Larisa może zostać wkrótce deportowana.
Larisa może zostać wkrótce deportowana. Fot. Fundacja Ocalenie
Reklama.
"Zamachu w Smoleńsku dokonały służby rosyjskie w zemście za aktywną politykę prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Kaukazie" – głoszą niektórzy prawicowi publicyści i politycy. Jeśli tak, to dlaczego przeczą sobie i nie wspierają kaukaskich narodów? Niedawno minister Błaszczak z dumą zamknął graniczny szlaban przed Czeczenami, którzy koczują na białoruskim dworcu w Brześciu.
Trudno nie odnieść wrażenia, że rządzący politycy dali zielone światło do ich "życzliwszego" traktowania. Mnożą się doniesienia o deportacji. W grudniu uczniowie Gimnazjum nr 20 w Warszawie, popularnego "raszyna", bronili przed deportacją Daryny. Za 13-latką ujął się Rzecznik Praw Dziecka. Daryna zostanie w Polsce, ale teraz uczniowie rozpoczęli akcję wsparcia dla dwóch koleżanek, Valentynie i Valerii. Niedawno opisywaliśmy historię chłopców z Wesołej, których wzruszająco pożegnali koledzy i klub sportowy. Po licznych komentarzach internautów klub zamierzał walczyć, aby rodziny chłopców mogły zostać w Polsce. Po doświadczeniach z polskimi urzędnikami zdecydowały się jednak wyjechać. Podobny los czeka Larisę.

Co mówią statystyki?

Według oficjalnych danych, tylko w ciągu ostatnich 12 lat o nadanie statusu uchodźcy we wszystkich państwach Unii Europejskiej ubiegało się ponad 270 tys. Rosjan, z czego najwięcej na terytorium RP - ponad 70 tysięcy. 90 procent z nich stanowią Czeczeni. Czytaj więcej

W głosie słychać desperację
Na początku kwietnia Wojewódzki Sąd Administracyjny odrzucił odwołanie od negatywnej decyzji Szefa Urzędu Do Spraw Cudzoziemców dotyczącej przyznania jej ochrony międzynarodowej na terytorium RP. Sąd nie przychylił się do przedłużenia pobytu. – Ja tam nie mogę wrócić – mówi 39-letnia Czeczenka, a w jej głosie słychać desperację. Od osób zbierających podpisy pod petycją w jej obronie dowiedziałem się kilku faktów z życia tej kobiety. Ale ten jeden mówi niemal wszystko. W 2014 roku upadła w sklepie i została odwieziona do szpitala. Lekarze stwierdzili u niej tzw. Zespołu Stresu Pourazowego, który dotyka nie tylko żołnierzy, ale i ofiary wojny.
– Ja widziałam straszne rzeczy – tylko tyle odpowiada na pytanie o wojnę w Groznym. Więcej nie jest w stanie mówić. Agnieszka Jelonek-Lisowska, wolontariuszka warszawskiej Fundacji Ocalenie spotkała się z Larisą. Nie zapomni tej rozmowy. – Wiesz, ona wysiada z windy dwa piętra wcześniej i nasłuchuje, czy nie czekają pod drzwiami. Codziennie – opowiada. Niedawno do wolontariuszki zadzwoniła lekarka-psychiatra i spytała: – Czy pani wie, co to jest syndrom stresu pourazowego? Nie mogą jej odesłać. Nie w takim stanie. Czy może pani coś zrobić?
logo
Boi się zaufać
Okazuje się, że ojciec Larisy wraz z wybuchem wojny działał w czeczeńskiej partyzantce. Wkrótce też z domu musiał uciekać jej mąż. Od tego czasu nie ma z nim kontaktu. W Groznym przeżywała naloty Służby Bezpieczeństwa. Wytrzymała do czasu aż młodsze rodzeństwo podrosło. W końcu w 2013 r. zdecydowała się razem z koleżanką wyjechać do Norwegii. Po drodze przewodnik porzucił je w Niemczech. Wkrótce na pół roku trafiła do szpitala. – W Czeczeni byłam jak zamrożona. Musiałam się trzymać. W Niemczech dopadł mnie tłumiony stres – opowiada. Niemcy cofnęli ją jednak do Polski. Wówczas złożyła wniosek o przyznanie ochrony międzynarodowej na terytorium RP.
Decyzja z kwietnia przekreśliła jej nadzieję na pozostanie w Polsce, prawie.... Ostatnią deską ratunku jest przyznanie pobytu humanitarnego. Boi się deportacji i powrotu do Groznego. – Przychodzą do mojej mamy i pytają o mnie – opowiada. – Kto? – dociekam. – Nie wiem – opowiada wymijająco i dodaje: – Ja nawet Czeczenom nie mówię wszystkiego, bo nie wiem, czy mogę zaufać. Tam zostali moi bliscy. Zdaniem mojego kolejnego rozmówcy, Czeczena, jej bliskich nachodzą funkcjonariusze tamtejszej służby bezpieczeństwa. – Tak sądzę, bo przychodzą i do moich rodziców – opowiada. Larisa uśmiecha się dopiero na wspomnienie czasów przed wojną. W Groznym skończyła studia medyczne. Sześć lat pracowała w szpitalnym laboratorium, ale ciągnęło ją do pasji. – U mnie była sąsiadka, artystka. Ona zawsze mówiła, że mam artystyczną duszę, dlatego poszłam na aktorstwo – tłumaczy. Nie zdążyła już wystąpić na scenie, bo wybuchła wojna.
Jestem wdzięczna
Mimo trudności ze zdrowiem skończyła w Polsce kurs opieki nad starszymi osobami. – To niezwykła osoba. Powiedzieć, że profesjonalnie zajmowała się moją teściową to za mało. Bardzo się przywiązała. Przyszła nie tylko na pogrzeb, chociaż nie musiała, ale potem też na ślub córki – opowiada Ewa Pytlak z Warszawy. – Jestem "błagadarna" – mówi Larisa, co znaczy – wdzięczna. Przełyka łzy i dodaje, że często dzwonią do niej rodziny, u których opiekowała się starszymi osobami. Współczują. – Ja tutaj w Polsce spotkałam wielu życzliwych ludzi. Są wspaniali. Tu jest bezpiecznie – mówi.
Ci właśnie życzliwi postanowili bronić 39-latki przed deportacją. Na stronie naszademokracja.pl jest petycja do Komendanta Straży Granicznej, na której zbierane są podpisy. Przygotowała ją koleżanka Larisy, Ewa Młodawska: – Pobyt humanitarny to jedyna szansa. Powrót do Czeczeni to wyrok dla niej i nie chodzi tylko o zagrożenie ze strony służby bezpieczeństwa. Tą petycją chcę jej pomóc, to jedyne co mogę zrobić. Proszę podpisujcie.