowanie nie jest w swoim tonie ani oskarżycielskie ani oceniające. Pokazuje jedynie partnerowi co się z nami dzieje i daje mu przestrzeń na refleksję.

A jak reagować na sformułowania, które zazwyczaj wywołują prawdziwy tajfun, czyli ‘bo ty zawsze’, ‘bo ty nigdy’?

To bardzo dziecięce sformułowanie i w sytuacjach, w których ono pada, warto odpowiedzieć, - ‘słuchaj, może zamiast mówić o tym co ja, powiedz proszę o tym co ty, jak przeżywasz to co się dzieje, dlaczego cię to złości, jakie uczucia wywołuje’. Nawet jeśli druga strona zapędzi się w oskarżeniach, możemy jej w ten sposób pomóc. To forma wzajemnego zatrzymania się w galopujących pretensjach i zarzutach.

W dobrym związku naczynia zmywają same?

Tak, bo przeważnie nigdy nie chodzi o naczynia.

A o co?

Jak wiadomo o co chodzi, to naczynia zmywają się same (śmiech). O to, że drobne rzeczy nie stanowią problemu. W dobrym związku nie wykorzystuje się drobiazgów jako pocisków do rzucania w drugą osobę. O ważnych rzeczach rozmawia się ze sobą i je rozwiązuje. Po prostu dojrzałe pary widzą problemy na meta poziomie, dlatego nie szukają zasłon dymnych w postaci niepozmywanych naczyń czy braku porządku.

Zastanawiam się, czy można postawić taką tezę, że dobrą parę można poznać po tym jak się kłóci?

Oczywiście i to nawet bez pudła.

A w jaki sposób?

Po tym w jak podchodzą do wzajemnych, pojawiających się pretensji czy spornych kwestii. Proszę wyobrazić sobie sytuację, w której mąż zwraca żonie uwagę, że za dużo wydaje na zakupy. Kobieta może zareagować pretensjami czy odwrócić kota do góry ogonem, zarzucając mu, że on kupił niedawno kolejną rakietę do tenisa. To oczywiście pewnego rodzaju uproszczenie po to, by pokazać schemat reakcji partnerki - czy próbuje odrzucić problem i perspektywę partnera, czy też ma w sobie gotowość do tego by mu się przyjrzeć. Jeśli partnerzy odrzucają, negują, czy nie przyjmują do wiadomości perspektywy drugiej strony, wtedy z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że niekoniecznie są dobrym związkiem. Dojrzała para współpracuje nawet podczas kłótni.

Jak więc dojrzałe pary się kłócą?

Pytanie czy dojrzałe pary się kłócą, czy też dostrzegają różnice, które ich dzielą? Powiedziałbym, że miarą dojrzałości pary jest to jak radzi sobie z różnicami, zarówno tymi związanymi z potrzebami czy chociażby spojrzeniem na wychowanie dzieci czy politykę. Kłótnia w wykonaniu dojrzałej pary to raczej ciąg wzajemnych negocjacji, w których czasem zyskają, ale czasem też stracą. Dojrzałe związki mają swój rytuał, w ramach którego raz na jakiś czas lub w zależności od potrzeby po prostu ze sobą rozmawiają. Ale nie jeżdżąc na rowerze, odbywając kolejną wycieczkę czy wykonując przy tym setki innych czynności. To czas na rozmowę o życiu, na refleksję. Chodzi o to, żeby myśleć, a nie tylko mieć nieustanny przymus działania. Dla dojrzałej pary największą atrakcją są oni sami dla siebie.

Czasem bycie sam na sam wydaje się być dla ludzi straszną groźbą.

Tak, brak innych atrakcji w postaci dzieci, rodziny, przyjaciół, telewizora czy telefonu świetnie potrafi obnażyć jakość związku. Czasem zadaję ludziom pytanie co by się miedzy nimi zadziało, gdyby zamknąć ich w leśnym domku odciętym od reszty świata i bez braku atrakcji w postaci internetu.

Czy mają myśli, że to byłoby trudne doświadczenie?

Dlaczego miałoby być trudne to, że będę sam na sam ze swoją ukochaną czy ukochanym?

Bo wspólne nieustanne skupianie się na celu – jakimkolwiek – wycieczce, wychowaniu dzieci, obowiązkach, czy na przykład na urządzaniu mieszkania pozbawia nas odpowiedzialności za refleksję nad tym gdzie jesteśmy jako para i jak nam w tej relacji jest.

Tak, czujemy się usprawiedliwieni za własne zaniechania.

Jak więc ze sobą dobrze być?

Trzeba zacząć od tego, żeby lubić być ze sobą samemu. To podstawowa umiejętność dojrzałego człowieka. Jesteśmy tak skomplikowani, tyle się w nas dzieje, że nie trzeba telewizji czy internetu by się ze sobą nie nudzić. Jeśli ktoś nie boi się własnych myśli, nie będzie się też ze sobą nudził. Podobnie jest z parą.

Czy zatem umiejętność rozmowy nawet na najtrudniejsze tematy jest sygnałem, że spotkaliśmy lub że jesteśmy z dobrym partnerem?

Tak. Jeśli cieszy nas sam kontakt ze sobą, fakt że jesteśmy z kimś, kto na swój sposób jest wyjątkowy nawet jeśli nic dla nas nie robi, nie realizuje naszych potrzeb, to znaczy że mamy dobrą perspektywę na wspólną przyszłość.

Mieczysław Jaskulski – absolwent Wydziału Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, od 1985r. pracuje jako psychoterapeuta. Ma certyfikat psychoterapeuty Sekcji Naukowej Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego oraz certyfikat trenera Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Szkolił się w ośrodku Synapsis oraz w Laboratorium Psychoedukacji. Zajmuje się terapią indywidualną i prowadzi warsztaty umiejętności psychologicznych. Jest członkiem – kandydatem Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychoanalitycznej.

Napisz do autorki: katarzyna.soltysik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...